Zanim umrzesz, upewnij się, że żyjesz

Gdybym zobaczyła trailer „Ataku paniki”, raczej nie poszłabym do kina. Na szczęście, nie widziałam.  Obejrzałam film i jestem zdecydowanie na tak. 

„Wiesz, trochę się zdziwiłam, że polecasz ten tytuł. Widziałam zwiastun i jakoś mi do Ciebie nie pasuje” – zastanowiło mnie to zdanie usłyszane od koleżanki.  Po takim wstępie musiałam sprawdzić, co mnie ominęło.  I faktycznie – skrót filmu nie był z mojej bajki. Dwuminutowy zwiastun debiutu fabularnego Maślony zasiedlają „chuje” (dwa), „rozpierdol”, „kurwa” i strach przed tym, że sytuacja się „spierdoli”. Nie, żebym nie znała tych słów, ale przyznaję, że reaguję alergicznie, kiedy magnesem na widza ma być kumulacja bluzgów, które wylewają się z ekranu. Szczęśliwie ten mięsny koncentrat rozpuszcza się w fabule, które smakuje. Tym bardziej, że pod płaszczykiem chojrakowania i  pozornej mocy, jaką dają słowa na  k i ch… kryje się strach i kompletna bezradność bohaterów.

 

Moja relacja z „Atakiem paniki” nie była miłością od pierwszego wejrzenia. Przyznam szczerze, że po pierwszej scenie (nie mogę zdradzić jakiej) jęknęłam cicho: „no nie, czy w polskim filmie zawsze to tak musi wyglądać?.” Ale – tu czas na zmianę frontu – to, co wydawało mi się przesadą, otworzyło niesztampową opowieść. Po drugiej scenie byłam już widzem Maślony, takim, który z niecierpliwością czeka na rozwój wydarzeń.

Nicolas Bro, Dorota Segda, Artur Żmijewski fot. Hubert Komerski

Film składa się z kilku różnych historii, które łączą się w nieoczywisty sposób. Śledzimy m.in. losy trzydziestolatków, których małżeństwo dawno się skończyło, choć zabrakło czasu na rozwód. Parę pięćdziesięciolatków wracających z wakacji, na której losy wpływa przypadkowy współtowarzysz podróży. (Po tym filmie nigdy nie zamienię się miejscem w samolocie!) Dziewczynę, która zarabia pieniądze, pokazując ciało przez internet i gracza komputerowego, który traci powoli kontakt z analogową rzeczywistością. Wszyscy nie radzą sobie z życiem, choć podejmują desperackie próby kontrolowania codzienności. Tragikomiczne.

Funkcjonują w świecie, w którym wstydem jest przyznanie się do niepowodzenia czy słabości, poddają się pędowi życia, bo boją się momentu zatrzymania. Chwila na refleksję może okazać się niebezpieczna. Przed nią uciekają. Paniczny lęk zagłuszają pigułki, ucieczka do wirtualnego świata, czy samookłamywanie się.  Momenty szczerości, które się zdarzają, bardzo szybko trzeba obrócić w żart. O lęku mówi się szeptem, perlisty śmiech ma przekonać resztę, że wszystko jest w porządku, a przynajmniej pod kontrolą.

Aleksandra Pisula – filmowa Kamila, współscenarzystka filmu. fot. H.Komerski

Bohaterowie Maślony  wywołują śmiech, a jednocześnie są przerażająco samotni. Łatwo w nich zobaczyć  fragmenty własnej rzeczywistości.  Chodzi o ten moment, kiedy dociera do człowieka, że  traci masę energii na pozorowanie udanego życia.  Wszystko po to, by uniknąć pokazania miękkiego podbrzusza. Codzienna zbroja ma zasłonić delikatny środek. Bezsilność wywołuje nieodwracalność życiowych decyzji, pojawia się żal za czymś, co się przegapiło. W powietrzu czuć uniwersalny strach przed odrzuceniem, końcem świata, demaskacją.

fot. Hubert Komerski

Ten film potęguje moje uwielbienie dla Magdaleny Popławskiej. (Świetnie współgrają w duecie z Grzegorzem Damięckim). Nikt tak jak ona nie potrafi zagrać kobiety, która świadoma własnej nerwicy, próbuje nie stracić gruntu pod nogami.  Kompletnie bezradna gra  rolę twardzielki do końca. Tyle tylko, że jak wiadomo „zimne kobiety” płaczą potem gorąco w poduszkę.

Słyszałam już, że do debiutu Maślony przypięto etykietkę rodzimego odpowiednika „Dzikich historii” – szalonego filmu wyprodukowanego przez Pedro Almodovara. Bardzo lubię tę produkcję, ale nie przypominam sobie, by miała tak świetną muzykę, jak polski film. I tu brawa dla Jimka – dzięki niemu „Atak paniki”  ma swój rytm i tempo.

Ta historia pootwierała sporo szuflad w mojej głowie. Wróciło do mnie zdanie, które w „Projekcie prawda” zapisał Mariusz Szczygieł.  Zanotował zdanie, które ktoś nabazgrał na Moście Gdańskim:  „Zanim umrzesz, upewnij się, że żyjesz”. Zaczynam sprawdzać, czyj scenariusz na życie realizuję i jak mi  jest w tej roli.

„Atak paniki”, reż. Paweł Maślona, premiera 19 stycznia

Siła płynąca z małego słowa: „nie”

Dopadły mnie ostatnio jakieś smuteczki, ale nie dałam się im ponieść. Usiadłam i spokojnie popatrzyłam na ostatnich 12 miesięcy.
I okazało się, że to był bardzo ciekawy rok.

Prywatnie – świętowałam pierwszą rocznicę ślubu i nadal twierdzę, że świetnie wybrałam! Po raz pierwszy wylądowałam w Azji, choć mocno się broniłam przed lotem, niesłusznie! Montujemy właśnie film ze Sri Lanki – na ekranie widzę dorosłą kobietę, która z zachwytem pięciolatki chłonie świat z rozdziawioną buzią. Bezcenne doświadczenie, kiedy odkrywasz w sobie debiutanta.

Lubię to zdjęcie z jednej z lankijskich plaż.  Pokazuje, że szczęście jest nieidealne, służy mu np. rozczochranie 😉

Po raz kolejny – już nie wiem który – wróciłam do Portugalii. Tym razem z przyjaciółką, która ochrzciła mnie mianem: generatora przygód. Faktycznie, działo się sporo, a co najważniejsze – znowu się zakochałam – tym razem w Alentejo. Postanowiłam zostać sąsiadką Dominika Jasińskiego – malarza, którego odwiedziłyśmy  w tym regionie. Udało się nagrać spotkanie z artystą, a także unikatową w skali radiofonii rozmowę z sowami!

Namiastka Alentejo na zdjęciu – to miejsce kojarzy mi się ze spokojem i ciszą. Ciszą paradoksalnie wypełnioną dźwiękami – m.in. brzęczeniem owadów i dzwonkami pasących się w oddali krów.
Ukochany most 25 kwietnia, łączy Lizbonę z gminą Almada na lewym brzegu rzeki Tag – nazywanej Słomkowym Morzem.
***
Zdrowotnie trochę słabowałam, ale w końcu udało się wyjść na prostą i chyba bardziej doceniam moment, kiedy wstaję rano i mam siłę do działania. Nadal mogę liczyć na grono bliskich osób, a moja ulubiona banda – bo tak o nas myślę – ciągle się rozrasta.

