filmy

Dzięki przygotowaniom do debaty w kinie Muranów poznałam Amandę Kernell. Mocny, kobiecy głos w kinie. Zobaczcie „Krew Saamów” i zapomnijcie o pocztówkach z reniferami z Laponii. Zamiast sielskiego obrazka, lata 30. i rasizm wobec Saamów. Niepokojąco aktualny ten film, kiedy każda odrębność, zamiast ciekawić, jest pojmowana jako zagrożenie. Patrząc na tę historię wyraźnie widać, że wielu ludziom nadal potrzeba „Innych”, żeby się dowartościować. Na plakacie fantastyczna Lene Cecilia Sparrok – dziewczyna bez aktorskiego doświadczenia, której wierzy się od pierwszego kadru. Jest w tym filmie scena, kiedy do Lapończyków przyjeżdza komisja ze Szwecji – wchodzi do dziecięcej klasy, dokonuje „pomiarów” mających potwierdzić odrębność rasy. Błysk lampy błyskowej, która strzela w oczy nagiej, zawstydzonej dziewczynki jest jak strzał. Zabija godność. 


Oglądałam ten film myśląc o granicach, podziałach, a jednoczesnie wspólnocie emocji. Przecież strach, wstyd, czy tęsknotę za przynależnością odczuwa się podobnie, niezależnie od szerokości geograficznej.
„Krew Saamów” możecie zobaczyć w ramach Dni Nagrody Lux – przeglądu filmów walczących o Nagrodę Filmową Parlamentu Europejskiego. Bezpłatne wejściówki do odebrania od piątku w kasie kina Muranów. Warto się pospieszyć, bo ilość miejsc jest ograniczona. Przed projekcją „Krwi Saamów” debata, którą będę mieć przyjemność prowadzić. Spotkają się z Państwem Grażyna Torbicka, Magda Sendecka, Bogdan Wenta i Łukasz Ronduda. 27 października o godz. 19.

filmy

                Wspomnienie seansu „The Square” od razu odpala w mojej głowie Genesis” duetu Justice, a  hasło – „nadjeżdża Tesla sprawiedliwości”, na stałe weszło do domowego słownika. Spokojnie – stanie się zrozumiałe po zobaczeniu filmu. Justice słuchany w samochodzie automatycznie powoduje przyciśnięcie pedału gazu. Silnik wchodząc na większe obroty, przyjemnie mruczy, ale wiadomo, jak to może się skończyć. I w sumie wszystko się zgadza – ten film pokazuje, do czego prowadzi pęd, w którym nie ma miejsce na refleksję. Pytanie, czy wyznawcy religii klikalności (dla której sens nie ma większego znaczenia), zdobędą się na dystans i zobaczą w nim siebie.

Wyhamujcie w kinie i dopuśćcie do siebie myśl, że śmiech może być odreagowaniem tego, co właśnie się dzieje. Film Rubena Östlunda to wcale nie jest odległa wizja przyszłości. W moim odczuciu reżyser podchodzi z kamerą do tego, co właśnie się dzieje. Myślę o epidemii głupoty i obojętności. Zachowajcie czujność!

Niebezpieczeństwo czai się wszędzie. Inteligencja i wykształcenie wcale nie powodują, że jesteś bezpieczny. Wyszukane konstrukcje słowne, którymi się posługujesz, nie gwarantują posiadania empatii. Zdolność opowiadania o egzystencjalizmie, nie jest jednoznaczna z umiejętnością wypowiedzenia słowa: przepraszam. Po wyjściu z kina dzwonił mi w głowie tekst z Gogola: z kogo się śmiejecie? z samych siebie się śmiejecie.

Razem z pierwszymi kadrami filmu wchodzimy do świata kultury wysokiej. Otwierają się drzwi Muzeum Sztuki Nowoczesnej, miejsca, gdzie dobrze jest się pokazać. Nawet jeśli nie czuje się tego, co akurat miał do przekazania światu artysta. Czy w takiej sytuacji wyrazić własne zdanie, wzruszyć ramionami, czy z uznaniem pokiwać głową? W tym momencie  przypominają mi się „Nowe szaty cesarza” Andersena. Pamiętacie? Tylko dziecko miało w sobie odwagę powiedzenia prawdy. W dorosłym świecie posiadanie własnego zdania staje się wyrazem odwagi. Nawet spontaniczność próbuje się upchnąć we wcześniej przygotowane, akceptowalne ramy. Być może chodzi o szybki bilans energetyczny. Milczenie nie wymaga wysiłku, obrona własnego zdania już tak. Zawsze można się schować za skomplikowanymi konstrukcjami myślowymi, wtedy powstają pełne egzaltacji „rusztowania znaczeń”… z których się spada, bo zwyczajnie nie dają oparcia.

Po „The Square” z pewnością zostanie Wam w głowie dzieciak z biednego osiedla niesłusznie oskarżony o kradzież. Wykrzykuje swoje prawo do sprawiedliwości. Nie dopasowuje się do cichego tonu dorosłych. Dzielnie krzyczy. I jest w tym fantastyczny. Mimo młodego wieku doskonale zna swoje nieprzekraczalne granice, kiedy ktoś je narusza, potrafi ich bronić. Dzieciaki w tym filmie to w ogóle osobna historia. Gdyby istniały nagrody za epizody,  przyznałabym jedną z nich najmłodszemu, kilkumiesięcznemu aktorowi – który uczestniczy w zebraniu tzw. kreatywnych. Z oczywistych względów nic nie mówi, ale jego spojrzenie jest bezcenne. Poważna z założenia narada obserwowana z dystansu staje się tragikomiczna. Myślę, że wielu z nas zna podobne zebrania z własnego doświadczenia. Open space czy kameralna salka zarządu i rozmowy, w których odbiorca staje się targetem, a burza mózgów z aspiracjami do myślowego tornado (działamy z rozmachem, a jak!) okazuje się burzą w szklance wody. Co odważniejsi reagują na absurdalne propozycje stłumionym śmiechem.  Pozostała grupa etatowych potakiwaczy, uruchamia  gest kiwania głową, po wcześniejszej skontrolowaniu, jakiej reakcji się od niej oczekuje. Własne zdanie jest postrzegane jako atak personalny. W takich warunkach kreatywność raczej umiera, no, chyba że umówimy się, że jest inaczej…Film szwedzkiego reżysera krąży wokół budowania iluzji. Pokazuje przepaść między tym, co deklarujemy, a tym, jak działamy. Nie chodzi tylko o świat medialny, nie sposób zapomnieć o współczesnej rzeczywistości społeczno-politycznej. Od razu pomyślałam o uchodźcach. Większość otwartych ludzi opowie się za ich przyjęciem. Pytanie, ilu faktycznie otworzy swoje drzwi, czy zrobi przelew z konkretną pomocą.

Zdobywca Złotej Palmy w Cannes świetnie zestawia dwa światy. Klasie wyższej  pogubionej w świecie pozorów przeciwstawia roszczeniową, ale szczerą w swych oczekiwaniach grupę outsiderów. Pierwsza grupa najchętniej odseparowałaby się od plebsu. Tworzy własne enklawy luksusu. Kadry z filmu przypomniały mi fragment książki „Yoro” . Marina Perezagua pisała m.in. o codziennej hipokryzji. W swoim tekście skonfrontowała śmierdzącą bezdomność z bogactwem „pozwalającym na kupno perfum zdolnych zakamuflować bezduszność“. Film Rubena Östlunda ilustruje to zdanie.

Dyrektor muzeum – świetnie grany przez C. Banga – to przystojny, potężny mężczyzna (przyznaję, pomyślałam – aż chce się pojechać do Szwecji!). Człowiek elokwentny, z wdziękiem brylujący w towarzystwie.  Za interesującą fasadą kryje się jednak sterylny do bólu świat, codzienność pozbawiona prawdziwych namiętności. Jest w niej miejsce na mechaniczny seks, o nagości uczuciowej nie ma niestety mowy. Ruben Östlund podsuwa pod nos konkretne schematy zachowań, które dobrze znamy – przerzucanie odpowiedzialności za własne wybory na innych, prowokacje, milczenie, które też bywa konkretnym działaniem. Świat bogaty w bodźce jest jedną wielką iluzją, którą nie sposób się nasycić. Przynależność do grona bywalców bywa zgubna, kiedy w sytuacji zagrożenia zostajesz sam. Dla mnie „The Square” to opowieść o tym, że mamy coraz większy problem z wypełnieniem formy treścią. Niewykonalne staje się zbudowanie prawdziwej relacji, wychodzącej poza umowę międzyludzką. Czas się obudzić, by nie zostać wydmuszką.