Zawodowo: odkryłam siłę słowa: „nie”. Odmówiłam bycia podstawką pod mikrofon, który zarejestruje wszystko, na co jest zapotrzebowanie. Od ponad pół roku odkrywam życie pozaradiowe i codzienność freelancera. Jak jest? Trudniej, ale ciekawiej. Nadal nagrywam, bo przecież Rozmawiam, bo lubię.  Więcej niż dotychczas piszę – polecam rubrykę „Wyobraź sobie” w Magazynie Filmowym. Odnalazłam frajdę w prowadzeniu spotkań autorskich i debat (w tym roku m.in. dla Parlamentu Europejskiego). Przygotowuję coś nowego i jak to w życiu bywa, balansuję między entuzjazmem a wątpliwościami, czy na pewno idę w dobrym kierunku.  Niezmiennie czytam masę książek, zaznaczając myśli, które warto posłać dalej w świat.  Nadal zakochuję się w nowych ludziach i wiem, że chcę im poświęcać swój czas i uwagę.


Jeśli mam być szczera sama ze sobą, to jasne, tęsknię za radiem. Inna sprawa, że w końcu odespałam poranne pobudki.  Nie wiem, jakim cudem wstawałam przez ostanie lata o 5, 6 rano.  Dziś taka godzina dla mnie nie istnieje. Brakuje mi jedynie równoległości w przeżywaniu emocji, którą daje program na żywo, no ale nie można mieć wszystkiego…
Ostatecznie to był czas wielu nowych doświadczeń,  chyba jestem silniejsza dzięki jasnemu postawieniu granic.  Zgłaszam gotowość na nowe wyzwania! Dobrze wróży to, że mam w sobie ciekawość tego, co przyniesie 2018. Uczę się, że warto po prostu zaufać życiu. Nie komplikować zanadto, jak uczy doświadczenie – wszystko ostatecznie jakoś się układa. Mało tego, to: „jakoś” przy uporze i konsekwencji zamienia się w: „jakość”.
Wszystkiego dobrego! 
Tego, czego najbardziej Wam potrzeba!

Milczenie jest grzechem

Teresa z Polski i Oriana z Włoch. Dwie kobiety, które nigdy się nie spotkały, choć był czas, że dzieliło je od siebie ok. 15 kilometrów. Jednak wielokrotnie podążały tą samą drogą. Obie wiedziały, że są sytuacje, kiedy milczenie jest grzechem. Bez wahania zabierały głos w sprawach, które wymagały reakcji. Ostrzegały przed powtarzalnością historii i tropiły nienawiść ukrytą w słowach. Demaskując hipokryzję, ocalały sens rozmowy.

Na górze – łagodne oczy i twarz, w której jest spokój. Poniżej – przenikliwe, zdystansowane spojrzenie i emocje schowane za maską, przez którą trudno się przebić. Tak czytam okładkę „Podwójnego życia reporterki” Remika Grzeli. Kiedy patrzę na włoską dziennikarkę z papierosem w dłoni, mam wrażenie, że nosi niewidzialną zbroję. I faktycznie ma w sobie coś z żołnierza. Nietypowego, bo nie uznaje posłuszeństwa czy podporządkowania się. Słucha siebie, to na wywiad idzie jak na wojnę. Zdeterminowana, by zmusić rozmówcę do kapitulacji, a czytelnika obudzić z komfortu samozadowolenia. Pokazuje, że bezpieczeństwo bywa pozorne, wybija z marazmu. Wyjeżdża w miejsca konfliktów zbrojnych, w kamizelce kuloodpornej biega z aparatem w dłoni. Poprzez śmierć opowiada o życiu. Dokumentuje historię, która pokazuje, że człowiek to taki dziwny twór, w którym szlachetność miesza się z bestialstwem. Na liście jej rozmówców znaleźli się m.in. Henry Kissinger, Chomeini, Ariel Szaron, pułkownik  Muammar al-Kadafi, Jasir Arafat, Lech Wałęsa, Alexandros Panagoulis, czy Golda Meir.

W archiwum Edoardo Perazziego, siostrzeńca Oriany, można znaleźć zdjęcie, na którym włoska dziennikarka patrzy na swoje odbicie w lustrze. To autoportret dorosłej kobiety, ale Remik pokazuje też małą Orianę, której matka starała się nie dopuścić do jej narodzin. Może od tego momentu jej życie staje się walką. Nie ma w sobie zacięcia dyplomatycznego, otwarcie mówi o tym, co myśli. Nie wierzy w obiektywizm, jak pisze: „Żyć oznacza dla mnie tyle, co uczestniczyć. Ten, kto uczestniczy, dokonuje wyboru.”

Jadłyśmy chleb i książki

Dorasta w latach. 30, kiedy we Włoszech dominuje oficjalna prasa faszystowska. Szybko orientuje się, że funkcjonuje w świecie dwóch narracji – co innego słyszy w szkole i w mediach, co innego w domu. Szybko oznajmia ojcu, że chce pracować w gazecie, która będzie mówić prawdę. Razem z  siostrami wychowuje się w domu, w którym ceni się słowo. Jak wspomina: „jadłyśmy chleb i książki”. Przygodę z dziennikarstwem zaczyna od pisania tekstów do rubryki kryminalnej, dużo później  zwiąże się z „Corriere della Sera”. Potem zaszywa się w domu w Nowym Jorku. Kilkuletnie milczenie przerywa po zamachu na World Trade Center. Remik Grzela  spotyka się z Feruccio de Bortolim, naczelnym włoskiego dziennika, który odsłania kulisy powstawania słynnego tekstu „Wściekłość i duma”.

Autor „Podwójnego życia reporterki” składa portret  Fallaci z relacji jej przyjaciół, współpracowników, rodziny. Tych, którzy znali ją przez lata, a także tych, których drogi połączyły się z nią na ostatniej prostej. Pozwala też mówić samej Orianie.  Czytelnik śledzi m.in. fragmenty  „Listu do nienarodzonego dziecka”, „Człowieka”, „Kapelusza całego w czereśniach”,  „Bezużytecznej płci”.

Teresa

fot. archiwum Leszka Sankowskiego

„Podwójne życie reporterki” to podróż w czasie i przestrzeni. Grzela prowadzi nas z rodzinnej Florencji Fallaci do Wołkowyska pod niemiecką okupacją, gdzie na świat przychodzi Teresa Torańska. Jej matka nosi w sobie doświadczenie dwóch wojen, jest zainfekowana strachem. Jednocześnie ma w sobie coś w rodzaju akceptacji, jak pisze Grzela, „wie, że z losem się nie dyskutuje, nie rozpacza”. Ojciec Teresy zostaje aresztowany za sabotaż władzy radzieckiej, przyjeżdża do rodziny w 1948 roku, kiedy Stalin ogłasza amnestię. Wraca, by stać się praktycznie nieobecnym ojcem. Po tym, co przeszedł – jak pisze Teresa Torańska – „był nie do życia”. Jej rodzice rozstają się.

Dorastająca Teresa, podobnie jak Oriana żyje w domu, w którym ceni się kulturę. „Jeżeli mama miała do wyboru – zabrać nas na koncert lub kupić coś lepszego na obiad, wybierała koncert. I tak trzeba” – wspominała po latach. Może to te wizyty spowodowały, że pisała „na słuch”. Słyszała melodię tekstu, godzinami pracowała nad wywiadami. Jej praca przypominała montaż filmowy, przestawianie poszczególnych klocków, aż do momentu, kiedy opowieść zapisana w słowach, będzie mieć odpowiednie tempo i rytm. Historię o człowieku budowała na szczegółach, na które inni często nie zwracali uwagi. O Teresie opowiadają m.in. Maria Zmarz-Koczanowicz  i Mariusz Szczygieł.  Reżyserka wspomina jej przywiązanie do wartości, które określa mianem moralnego fundamentalizmu, z kolei reporter Dużego Formatu porównuje Torańską do ruchliwego psa-yorka. Osobą, która otwiera drzwi do świata dziennikarki, jest jej mąż – Leszek Sankowski. Dzięki niemu możemy zobaczyć imponujące archiwum. Starannie uporządkowane kartony, w których znajdują się taśmy z nagraniami, liczne maszynopisy, odręczne notatki, zaczęte i nieskończone książki. (m.in. tekst o paryskiej Kulturze i Jerzym Giedroyciu, a także szkice książki o generale Jaruzelskim). To codzienność kobiety, która wykonała tytaniczną pracę, znając ciężar odpowiedzialności za słowo. Głos dostają też jej teksty, przede wszystkim wywiady, które dziś analizują studenci wydziałów dziennikarstwa. Grzela przypomina, że książka „Oni”, w której rozmawiała z prominentnymi działaczami partii komunistycznej, została wydana w 13 krajach. Na zdjęciach można zobaczyć Edwarda Ochaba – byłego przewodniczącego Rady Państwa. W dość nietypowej scenerii i ubraniu. Polityk, którego pamiętamy jako urzędnika ubranego w garnitur, podczas rozmowy z Teresą ma na sobie bluzę dresową i czarny berecik. Nagrywają to spotkanie w lesie. Aleksander Jałosiński, który wykonał fotografię, uwiecznił na niej dziennikarkę, która trzyma pod pachą duży magnetofon marki Grundig.