książki

Modne sformułowanie: „przeczytałam jednym tchem“, nie pasuje do tej książki. Czytałam ją dwukrotnie, za każdym razem bardzo powoli, odkładając co kilkanaście stron. Wielowątkowość i sposób narracji zmuszały do podzielenia lektury na części. Po to, by móc ją przyjąć i ponieść ciężar, który ze sobą niesie.

To tekst, który oblepia, wchodzi pod skórę, drażni. Irytuje wielokrotnie złożonymi zdaniami, meandruje, skręca w nieoczekiwane strony. Pojawiają się w nim metafory przypominające język szaleńca. Bez wątpienia wymaga koncentracji i przyjęcia bólu, który się z niego wylewa. Nie sposób oddać okrucieństwa wojny przez suche fakty – na te zdążyliśmy już zobojętnieć. Marina Perezagua daje ofiarom konkretne twarze. Pisze wprost: „historia, która nie potrafi wyrazić ludzkiego bólu, jest nic niewarta“.

H – tak podpisuje się narratorka tej opowieści. Wybiera tę literę, bo dowiaduje się, że w języku hiszpańskim jest ona niema. Taki paradoks istnienia, które zostało powołane do życia, a jednocześnie odebrano mu prawo do wypowiedzi. Staje się głosem wszystkich wykluczonych. To litera otwierająca słowo Hiroszima, na dźwięk którego po kilkudziesięciu latach od wybuchu bomby atomowej – człowiek nadal ma przed oczami zniszczenie. Rany zadane przed laty są przekazywane z pokolenia na pokolenie, naznaczają. Choroba popromienna to widoczny efekt wybuchu, ale to tylko fragment zniszczeń.

Na stronach tej książki co chwilę wybuchają bomby – dochodzi do eksplozji bezradności, okrucieństwa, nienawiści. Hiszpańska pisarka opisuje wydarzenia sprzed wielu lat, a jednocześnie zdaje się mówić: nie czuj się bezpiecznie. 6 sierpnia 1945 roku niebo też było bezchmurne. A potem nastąpiła Apokalipsa.

To tekst, który pokazuje, że zło przychodzi zwyczajnie, bez spektakularnego ostrzeżenia. Bombę, która zniszczyła życie 200 tysięcy osób, nazwano „Little boy“. Trudno o większy cynizm w odniesieniu do dziecięcej niewinności. Ojciec ładunku to Robert Oppenheimer – wybitny fizyk, który zgadza się na bycie szefem zespołu utytułowanych naukowców. Schlebia mu przewodzenie tajnej misji. Spełnia pokładane w sobie nadzieje – ostatecznie zamienia ciąg równań w reakcję termojądrową. Ten człowiek nie był wcieleniem diabła, był 38 latkiem, który podjął wyzwanie zawodowe. Wątpliwości moralne schował do kieszeni, nie powstrzymały jego pracy, napędzany ambicją stworzył potwora.

Hiszpańska autorka pisze tak, że czytający niemal czuje smród spalonego ludzkiego ciała, przed oczami stają monstrualnie spuchnięte ofiary choroby popromiennej. Pisarka przypomina o ludziach sprowadzonych do fizjologii, upokorzonych, kiedy to wilgoć własnego moczu jest sygnałem powrotu do zdrowia. Pisze o tym, że dzisiaj jest 20 tysięcy bomb straszliwszych od tej zrzuconej na Hiroszimę. Jeszcze groźniejsze są te tykające w głowach ludzi, których życiem kieruje żądza władzy.