Pragnienie miłości

Oprócz zawodowej twarzy dwóch wybitnych reporterek, dostajemy też wgląd do ich prywatności. W przypadku Oriany Fallaci widzę kobietę, która jest w centrum zdarzeń, otoczona ludźmi, a jednocześnie samotna. Fascynuje mężczyzn, wchodzi z nimi w intymne relacje, a jednocześnie żaden z jej związków nie przetrwa próby czasu. Z tej książki dowiaduję się, że kojarząca się z dumą i siłą włoska dziennikarka ma też w swoim życiorysie epizod stalkerki. Potrafi niemal osaczyć obiekt swoich westchnień. Jak się okazuje każdego – nawet Orianę –  miłośc lub jej iluzja, potrafi skłonić do schowania godności do kieszeni.

Pod koniec życia rozchodzą się jej drogi z siostrą. Umiera w otoczeniu rodziny z wyboru. Wśród tych, z którymi wiążą ją więzy krwi, najbliżej jest siostrzeniec – Edoardo Perazzi, dzisiejszy spadkobierca jej spuścizny.

Oriana Fallaci z młodszą od niej o 35 lata adoptowaną siostrą Elisabettą i siostrzeńcem Edoardem Perazzim. fot. archiwum E. Perazziego

Teresa żyje u boku mężczyzny, który zdaje sobie sprawę z jej wyjątkowości. Osiecka pisała kiedyś, że dom poetki z założenia jest zaburzony, bo nie można pisać wiersza, wstać od stołu i zabrać się za obiad. Chyba podobnie jest z reportażem i wywiadem. Nie można przestać pisać, kiedy myśli przelewają się z palców na klawiaturę komputera. O kulinarnej niemocy Teresy Torańskiej opowiada Leszek Sankowski. W jego tonie – kiedy mówi o żonie – jest bardzo dużo czułości i wdzięczności za to, że mógł być najbliżej tej kobiety. Ich ścieżki zetknęły się już na studiach, ale wtedy – jak w jednym z wierszy Szymborskiej – przypadek nie był jeszcze gotowy, by zamienić się dla nich w los. Związali się po latach, po rozwodzie Sankowskiego.

Teresa Torańska w latach 60. archiwum Leszka Sankowskiego.

Słowa, które ocalają

„Podwójny portret reporterki” pokazuje powtarzalność historii. Opisuje uniwersalne mechanizmy władzy, pokusę bycia ponad prawem. Wskazuje nienawiść, która czai się w języku. Język pogardy czy nacjonalizmu – jaki dziś słychać w mediach – brzmi niepokojąco podobnie do tego z lat 30. w Niemczech, czy 60. w Polsce. Bezkompromisowe podejście Oriany Fallaci do islamu dla wielu może być czymś, z czym się dyskutuje. Aczkolwiek jej teksty sprzed lat brzmią jak czarne proroctwo.

Planowałam napisać krótką recenzję książki, ale nie potrafię, a może nawet nie chcę. Wierzę, że w czasach pop-uwagi, są tacy, którzy chcą dowiedzieć się więcej. Nie chciałabym być w skórze Remika Grzeli przy pisaniu tych dwóch biografii. Wiem, z jakim ogromem materiału musiał się zmierzyć, przygotowując ten tekst. Za nim tysiące przeczytanych stron, godziny rozmów, spotkań, podróży. Szukania formy, równoległości losów. Było warto.

Oriana Fallaci w książce „Człowiek” pisała: „To takie marnotrawstwo, umierać”. Remik Grzela zmierzył się z nieodwracalnością losu. Dzięki tej książce obie panie żyją. Czytelnik poniesie je w sobie. Niezałatwione sprawy, którymi się zajmowały, zostają przypomniane.  A w uszach brzmi zdanie, które zrealizowały: „Życie jest czymś, co trzeba dobrze wypełnić, nie tracąc czasu”.

***

Wyjęłam Erikę – moją zieloną, przyjacielską maszynę i zapisałam słowa wuja Oriany Fallaci. Udzielił jej tych rad, kiedy dała mu do przeczytania rękopis swojej powieści „Penelopa idzie na wojnę”.

Smak życia

Jeżeli chcecie nakarmić swoją duszę, koniecznie wybierzcie się na „Long way” Weroniki Mliczewskiej. Usiądźcie w kinowym fotelu i pozwólcie sobie na podróż. Ruszamy do Indii w poszukiwaniu kobiety ze zdjęcia, a przy okazji – a może przede wszystkim – wędrujemy po zakamarkach własnego serca.

Ta opowieść idealnie trafia w mój aktualny stan ducha. Moment, kiedy mocniej niż dotąd słucham intuicji. Ten etap nazywam zaufaniem do życia. Nie wiesz, w którą pójdziesz stronę, wstajesz i dajesz się nieść energii ludzi i zdarzeń.

Reżyserka tego filmu chce odnaleźć kobietę, którą spotkała 6 lat wcześniej w Izraelu. Rozmawiały ze sobą tylko przez chwilę, Weronika otrzymała od niej różaniec.  Energia tego spotkania została zapisana na fotografii, ale jeszcze wyraźniej na twardym dysku w głowie, choć w zasadzie wypadałoby mówić o „pamięci serca”.  Mliczewska nie zna nawet imienia tej kobiety, wie jedynie, że pochodzi z Indii. Pomysł na poszukiwanie kogoś w tak zaludnionym państwie, jedynie ze zdjęciem w ręku, wydaje się szaleństwem. I co z tego? Mamy prawo do irracjonalnych decyzji, tym bardziej, że po drodze może się okazać, że nadmierne przywiązanie do logicznego myślenia zubaża odbiór świata.

Razem z autorką dokumentu wsiadam do hinduskiego pociągu, podróżuję tuk-tukami. Kiedy patrzę na szalony ruch uliczny, przypominają mi się słowa Henry’ego Millera – „chaos to porządek, którego nie rozumiemy”. I tak tam jest. Samochody, riksze, piesi mijają się na milimetry, a jednak wszystko działa tak jak trzeba. Ten rytm warto poczuć, dostosować się. Przestroić europejski sposób odbioru świata na azjatyckie fale.  Tylko wtedy inność nie będzie zagrożeniem, a szansą. Na spotkanie, dialog, połączenie energii. Niepewni celu, zaczynamy cieszyć się drogą.

fot.  materiały prasowe dystrybutora Kondrat Media

Jest w tym filmie scena, którą uwielbiam. Jedna ze spotkanych przez reżyserkę  kobiet nazywa siebie wolnym ptakiem. Wskazując na podręczny worek, który jest jej jedynym bagażem, wypowiada zdanie, które chowam do kieszeni. Tak, aby mieć je blisko.

„Mam tu torbę pełną różnych rzeczy, jeżeli ich nie rozdam, nie będę miała miejsca, aby ją czymś zapełnić”.

Jest przekonana, że kiedy daje innym to, co posiada,  Bóg – w którego wierzy – napełnia torbę z powrotem. Uliczna lekcja pokory i wdzięczności. Niezależnie od tego, czy wierzysz w Boga, energię, los, czujesz sens tego prostego przekazu. Nie mam wątpliwości, że karma do nas wraca. Przy okazji filmu przypomniały mi się słowa prof. Ewy Łętowskiej, która powiedziała kiedyś w rozmowie z Teresą Torańską:

„(…) to nie jest tak, że coś się należy i dostaje się to coś – z nieba.  Na dobry los za bardzo liczyć nie można. Trzeba przy nim porządnie pomajstrować. Zawsze uważałam, że tyle mam od życia, ile włożę.”

Kluczem okazuje się dawanie. Prezentem może być mocny uścisk dłoni, czy życzliwe zdanie rzucone w biegu. W gruncie rzeczy mamy niewiele więcej niż słowa. Warto przyjrzeć się temu, czy dają komuś siłę, czy podcinają skrzydła.

Świat rzeczy należy do rzeczywistości nadmiaru,  często kradnie czas i energię. Świat emocji nie powinien siedzieć na półce z napisem: abstrakcja.  One są obecne, wbrew pozorom bardzo namacalne,  konkretnie zakorzenione w ciele.  Strach potrzebuje przecież ściśniętego żołądka, a radość rozwibrowanych strun głosowych, kiedy śmiejesz się całym sobą.

W podróży, w jaką zabiera nas Weronika Mliczewska, na próbę wystawiana jest nadzieja, pojawia się lęk przed rozczarowaniem, w końcu radość z bycia w drodze, niepozbawiona znaków zapytania. Ten dokument ma w sobie to, co najbardziej lubię: uważność, czułość i magię codzienności. Ta pojawia się razem z odwagą pójścia za głosem serca.

W poszukiwaniu smaku życia wyruszajcie do kina! Najbliższy seans już we wtorek w ramach Azjatyckiego Festiwalu Filmów Pięć Smaków.

Kino Muranów, 21 listopada, godz. 19:30

Siła, o jaką siebie nie podejrzewasz

Wróciłam z premiery „Najlepszego” wzruszona. Po seansie, kiedy zapalono światło, okazało się, że na sali jest Jerzy Górski. To jego historia zainspirowała Łukasza Palkowskiego do stworzenia tego filmu.  Sala zareagowała błyskawicznie – najpierw rozległy się brawa, a potem wszyscy wstali z miejsc. Prosty i mocny wyraz uznania dla człowieka, który w imponujący sposób wyszedł z uzależniania. Film pokazuje jego drogę z narkomańskiego squotu, poprzez ośrodek Monaru, do zwycięstwa na mecie zawodów podwójnego Ironmana. Pan Jurek wszedł na scenę i powiedział m.in. : „Ja nie jestem mocniejszy od Państwa, jestem taki sam jak Wy”. Jedno krótkie zdanie, które daje kopa do działania i wytrąca z ręki kiepskie usprawiedliwienia.

„Najlepszy” to opowieść o koszmarze uzależnienia, ciężarze poczucia winy, które niesie się przez całe życie, w końcu o polskim „ze mną się nie napijesz?” / uzupełnianym o : „nie zapalisz”?  „nie dasz w żyłę”?  Jednocześnie to uniwersalna historia o sile. Ta jest jak fabrycznie wmontowany w człowieka guzik. Są tacy, którzy nie wiedzą o jego istnieniu, tacy, którzy szukają i tacy, którzy nie odpuszczają, kiedy raz odkryją swój potencjał. Często to inni – niekoniecznie najbliżsi – uruchamiają w nas przycisk mocy.  Tutaj zaczyna się opowieść o tym, jak wiele mogą zwykłe/niezwykłe słowa, które słyszymy od ludzi. Są zdania, które działają jak trampolina, i teksty, które przez całe życie podważają wiarę w siebie.

„Najlepszy” ma fantastyczną aktorską obsadę. Na pierwszym planie Jakub Gierszał,  ale tego filmu nie byłoby bez partnerujących mu aktorów. W głowie zostają  świetny Adam Woronowicz – w roli komendanta milicji,  Janusz Gajos – wcielający się w postać Marka Kotańskiego, czy mój ulubieniec – Arek Jakubik – jako samozwańczy trener.  Jestem bardzo ciekawa kolejnych propozycji dla Kamili Kamińskiej. Ta dziewczyna ma w sobie magnes, wierzę jej na ekranie.

Lubię seanse, które dają siłę na kolejny miesiąc, akurat w dniu, kiedy masz kryzys objawiający się pytaniem: czy warto walczyć o swoje marzenia?  Idźcie do kina i poszukajcie własnego guzika mocy! Obite kolana i blizny wyostrzają charakter.

„Najlepszy” w reżyserii Łukasza Palkowskiego od 17 listopada w kinach.

Podróż do Laponii, jakiej nie znasz

Dzięki przygotowaniom do debaty w kinie Muranów poznałam Amandę Kernell. Mocny, kobiecy głos w kinie. Zobaczcie „Krew Saamów” i zapomnijcie o pocztówkach z reniferami z Laponii. Zamiast sielskiego obrazka, lata 30. i rasizm wobec Saamów. Niepokojąco aktualny ten film, kiedy każda odrębność, zamiast ciekawić, jest pojmowana jako zagrożenie. Patrząc na tę historię wyraźnie widać, że wielu ludziom nadal potrzeba „Innych”, żeby się dowartościować. Na plakacie fantastyczna Lene Cecilia Sparrok – dziewczyna bez aktorskiego doświadczenia, której wierzy się od pierwszego kadru. Jest w tym filmie scena, kiedy do Lapończyków przyjeżdza komisja ze Szwecji – wchodzi do dziecięcej klasy, dokonuje „pomiarów” mających potwierdzić odrębność rasy. Błysk lampy błyskowej, która strzela w oczy nagiej, zawstydzonej dziewczynki jest jak strzał. Zabija godność. 


Oglądałam ten film myśląc o granicach, podziałach, a jednoczesnie wspólnocie emocji. Przecież strach, wstyd, czy tęsknotę za przynależnością odczuwa się podobnie, niezależnie od szerokości geograficznej.
„Krew Saamów” możecie zobaczyć w ramach Dni Nagrody Lux – przeglądu filmów walczących o Nagrodę Filmową Parlamentu Europejskiego. Bezpłatne wejściówki do odebrania od piątku w kasie kina Muranów. Warto się pospieszyć, bo ilość miejsc jest ograniczona. Przed projekcją „Krwi Saamów” debata, którą będę mieć przyjemność prowadzić. Spotkają się z Państwem Grażyna Torbicka, Magda Sendecka, Bogdan Wenta i Łukasz Ronduda. 27 października o godz. 19.

Obudź się, zanim zostaniesz wydmuszką!

                Wspomnienie seansu „The Square” od razu odpala w mojej głowie Genesis” duetu Justice, a  hasło – „nadjeżdża Tesla sprawiedliwości”, na stałe weszło do domowego słownika. Spokojnie – stanie się zrozumiałe po zobaczeniu filmu. Justice słuchany w samochodzie automatycznie powoduje przyciśnięcie pedału gazu. Silnik wchodząc na większe obroty, przyjemnie mruczy, ale wiadomo, jak to może się skończyć. I w sumie wszystko się zgadza – ten film pokazuje, do czego prowadzi pęd, w którym nie ma miejsce na refleksję. Pytanie, czy wyznawcy religii klikalności (dla której sens nie ma większego znaczenia), zdobędą się na dystans i zobaczą w nim siebie.

Wyhamujcie w kinie i dopuśćcie do siebie myśl, że śmiech może być odreagowaniem tego, co właśnie się dzieje. Film Rubena Östlunda to wcale nie jest odległa wizja przyszłości. W moim odczuciu reżyser podchodzi z kamerą do tego, co właśnie się dzieje. Myślę o epidemii głupoty i obojętności. Zachowajcie czujność!