Perezagua przeprowadza nas przez bolesne rozdziały historii. Jej opowieść jest jak odzyskiwanie pamięci. Nie podaje środków znieczulających, przeciwnie -kumuluje ludzkie nieszczęście tak, aby je poczuć i nie zapomnieć. Przypomina m.in. japońskie obozy koncentracyjne dorównujące okrucieństwem tym nazistowskim. Zaznacza, że ich nieobecność w zbiorowej pamięci boli podwójnie, jak pisze: „ofiary japońskiego barbarzyństwa pozostawiono na pastwę najpotworniejszego bólu, jaki może zadać czas pokoju: bólu zapomnienia“. Pisarka uzupełnia wyrwy w pamięci. Słowami uruchamia obrazy, których nie sposób wymazać. Wśród przykładów ludzkiego okrucieństwa znajdziemy też wojenny „statek śmierci“. Przywołując raporty dziennikarza i pisarza George’a Wellesa Hiszpanka podsuwa pod nos opis piekła amerykańskich jeńców zapakowanych jak towar do ładowni i pozbawionych dopływu powietrza. „Jedynie puls odróżniał omdlałego od trupa, ponieważ było tak straszliwie gorąco, że przez bardzo długi czas zwłoki nie stygły“. Narratorka nie waży ciężaru zbrodni, ten jest nie do uniesienia. Ofiary i kaci są po jednej i drugiej stronie.

„Yoro“ rozgrywa się w ciągu 55 lat, które pokazują, że człowiek nie wyciąga lekcji z historii. Z Japonii czasu wojny przechodzimy do współczesnej Afryki. Perezagua wprowadza czytelnika w kolejne zakamarki piekła. Docieramy na śmietnik świata, na którym międzynarodowe korporacje bez litości eksploatują ziemię i ludzi. Można odnieść wrażenie, że rozwój ludzkości polega na pomysłowości w zadawaniu bólu i odzieraniu z godności. Hiszpańska pisarka pokazuje cynizm rządzących, a także codzienną hipokryzję wielu z nas. Śmierdzącą bezdomność konfrontuje z bogactwem „pozwalającym na kupno perfum zdolnych zakamuflować bezduszność“.

Poszukiwanie Yoro – małej japońskiej dziewczynki oddanej czasowo pod opiekę amerykańskiego oficera – staje się także poszukiwaniem sensu życia. Życia, które z jednej strony stara się za wszelką ceną przedłużyć, z drugiej -sprowadza się je do śmierci białka, zwykłej proteiny. To podróż po rzeczywistości pozbawionej logiki.

 Istotne w tej historii jest ciało. Nie jest jedynie opakowaniem. To poprzez cielesność zapośredniczone są emocje. Jest okaleczone, ale jeszcze dotkliwsze okazują się blizny wewnętrzne powstałe na skutek odrzucenia. H rodzi się jako osoba z zaburzeniem różnicowania płciowego. Dziewczynka wychowywana jak chłopiec. Z obcym sobie ciałem. Pisze o niemożności zrzucenia ubrań, w które wcisnęli ją inni. Przejmujący opis niedookreśloności. Bycia pomiędzy etykietkami. Inność nie oznacza wyjątkowości, a odrzucenie. Perezagua pokazuje hermafrodytyzm w taki sposób, kiedy to kwestionowanie płci, staje się kwestionowaniem wartości człowieka.

Przejmujący jest również wątek macierzyństwa. Imperatyw przekazania życia, które H nazywa najpotężniejszym ładunkiem wybuchowym. Uwagę zwraca powszechne strywializowanie narodzin i obojętność wobec śmierci. H opowiada:

„Gdybym przez całe życie znajdowała się w absolutnej izolacji i którego dnia ktoś powiedziałby mi, że z mojego ciała wyłoni się inne ciało, za bardziej prawdopodobne uznałabym, że mogę zamienić się w robaka. Ludzie pukają się w czoło, kiedy słyszą o magii, ale zracjonalizowali ciążę do tego stopnia, że zmienili ją w banał“. Marzenie o macierzyństwie staje się opowieścią o braku, który paradoksalnie potrafi wypełnić całe życie.