Niebezpieczeństwo czai się wszędzie. Inteligencja i wykształcenie wcale nie powodują, że jesteś bezpieczny. Wyszukane konstrukcje słowne, którymi się posługujesz, nie gwarantują posiadania empatii. Zdolność opowiadania o egzystencjalizmie, nie jest jednoznaczna z umiejętnością wypowiedzenia słowa: przepraszam. Po wyjściu z kina dzwonił mi w głowie tekst z Gogola: z kogo się śmiejecie? z samych siebie się śmiejecie.

Razem z pierwszymi kadrami filmu wchodzimy do świata kultury wysokiej. Otwierają się drzwi Muzeum Sztuki Nowoczesnej, miejsca, gdzie dobrze jest się pokazać. Nawet jeśli nie czuje się tego, co akurat miał do przekazania światu artysta. Czy w takiej sytuacji wyrazić własne zdanie, wzruszyć ramionami, czy z uznaniem pokiwać głową? W tym momencie  przypominają mi się „Nowe szaty cesarza” Andersena. Pamiętacie? Tylko dziecko miało w sobie odwagę powiedzenia prawdy. W dorosłym świecie posiadanie własnego zdania staje się wyrazem odwagi. Nawet spontaniczność próbuje się upchnąć we wcześniej przygotowane, akceptowalne ramy. Być może chodzi o szybki bilans energetyczny. Milczenie nie wymaga wysiłku, obrona własnego zdania już tak. Zawsze można się schować za skomplikowanymi konstrukcjami myślowymi, wtedy powstają pełne egzaltacji „rusztowania znaczeń”… z których się spada, bo zwyczajnie nie dają oparcia.

Po „The Square” z pewnością zostanie Wam w głowie dzieciak z biednego osiedla niesłusznie oskarżony o kradzież. Wykrzykuje swoje prawo do sprawiedliwości. Nie dopasowuje się do cichego tonu dorosłych. Dzielnie krzyczy. I jest w tym fantastyczny. Mimo młodego wieku doskonale zna swoje nieprzekraczalne granice, kiedy ktoś je narusza, potrafi ich bronić. Dzieciaki w tym filmie to w ogóle osobna historia. Gdyby istniały nagrody za epizody,  przyznałabym jedną z nich najmłodszemu, kilkumiesięcznemu aktorowi – który uczestniczy w zebraniu tzw. kreatywnych. Z oczywistych względów nic nie mówi, ale jego spojrzenie jest bezcenne. Poważna z założenia narada obserwowana z dystansu staje się tragikomiczna. Myślę, że wielu z nas zna podobne zebrania z własnego doświadczenia. Open space czy kameralna salka zarządu i rozmowy, w których odbiorca staje się targetem, a burza mózgów z aspiracjami do myślowego tornado (działamy z rozmachem, a jak!) okazuje się burzą w szklance wody. Co odważniejsi reagują na absurdalne propozycje stłumionym śmiechem.  Pozostała grupa etatowych potakiwaczy, uruchamia  gest kiwania głową, po wcześniejszej skontrolowaniu, jakiej reakcji się od niej oczekuje. Własne zdanie jest postrzegane jako atak personalny. W takich warunkach kreatywność raczej umiera, no, chyba że umówimy się, że jest inaczej…Film szwedzkiego reżysera krąży wokół budowania iluzji. Pokazuje przepaść między tym, co deklarujemy, a tym, jak działamy. Nie chodzi tylko o świat medialny, nie sposób zapomnieć o współczesnej rzeczywistości społeczno-politycznej. Od razu pomyślałam o uchodźcach. Większość otwartych ludzi opowie się za ich przyjęciem. Pytanie, ilu faktycznie otworzy swoje drzwi, czy zrobi przelew z konkretną pomocą.

Zdobywca Złotej Palmy w Cannes świetnie zestawia dwa światy. Klasie wyższej  pogubionej w świecie pozorów przeciwstawia roszczeniową, ale szczerą w swych oczekiwaniach grupę outsiderów. Pierwsza grupa najchętniej odseparowałaby się od plebsu. Tworzy własne enklawy luksusu. Kadry z filmu przypomniały mi fragment książki „Yoro” . Marina Perezagua pisała m.in. o codziennej hipokryzji. W swoim tekście skonfrontowała śmierdzącą bezdomność z bogactwem „pozwalającym na kupno perfum zdolnych zakamuflować bezduszność“. Film Rubena Östlunda ilustruje to zdanie.

Dyrektor muzeum – świetnie grany przez C. Banga – to przystojny, potężny mężczyzna (przyznaję, pomyślałam – aż chce się pojechać do Szwecji!). Człowiek elokwentny, z wdziękiem brylujący w towarzystwie.  Za interesującą fasadą kryje się jednak sterylny do bólu świat, codzienność pozbawiona prawdziwych namiętności. Jest w niej miejsce na mechaniczny seks, o nagości uczuciowej nie ma niestety mowy. Ruben Östlund podsuwa pod nos konkretne schematy zachowań, które dobrze znamy – przerzucanie odpowiedzialności za własne wybory na innych, prowokacje, milczenie, które też bywa konkretnym działaniem. Świat bogaty w bodźce jest jedną wielką iluzją, którą nie sposób się nasycić. Przynależność do grona bywalców bywa zgubna, kiedy w sytuacji zagrożenia zostajesz sam. Dla mnie „The Square” to opowieść o tym, że mamy coraz większy problem z wypełnieniem formy treścią. Niewykonalne staje się zbudowanie prawdziwej relacji, wychodzącej poza umowę międzyludzką. Czas się obudzić, by nie zostać wydmuszką.

Strach przed detonacją

Modne sformułowanie: „przeczytałam jednym tchem“, nie pasuje do tej książki. Czytałam ją dwukrotnie, za każdym razem bardzo powoli, odkładając co kilkanaście stron. Wielowątkowość i sposób narracji zmuszały do podzielenia lektury na części. Po to, by móc ją przyjąć i ponieść ciężar, który ze sobą niesie.

To tekst, który oblepia, wchodzi pod skórę, drażni. Irytuje wielokrotnie złożonymi zdaniami, meandruje, skręca w nieoczekiwane strony. Pojawiają się w nim metafory przypominające język szaleńca. Bez wątpienia wymaga koncentracji i przyjęcia bólu, który się z niego wylewa. Nie sposób oddać okrucieństwa wojny przez suche fakty – na te zdążyliśmy już zobojętnieć. Marina Perezagua daje ofiarom konkretne twarze. Pisze wprost: „historia, która nie potrafi wyrazić ludzkiego bólu, jest nic niewarta“.

H – tak podpisuje się narratorka tej opowieści. Wybiera tę literę, bo dowiaduje się, że w języku hiszpańskim jest ona niema. Taki paradoks istnienia, które zostało powołane do życia, a jednocześnie odebrano mu prawo do wypowiedzi. Staje się głosem wszystkich wykluczonych. To litera otwierająca słowo Hiroszima, na dźwięk którego po kilkudziesięciu latach od wybuchu bomby atomowej – człowiek nadal ma przed oczami zniszczenie. Rany zadane przed laty są przekazywane z pokolenia na pokolenie, naznaczają. Choroba popromienna to widoczny efekt wybuchu, ale to tylko fragment zniszczeń.

Na stronach tej książki co chwilę wybuchają bomby – dochodzi do eksplozji bezradności, okrucieństwa, nienawiści. Hiszpańska pisarka opisuje wydarzenia sprzed wielu lat, a jednocześnie zdaje się mówić: nie czuj się bezpiecznie. 6 sierpnia 1945 roku niebo też było bezchmurne. A potem nastąpiła Apokalipsa.