„Yoro“ zaskakuje wielowątkowością. Traumatyczne życiorysy, które śledzi czytelnik są materiałem na wieloletnią terapię. Uniwersalny jest wątek wpasowywania się w ramy wyznaczane przez innych. W tej części książki odnajdą się wszyscy żyjący pod presją cudzych oczekiwań, które niemal fizycznie deformują ich ciała, Siłowe dopasowanie się do określonego formatu wielu stawia na granicy szaleństwa, kiedy to cudze wyobrażenia okazują się ciężarem nie do udźwignięcia.

„Yoro“ to także opowieść o mocy słowa, sile świadectwa, które pozwala ocalić nadzieję. Czasem to jedyna rzecz, jaką można zrobić. Autorka zdaje się przestrzegać przed biernością. Pisze o „genetyce apatii,“ niebezpieczeństwie rezygnacji, która „osłabia nogi i wolę, pozbawia napięcia słowa“.

H w swojej izolacji czyta, poprzez książki przebywa w towarzystwie nieżyjących autorów, ale to właśnie oni dają jej siłę. Emocje unicestwiają niszczące działanie czasu. Zapisane nadal żyją.

Książka Hiszpanki jest jak ostrzeżenie przed ślepotą zobojętnienia, intelektualnym lenistwem. Perezagua pisze „im bardziej skomplikowane są myśli, tym więcej tlenu zużywa mózg. Myślenie męczy“. Tyle tylko, że nie stać nas na luksus niemyślenia. Człowiek, któremu przez lata odmawiano prawa głosu, jest bliski eksplozji. Ładunki bezsilności i upokorzenia rozsiane są po całym świecie. Czuć strach przed detonacją.

filmy

„Podwójny kochanek” Ozona najpierw uwodzi człowieka przez formę. Wychodzisz z kina, jeszcze nie do końca rozumiesz wszystkie wątki, ale mówisz: ” jak to było zrobione”! Na analizę przychodzi czas po seansie. Poszczególne kadry na tyle wyraźnie zapisują się na twardym dysku głowy i serca, że jest do czego wracać. Ta produkcja po prostu siedzi w widzu. Jeden film i kilka gatunków, które w zaskakujący sposób mieszają się ze sobą. Thriller, dramat, film erotyczny, horror. Do tego zabawa formą, nawiązania do wybitnych filmów ze światowego kina. Poddałam się tej opowieści m.in. dlatego, że nie pozwala na przewidzenie kolejnego kroku bohaterów. Francuski reżyser zawłaszcza uwagę, wciąga w opowieść.

Ozon postawił na aktorski duet – Marine Vacth i Jérémie Renier. 26 letnią aktorkę, związaną wcześniej ze światem mody (przypominam  jej udział w kampanii Yves Saint Laurent) część widzów pamięta z filmu „Młoda i piękna” (2013), w którym wcielała się w postać młodej prostytutki. Długowłosa piękność, którą pamiętamy z tamtej produkcji,  w „Podwójnym kochanku” ścina włosy i pokazuje urodę, która dojrzewa razem z metamorfozą bohaterki. Poznajemy ją jako zagubioną w życiu pacjentkę gabinetu psychiatrycznego. Nie znamy jej przeszłości. Patrzymy na młodą kobietę, która  jest jakby odłączona od własnego ciała. To ono zwraca na siebie uwagę powtarzającymi się bólami brzucha. Takimi,  które wydają się nie mieć konkretnej medycznej przyczyny. Lekarze sugerują problemy psychiczne. Tak Chloé trafia do gabinetu Paula – psychiatry, który musi przerwać terapię, bo zakochuje się w swojej pacjentce.

Tę postać fantastycznie tworzy belgijski aktor. Nie ukrywam, że Jérémie Renier to ten typ mężczyzny, do którego mam słabość. ( z kobiecych komentarzy po seansie wnioskuję, że nie jestem odosobniona). 36 latek o niezwykle plastycznej twarzy. Proponuję wrzucić  jego nazwisko do wyszukiwarki obrazów, aby zobaczyć, w jak różnych wcieleniach się odnajduje. Obok zdjęć „przeciętniaka w swetrze”, znajdziecie budzącą zmysły czarno-białą sesję dla Le Monde. W „Podwójnym kochanku” potrafi być uważnym, potrafiącym słuchać terapeutą, jak i agresywnym mężczyzną, który podejmuje niebezpieczną, seksualną grę. Warto przypomnieć, że Renier wystąpił u Ozona już w 1999 roku. W produkcji „Zbrodniczy kochankowie”  miał osiemnaście lat. W „Podwójnym kochanku” bywa mężczyzną niebezpiecznym i uzależniającym, władczym i pogubionym.

 


Przerwana terapia to tak naprawdę początek tej opowieści. Śledzimy historię, w której ciało pamięta coś, o czym zapomniała (lub chciała zapomnieć) głowa.  Chęć poznania czyjegoś sekretu nieoczekiwanie otwiera własną mroczną przestrzeń. Zaczyna się niebezpieczna gra bohaterki i intrygująca gra Ozona z widzem. Komplikuje motywacje, gmatwa to, co jeszcze przed chwilą wydawało się oczywiste. Rosnące napięcie rozbraja groteską i absurdem.  Podważa zaufanie do własnego odbioru świata. W „Podwójnym kochanku” bohaterowie często występują bez ubrań, ale to nagość emocjonalne jest znacznie bardziej interesująca. Są ogołoceni, kiedy ich motywacje, poczucie winy, czy  lęki zostają wystawione na światło dzienne.

Bardzo lubię jedną z pierwszych scen, która otwiera film. Rejestruje moment, kiedy zaczynamy być dla kogoś widoczni w rozmowie. Powierzchowność schodzi na drugi plan.  Zainteresowanie, czas i uwaga tworzą relację.  Zaczyna się prawdziwy czas nagości, otwarcia. Pojawiają się pytania – te które płyną z zewnątrz i te, które są ucinane na zasadzie autocenzury. Niewypowiedziane nadal siedzą w środku, czasami następuje nieoczekiwany wybuch.

Wyobraźnię Ozona uruchomił tekst amerykańskiej pisarki Joyce Carol Oates. Dla mnie to kolejny dowód na to, że wieczór z książką  to najmniejszy seans świata. Człowiek czyta, a w głowie wyświetlają mu się konkretne obrazy.  Taśma filmowa z głowy Ozona wyjątkowo mi się podoba.

PS: Są tacy, którzy napisali do mnie wprost: „nie trafia do mnie ten Ozon. Oglądałem film i zastanawiałem się, jak bardzo zryty beret ma reżyser?”  Przyznaję, że sama kilka razy wymieniałam porozumiewawcze spojrzenia z przyjaciółką, w niemy sposób pytając : „co tu się wyprawia?” i „ale o co chodzi?”, co nie zmienia faktu, że kadry wracają, a moja głowa cały czas krąży wokół tego filmu.

Jak „Podwójny kochanek” podziała na Was? Sprawdźcie w kinach!

Nowy film F. Ozona od 25 sierpnia

Ludzie

Z trudem powstrzymałam się, żeby nie wbiec na scenę. Miałam ochotę tańczyć razem z nimi – gośćmi z Rumunii, Izraela czy odległych zakątków Rosji. Siedząc na widowni Centrum Promocji Kultury chciałam być jak najbliżej dziecięcej energii, otwartości, uśmiechu. Takiego, który bez trudu otwiera każde drzwi. Te do innej kultury, tradycji, religii. Bez lęku, a z ciekawością.

BRAVE KIDS –  to projekt, który powinien poznać każdy, komu zdarza się wątpić w ludzkość. Dzieciaki przywracają wiarę w człowieka. Takiego, który czerpie z wielokulturowości. To świat dorosłych jest ograniczony, dzieci w naturalny sposób budują mosty, a nie mury.

Zostawiam dla Was zdjęcia. To dowód na to, że język uczuć jest uniwersalny. Nie potrzebuje tłumaczenia. Odbiór następuje w sposób naturalny. Ogłaszam powrót do dziecięcości. Tam wszystko, co najlepsze.

Uśmiech kosztuje mniej niż elektryczność, a daje o wiele więcej światła.

Brave Kids przypomina o rzeczach najprostszych. Ramiona służą do przytulania.

Centrum Promocji Kultury jako centrum dowodzenia światem. W takiej rzeczywistości chcę żyć.

Bycie razem daje siłę!