To tekst, który pokazuje, że zło przychodzi zwyczajnie, bez spektakularnego ostrzeżenia. Bombę, która zniszczyła życie 200 tysięcy osób, nazwano „Little boy“. Trudno o większy cynizm w odniesieniu do dziecięcej niewinności. Ojciec ładunku to Robert Oppenheimer – wybitny fizyk, który zgadza się na bycie szefem zespołu utytułowanych naukowców. Schlebia mu przewodzenie tajnej misji. Spełnia pokładane w sobie nadzieje – ostatecznie zamienia ciąg równań w reakcję termojądrową. Ten człowiek nie był wcieleniem diabła, był 38 latkiem, który podjął wyzwanie zawodowe. Wątpliwości moralne schował do kieszeni, nie powstrzymały jego pracy, napędzany ambicją stworzył potwora.

Hiszpańska autorka pisze tak, że czytający niemal czuje smród spalonego ludzkiego ciała, przed oczami stają monstrualnie spuchnięte ofiary choroby popromiennej. Pisarka przypomina o ludziach sprowadzonych do fizjologii, upokorzonych, kiedy to wilgoć własnego moczu jest sygnałem powrotu do zdrowia. Pisze o tym, że dzisiaj jest 20 tysięcy bomb straszliwszych od tej zrzuconej na Hiroszimę. Jeszcze groźniejsze są te tykające w głowach ludzi, których życiem kieruje żądza władzy.

Perezagua przeprowadza nas przez bolesne rozdziały historii. Jej opowieść jest jak odzyskiwanie pamięci. Nie podaje środków znieczulających, przeciwnie -kumuluje ludzkie nieszczęście tak, aby je poczuć i nie zapomnieć. Przypomina m.in. japońskie obozy koncentracyjne dorównujące okrucieństwem tym nazistowskim. Zaznacza, że ich nieobecność w zbiorowej pamięci boli podwójnie, jak pisze: „ofiary japońskiego barbarzyństwa pozostawiono na pastwę najpotworniejszego bólu, jaki może zadać czas pokoju: bólu zapomnienia“. Pisarka uzupełnia wyrwy w pamięci. Słowami uruchamia obrazy, których nie sposób wymazać. Wśród przykładów ludzkiego okrucieństwa znajdziemy też wojenny „statek śmierci“. Przywołując raporty dziennikarza i pisarza George’a Wellesa Hiszpanka podsuwa pod nos opis piekła amerykańskich jeńców zapakowanych jak towar do ładowni i pozbawionych dopływu powietrza. „Jedynie puls odróżniał omdlałego od trupa, ponieważ było tak straszliwie gorąco, że przez bardzo długi czas zwłoki nie stygły“. Narratorka nie waży ciężaru zbrodni, ten jest nie do uniesienia. Ofiary i kaci są po jednej i drugiej stronie.

„Yoro“ rozgrywa się w ciągu 55 lat, które pokazują, że człowiek nie wyciąga lekcji z historii. Z Japonii czasu wojny przechodzimy do współczesnej Afryki. Perezagua wprowadza czytelnika w kolejne zakamarki piekła. Docieramy na śmietnik świata, na którym międzynarodowe korporacje bez litości eksploatują ziemię i ludzi. Można odnieść wrażenie, że rozwój ludzkości polega na pomysłowości w zadawaniu bólu i odzieraniu z godności. Hiszpańska pisarka pokazuje cynizm rządzących, a także codzienną hipokryzję wielu z nas. Śmierdzącą bezdomność konfrontuje z bogactwem „pozwalającym na kupno perfum zdolnych zakamuflować bezduszność“.

Poszukiwanie Yoro – małej japońskiej dziewczynki oddanej czasowo pod opiekę amerykańskiego oficera – staje się także poszukiwaniem sensu życia. Życia, które z jednej strony stara się za wszelką ceną przedłużyć, z drugiej -sprowadza się je do śmierci białka, zwykłej proteiny. To podróż po rzeczywistości pozbawionej logiki.

 Istotne w tej historii jest ciało. Nie jest jedynie opakowaniem. To poprzez cielesność zapośredniczone są emocje. Jest okaleczone, ale jeszcze dotkliwsze okazują się blizny wewnętrzne powstałe na skutek odrzucenia. H rodzi się jako osoba z zaburzeniem różnicowania płciowego. Dziewczynka wychowywana jak chłopiec. Z obcym sobie ciałem. Pisze o niemożności zrzucenia ubrań, w które wcisnęli ją inni. Przejmujący opis niedookreśloności. Bycia pomiędzy etykietkami. Inność nie oznacza wyjątkowości, a odrzucenie. Perezagua pokazuje hermafrodytyzm w taki sposób, kiedy to kwestionowanie płci, staje się kwestionowaniem wartości człowieka.

Przejmujący jest również wątek macierzyństwa. Imperatyw przekazania życia, które H nazywa najpotężniejszym ładunkiem wybuchowym. Uwagę zwraca powszechne strywializowanie narodzin i obojętność wobec śmierci. H opowiada:

„Gdybym przez całe życie znajdowała się w absolutnej izolacji i którego dnia ktoś powiedziałby mi, że z mojego ciała wyłoni się inne ciało, za bardziej prawdopodobne uznałabym, że mogę zamienić się w robaka. Ludzie pukają się w czoło, kiedy słyszą o magii, ale zracjonalizowali ciążę do tego stopnia, że zmienili ją w banał“. Marzenie o macierzyństwie staje się opowieścią o braku, który paradoksalnie potrafi wypełnić całe życie.

„Yoro“ zaskakuje wielowątkowością. Traumatyczne życiorysy, które śledzi czytelnik są materiałem na wieloletnią terapię. Uniwersalny jest wątek wpasowywania się w ramy wyznaczane przez innych. W tej części książki odnajdą się wszyscy żyjący pod presją cudzych oczekiwań, które niemal fizycznie deformują ich ciała, Siłowe dopasowanie się do określonego formatu wielu stawia na granicy szaleństwa, kiedy to cudze wyobrażenia okazują się ciężarem nie do udźwignięcia.

„Yoro“ to także opowieść o mocy słowa, sile świadectwa, które pozwala ocalić nadzieję. Czasem to jedyna rzecz, jaką można zrobić. Autorka zdaje się przestrzegać przed biernością. Pisze o „genetyce apatii,“ niebezpieczeństwie rezygnacji, która „osłabia nogi i wolę, pozbawia napięcia słowa“.

H w swojej izolacji czyta, poprzez książki przebywa w towarzystwie nieżyjących autorów, ale to właśnie oni dają jej siłę. Emocje unicestwiają niszczące działanie czasu. Zapisane nadal żyją.

Książka Hiszpanki jest jak ostrzeżenie przed ślepotą zobojętnienia, intelektualnym lenistwem. Perezagua pisze „im bardziej skomplikowane są myśli, tym więcej tlenu zużywa mózg. Myślenie męczy“. Tyle tylko, że nie stać nas na luksus niemyślenia. Człowiek, któremu przez lata odmawiano prawa głosu, jest bliski eksplozji. Ładunki bezsilności i upokorzenia rozsiane są po całym świecie. Czuć strach przed detonacją.

Uwiódł mnie ten kochanek

„Podwójny kochanek” Ozona najpierw uwodzi człowieka przez formę. Wychodzisz z kina, jeszcze nie do końca rozumiesz wszystkie wątki, ale mówisz: ” jak to było zrobione”! Na analizę przychodzi czas po seansie. Poszczególne kadry na tyle wyraźnie zapisują się na twardym dysku głowy i serca, że jest do czego wracać. Ta produkcja po prostu siedzi w widzu. Jeden film i kilka gatunków, które w zaskakujący sposób mieszają się ze sobą. Thriller, dramat, film erotyczny, horror. Do tego zabawa formą, nawiązania do wybitnych filmów ze światowego kina. Poddałam się tej opowieści m.in. dlatego, że nie pozwala na przewidzenie kolejnego kroku bohaterów. Francuski reżyser zawłaszcza uwagę, wciąga w opowieść.