Radość w Centrum Promocji Kultury Praga-Południa

jeśli nie znacie Brave Kids, poznajcie:

http://www.bravekids.eu

 

 

Ludzie

– Z takim zaangażowaniem opowiadał o tych roślinach, że jak mówił, to aż mu się okulary podnosiły – tak T. relacjonował  popołudniowe warsztaty w ramach akcji „Warszawa w kwiatach i zieleni”. Mówił o doktorze Wojciechu Podstolskim z Ogrodu Botanicznego UW. Byliśmy zgodni – z tym panem trzeba umówić się na dłuższą rozmowę. Połączenie pasji, wiedzy i lekkości opowiadania. Ten zestaw wystąpił dziś podwójnie – męską wersję reprezentował wspomniany pan Wojtek, jego kobiecy, pełen pasji odpowiednik stanowiła Marta Gessler z Warsztatu Woni i Qchni Artystycznej. Kobieta Melisa – tak o niej myślę, z prostej przyczyny – działa na mnie uspokajająco.  Przenosi w takie przestrzenie, w których mogę się skupić na tym, co „tu i teraz”. Ilekroć opowiada o kuchni czy roślinach, robi to w taki sposób, że moje myśli idą za nią. Skupiam się na monsterach dziurawych (sprawdźcie, jaka to ładna roślina), albo nabieram ogromnej ochoty na polaną masełkiem polentę.

Marta Gessler – jak sama o sobie powiedziała – kucharka, kwiaciarka, ogrodniczka.
dr Wojciech Podstolski – Ogród Botaniczny UW

Ogród to miejsce uważności – to zdanie padło dziś podczas warsztatów i od razu wsadziłam je sobie do kieszeni. Uważność to przecież klucz do szczęścia. To, co ucieka innym, można zauważyć i uruchomić radość z drobnostek. Jest jeden warunek – trzeba zwolnić. Kiedy już uda się wyhamować, przychodzą nagrody. Przykłady?Do dzisiaj nie widziałam o istnieniu pióropusznika strusiego i co było do przewidzenia – od razu się zakochałam. Najpierw audiofilsko – w nazwie, chwilę później – wizualnie. To rodzaj paproci, która w ogrodach wprowadza coś z baśniowej tajemniczości. Z roślinek, które od razu chce się przygarnąć – wysoko w rankingu znalazł się też karminik ościsty – przypomina trochę mech, dodatkowo ozdobiony drobnymi, białymi kwiatami.

Karmnik ościsty w czułych rękach ogrodniczki

Marta opowiadała dziś m.in. o czarnej porzeczce i agreście, których brakuje jej na współczesnych działkach. Jeden krótki wątek, a przeniósł mnie na grządki moich dziadków. Do miejsca, które już nie istnieje, a może przeciwnie – istnieje wbrew wszystkiemu. Taka jest moc naszej pamięci. Siła wspomnień.

 Pióropusznik strusi

Do domu wróciliśmy z cebulkami szczawika różowego. Trudno się powstrzymać, ale celowo nie sprawdzam, jak będzie wyglądać, kiedy wystawi nos (czyli łodyżkę) z cebulki. Niech to będzie niespodzianka. Nagroda za czułą opiekę i wspomnianą uważność. Jutro sadzę w donicy, dam znać, kiedy wyjdzie z ziemi.

 

uśpiona zieloność

takiej odmiany bzu jeszcze nie widziałam

zasłuchany uczestnik warsztatów, specjalizacja: bieganie w zieleni

łąka przed Zamkiem Ujazdowskim stworzona przez uczestników warsztatów „Warszawa w kwiatach i zieleni”

i jak nie kochać za tę kędzierzawość?

zieleń Agrykoli

filmy

Po „Czerwonym żółwiu” należy się dużo przytulać. To była moja pierwsza myśl po wyjściu z seansu. Ten film obudził we mnie sporo smutku, który dobrze się koi w bezpiecznych ramionach. Po prostu – to, co piękne nie zawsze musi być wesołe. Miłość  (w  parze, czy w relacji rodzic-dziecko) to jedna z ważniejszych rzeczy, jaka może się przydarzyć. Jednocześnie razem z nią rodzi się strach. O jej trwałość, wzajemność czy wytrzymałość na zmienność losu. Świadomość ograniczonego wpływu na to, jakie scenariusze przygotowało dla nas życie budzi bezsilność. Ta może przerodzić się w powolną rezygnację lub w bardziej konstruktywną złość. Uczucie, które potrafi podnieść do działania. Zmotywować do podjęcia kolejnej próby.