Ozon postawił na aktorski duet – Marine Vacth i Jérémie Renier. 26 letnią aktorkę, związaną wcześniej ze światem mody (przypominam  jej udział w kampanii Yves Saint Laurent) część widzów pamięta z filmu „Młoda i piękna” (2013), w którym wcielała się w postać młodej prostytutki. Długowłosa piękność, którą pamiętamy z tamtej produkcji,  w „Podwójnym kochanku” ścina włosy i pokazuje urodę, która dojrzewa razem z metamorfozą bohaterki. Poznajemy ją jako zagubioną w życiu pacjentkę gabinetu psychiatrycznego. Nie znamy jej przeszłości. Patrzymy na młodą kobietę, która  jest jakby odłączona od własnego ciała. To ono zwraca na siebie uwagę powtarzającymi się bólami brzucha. Takimi,  które wydają się nie mieć konkretnej medycznej przyczyny. Lekarze sugerują problemy psychiczne. Tak Chloé trafia do gabinetu Paula – psychiatry, który musi przerwać terapię, bo zakochuje się w swojej pacjentce.

Tę postać fantastycznie tworzy belgijski aktor. Nie ukrywam, że Jérémie Renier to ten typ mężczyzny, do którego mam słabość. ( z kobiecych komentarzy po seansie wnioskuję, że nie jestem odosobniona). 36 latek o niezwykle plastycznej twarzy. Proponuję wrzucić  jego nazwisko do wyszukiwarki obrazów, aby zobaczyć, w jak różnych wcieleniach się odnajduje. Obok zdjęć „przeciętniaka w swetrze”, znajdziecie budzącą zmysły czarno-białą sesję dla Le Monde. W „Podwójnym kochanku” potrafi być uważnym, potrafiącym słuchać terapeutą, jak i agresywnym mężczyzną, który podejmuje niebezpieczną, seksualną grę. Warto przypomnieć, że Renier wystąpił u Ozona już w 1999 roku. W produkcji „Zbrodniczy kochankowie”  miał osiemnaście lat. W „Podwójnym kochanku” bywa mężczyzną niebezpiecznym i uzależniającym, władczym i pogubionym.

 


Przerwana terapia to tak naprawdę początek tej opowieści. Śledzimy historię, w której ciało pamięta coś, o czym zapomniała (lub chciała zapomnieć) głowa.  Chęć poznania czyjegoś sekretu nieoczekiwanie otwiera własną mroczną przestrzeń. Zaczyna się niebezpieczna gra bohaterki i intrygująca gra Ozona z widzem. Komplikuje motywacje, gmatwa to, co jeszcze przed chwilą wydawało się oczywiste. Rosnące napięcie rozbraja groteską i absurdem.  Podważa zaufanie do własnego odbioru świata. W „Podwójnym kochanku” bohaterowie często występują bez ubrań, ale to nagość emocjonalne jest znacznie bardziej interesująca. Są ogołoceni, kiedy ich motywacje, poczucie winy, czy  lęki zostają wystawione na światło dzienne.

Bardzo lubię jedną z pierwszych scen, która otwiera film. Rejestruje moment, kiedy zaczynamy być dla kogoś widoczni w rozmowie. Powierzchowność schodzi na drugi plan.  Zainteresowanie, czas i uwaga tworzą relację.  Zaczyna się prawdziwy czas nagości, otwarcia. Pojawiają się pytania – te które płyną z zewnątrz i te, które są ucinane na zasadzie autocenzury. Niewypowiedziane nadal siedzą w środku, czasami następuje nieoczekiwany wybuch.

Wyobraźnię Ozona uruchomił tekst amerykańskiej pisarki Joyce Carol Oates. Dla mnie to kolejny dowód na to, że wieczór z książką  to najmniejszy seans świata. Człowiek czyta, a w głowie wyświetlają mu się konkretne obrazy.  Taśma filmowa z głowy Ozona wyjątkowo mi się podoba.

PS: Są tacy, którzy napisali do mnie wprost: „nie trafia do mnie ten Ozon. Oglądałem film i zastanawiałem się, jak bardzo zryty beret ma reżyser?”  Przyznaję, że sama kilka razy wymieniałam porozumiewawcze spojrzenia z przyjaciółką, w niemy sposób pytając : „co tu się wyprawia?” i „ale o co chodzi?”, co nie zmienia faktu, że kadry wracają, a moja głowa cały czas krąży wokół tego filmu.

Jak „Podwójny kochanek” podziała na Was? Sprawdźcie w kinach!

Nowy film F. Ozona od 25 sierpnia

Brave Kids – niech żyje dziecięcość!

Z trudem powstrzymałam się, żeby nie wbiec na scenę. Miałam ochotę tańczyć razem z nimi – gośćmi z Rumunii, Izraela czy odległych zakątków Rosji. Siedząc na widowni Centrum Promocji Kultury chciałam być jak najbliżej dziecięcej energii, otwartości, uśmiechu. Takiego, który bez trudu otwiera każde drzwi. Te do innej kultury, tradycji, religii. Bez lęku, a z ciekawością.

BRAVE KIDS –  to projekt, który powinien poznać każdy, komu zdarza się wątpić w ludzkość. Dzieciaki przywracają wiarę w człowieka. Takiego, który czerpie z wielokulturowości. To świat dorosłych jest ograniczony, dzieci w naturalny sposób budują mosty, a nie mury.

Zostawiam dla Was zdjęcia. To dowód na to, że język uczuć jest uniwersalny. Nie potrzebuje tłumaczenia. Odbiór następuje w sposób naturalny. Ogłaszam powrót do dziecięcości. Tam wszystko, co najlepsze.

Uśmiech kosztuje mniej niż elektryczność, a daje o wiele więcej światła.

Brave Kids przypomina o rzeczach najprostszych. Ramiona służą do przytulania.

Centrum Promocji Kultury jako centrum dowodzenia światem. W takiej rzeczywistości chcę żyć.

Bycie razem daje siłę!

Radość w Centrum Promocji Kultury Praga-Południa

jeśli nie znacie Brave Kids, poznajcie:

http://www.bravekids.eu

 

 

Ogród – miejsce uważności

– Z takim zaangażowaniem opowiadał o tych roślinach, że jak mówił, to aż mu się okulary podnosiły – tak T. relacjonował  popołudniowe warsztaty w ramach akcji „Warszawa w kwiatach i zieleni”. Mówił o doktorze Wojciechu Podstolskim z Ogrodu Botanicznego UW. Byliśmy zgodni – z tym panem trzeba umówić się na dłuższą rozmowę. Połączenie pasji, wiedzy i lekkości opowiadania. Ten zestaw wystąpił dziś podwójnie – męską wersję reprezentował wspomniany pan Wojtek, jego kobiecy, pełen pasji odpowiednik stanowiła Marta Gessler z Warsztatu Woni i Qchni Artystycznej. Kobieta Melisa – tak o niej myślę, z prostej przyczyny – działa na mnie uspokajająco.  Przenosi w takie przestrzenie, w których mogę się skupić na tym, co „tu i teraz”. Ilekroć opowiada o kuchni czy roślinach, robi to w taki sposób, że moje myśli idą za nią. Skupiam się na monsterach dziurawych (sprawdźcie, jaka to ładna roślina), albo nabieram ogromnej ochoty na polaną masełkiem polentę.

Marta Gessler – jak sama o sobie powiedziała – kucharka, kwiaciarka, ogrodniczka.
dr Wojciech Podstolski – Ogród Botaniczny UW

Ogród to miejsce uważności – to zdanie padło dziś podczas warsztatów i od razu wsadziłam je sobie do kieszeni. Uważność to przecież klucz do szczęścia. To, co ucieka innym, można zauważyć i uruchomić radość z drobnostek. Jest jeden warunek – trzeba zwolnić. Kiedy już uda się wyhamować, przychodzą nagrody. Przykłady?Do dzisiaj nie widziałam o istnieniu pióropusznika strusiego i co było do przewidzenia – od razu się zakochałam. Najpierw audiofilsko – w nazwie, chwilę później – wizualnie. To rodzaj paproci, która w ogrodach wprowadza coś z baśniowej tajemniczości. Z roślinek, które od razu chce się przygarnąć – wysoko w rankingu znalazł się też karminik ościsty – przypomina trochę mech, dodatkowo ozdobiony drobnymi, białymi kwiatami.

Karmnik ościsty w czułych rękach ogrodniczki

Marta opowiadała dziś m.in. o czarnej porzeczce i agreście, których brakuje jej na współczesnych działkach. Jeden krótki wątek, a przeniósł mnie na grządki moich dziadków. Do miejsca, które już nie istnieje, a może przeciwnie – istnieje wbrew wszystkiemu. Taka jest moc naszej pamięci. Siła wspomnień.

 Pióropusznik strusi

Do domu wróciliśmy z cebulkami szczawika różowego. Trudno się powstrzymać, ale celowo nie sprawdzam, jak będzie wyglądać, kiedy wystawi nos (czyli łodyżkę) z cebulki. Niech to będzie niespodzianka. Nagroda za czułą opiekę i wspomnianą uważność. Jutro sadzę w donicy, dam znać, kiedy wyjdzie z ziemi.

 

uśpiona zieloność

takiej odmiany bzu jeszcze nie widziałam

zasłuchany uczestnik warsztatów, specjalizacja: bieganie w zieleni

łąka przed Zamkiem Ujazdowskim stworzona przez uczestników warsztatów „Warszawa w kwiatach i zieleni”

i jak nie kochać za tę kędzierzawość?

zieleń Agrykoli

Wyjdź ze skorupy razem z „Czerwonym żółwiem”

Po „Czerwonym żółwiu” należy się dużo przytulać. To była moja pierwsza myśl po wyjściu z seansu. Ten film obudził we mnie sporo smutku, który dobrze się koi w bezpiecznych ramionach. Po prostu – to, co piękne nie zawsze musi być wesołe. Miłość  (w  parze, czy w relacji rodzic-dziecko) to jedna z ważniejszych rzeczy, jaka może się przydarzyć. Jednocześnie razem z nią rodzi się strach. O jej trwałość, wzajemność czy wytrzymałość na zmienność losu. Świadomość ograniczonego wpływu na to, jakie scenariusze przygotowało dla nas życie budzi bezsilność. Ta może przerodzić się w powolną rezygnację lub w bardziej konstruktywną złość. Uczucie, które potrafi podnieść do działania. Zmotywować do podjęcia kolejnej próby.

Tej animowanej opowieści trzeba się poddać. Nie istnieją w niej słowa. Niesie nas muzyka i obrazy. Ci, którzy przyzwyczaili się w kinie do dużej ilości bodźców i szybkich zmian akcji, będą potrzebować trochę czasu na wyciszenie. Sama zarejestrowałam w sobie moment rozdrażnienia powolnością opowieści, co dało mi jasny sygnał, że  na co dzień za bardzo pędzę. Bez takiego wewnętrznego wyhamowania trudno będzie przeżyć ten film. A zdecydowanie warto to zrobić.

Idę o zakład, że każdy zobaczy w tej produkcji coś innego, w zależności od tego, co akurat zaprząta jego wnętrze. Kiedy przestałam popędzać w głowie obrazy, moje myśli powędrowały na  Wyspę Samotności. Podczas tej podróży czułam ból utraty i po raz kolejny zrozumiałam, że bliskość zawiera w sobie ryzyko oddalenia. Zdjęcie emocjonalnej skorupy to wystawienie się na cios, ale jednocześnie jedyna szansa na to, aby czuć.

„Czerwony żółw” w reż. Michaela Dudoka de Wita w kinach od 23 czerwca

Dziękuję Gutek Film ( w osobie Małgorzaty Kostro-Olechowskiej) za przedpremierowy pokaz.

(zakochałam się w animowanych krabach z tej produkcji, mam wrażenie, że idealnie rozbrajały momenty największego natężenia emocji)

 

Ekspedycja

Trzech mężczyzn ze Szwecji i odważny plan – podróż na biegun północny balonem. Mamy rok 1897. Zamiast telefonu satelitarnego – gołębie pocztowe. Czaszę nietypowego środka transportu szyją paryskie krawcowe. Szyk wyprawie nadają krawaty i apaszki przygotowane na dzień lądowania. Nikt nawet nie przypuszcza, że wełniane marynarki, kalesony i rękawice podróżnicy zamienią kiedyś na odzież z goreteksu. Śmiałków niesie siła wielkiego marzenia. Zapraszam do wehikułu czasu – poznajcie bohaterów wyprawy Andreego. O książce „Ekspedycja” rozmawiam z jej tłumaczką – Justyną Czechowską.

Trzecia osoba

TRZECIA OSOBA Małgorzaty Hayles to książka, na której po raz pierwszy miałam przyjemność zaistnieć z nową – podwójną tożsamością.  Ze zdwojoną mocą, jako Wawrzkowicz-Nasternak polecam.

                   Ten tekst to dowód na siłę wyobraźni. Bohater przejmuje władzę nad autorem, pisarz odkrywa to, co chciał zakryć, a czytelnik zaczyna traktować fikcyjną postać jak bliską sobie osobę. Finalnie – w obcej historii widzi samego siebie. Na tym polega siła dobrej literatury.

To książka, dzięki której zabrałam się za remanent mojej „podręcznej pamięci“. Tak Małgorzata Hayles nazywa magazyn, w którym przechowujemy utarte wyobrażenia o nas samych. Gotowe odpowiedzi na pytania, nad którymi już dawno przestaliśmy się zastanawiać. „Trzecia osoba” opowiada o niemożności wpasowania się w czyjś scenariusz przy jednoczesnej potrzebie współgrania. Na plan pierwszy wysuwa się rozczarowanie życiem, które wielu sprowadza do roli nieistotnego tła. Wstydliwa tęsknota za odegraniem głównej roli i potrzeba znalezienia świadka, który zauważy nasze istnienie i nada mu sens.

Jesteśmy zlepkiem emocji, które zostawiają w nas inni – i właśnie o tym pisze Małgorzata Hayles. Czasami trudno rozpoznać, co faktycznie jest nasze, a co zostało przyswojone na siłę. I tkwi w środku – obce i zapożyczone.W życiu nie można liczyć na literacką spójność. Jesteśmy poskładani z różnych rozdziałów, epizodów wyrwanych z kontekstu. Niepasujących do siebie emocji. Spokojna powieść obyczajowa potrafi zamienić się w thriller niepozbawiony elementów tragikomedii. Starannie rozpisany życiowy scenariusz wyrywa się spod kontroli. Lubię sposób, w jaki prowadzi czytelnika Małgorzata Hayles. Czytam odległą od siebie historię, a bardzo wyraźnie rejestruję własne rozedrganie. Moment, kiedy spotykają się emocje. Zawstydzająca chwila, kiedy w skrawkach opowieści odnajdujesz siebie, połączona z ulgą, że inni też tak mają.

Dzień dobry!

można się zasłuchać i zasiedzieć
Rozmawiam, bo lubię – to zdanie najlepiej oddaje to, co robię od kilkunastu lat.  Jako dziennikarka spotykałam się z Państwem w TVP, TVN Style, TVN Warszawa i Canal +. Byłam głosem Radia PiN i Radia Zet Chilli.  Nie wiem, gdzie teraz zaprowadzą mnie moje stopy, ale ufam, że znajdą dobre miejsce. Ten blog stworzyłam dla tych, którzy przyzwyczaili się do naszego codziennego kontaktu. Potrzeba dzielenia się światem jest u mnie ogromna i nie zamierzam jej zakopywać, przeciwnie – korzystam z kolejnej możliwości spotkania. Zapraszam na ten blog tak,  jak do swojego domu. Panuje w nim twórczy bałagan. Na biurku i stołach mnóstwo gazet i książek. A w środku masa historii, którymi warto podzielić się ze światem. Częstujcie się! Życie smakuje w dobrym towarzystwie.