Tej animowanej opowieści trzeba się poddać. Nie istnieją w niej słowa. Niesie nas muzyka i obrazy. Ci, którzy przyzwyczaili się w kinie do dużej ilości bodźców i szybkich zmian akcji, będą potrzebować trochę czasu na wyciszenie. Sama zarejestrowałam w sobie moment rozdrażnienia powolnością opowieści, co dało mi jasny sygnał, że  na co dzień za bardzo pędzę. Bez takiego wewnętrznego wyhamowania trudno będzie przeżyć ten film. A zdecydowanie warto to zrobić.

Idę o zakład, że każdy zobaczy w tej produkcji coś innego, w zależności od tego, co akurat zaprząta jego wnętrze. Kiedy przestałam popędzać w głowie obrazy, moje myśli powędrowały na  Wyspę Samotności. Podczas tej podróży czułam ból utraty i po raz kolejny zrozumiałam, że bliskość zawiera w sobie ryzyko oddalenia. Zdjęcie emocjonalnej skorupy to wystawienie się na cios, ale jednocześnie jedyna szansa na to, aby czuć.

„Czerwony żółw” w reż. Michaela Dudoka de Wita w kinach od 23 czerwca

Dziękuję Gutek Film ( w osobie Małgorzaty Kostro-Olechowskiej) za przedpremierowy pokaz.

(zakochałam się w animowanych krabach z tej produkcji, mam wrażenie, że idealnie rozbrajały momenty największego natężenia emocji)

 

rozmowy

Trzech mężczyzn ze Szwecji i odważny plan – podróż na biegun północny balonem. Mamy rok 1897. Zamiast telefonu satelitarnego – gołębie pocztowe. Czaszę nietypowego środka transportu szyją paryskie krawcowe. Szyk wyprawie nadają krawaty i apaszki przygotowane na dzień lądowania. Nikt nawet nie przypuszcza, że wełniane marynarki, kalesony i rękawice podróżnicy zamienią kiedyś na odzież z goreteksu. Śmiałków niesie siła wielkiego marzenia. Zapraszam do wehikułu czasu – poznajcie bohaterów wyprawy Andreego. O książce „Ekspedycja” rozmawiam z jej tłumaczką – Justyną Czechowską.

książki

TRZECIA OSOBA Małgorzaty Hayles to książka, na której po raz pierwszy miałam przyjemność zaistnieć z nową – podwójną tożsamością.  Ze zdwojoną mocą, jako Wawrzkowicz-Nasternak polecam.

                   Ten tekst to dowód na siłę wyobraźni. Bohater przejmuje władzę nad autorem, pisarz odkrywa to, co chciał zakryć, a czytelnik zaczyna traktować fikcyjną postać jak bliską sobie osobę. Finalnie – w obcej historii widzi samego siebie. Na tym polega siła dobrej literatury.

To książka, dzięki której zabrałam się za remanent mojej „podręcznej pamięci“. Tak Małgorzata Hayles nazywa magazyn, w którym przechowujemy utarte wyobrażenia o nas samych. Gotowe odpowiedzi na pytania, nad którymi już dawno przestaliśmy się zastanawiać. „Trzecia osoba” opowiada o niemożności wpasowania się w czyjś scenariusz przy jednoczesnej potrzebie współgrania. Na plan pierwszy wysuwa się rozczarowanie życiem, które wielu sprowadza do roli nieistotnego tła. Wstydliwa tęsknota za odegraniem głównej roli i potrzeba znalezienia świadka, który zauważy nasze istnienie i nada mu sens.

Jesteśmy zlepkiem emocji, które zostawiają w nas inni – i właśnie o tym pisze Małgorzata Hayles. Czasami trudno rozpoznać, co faktycznie jest nasze, a co zostało przyswojone na siłę. I tkwi w środku – obce i zapożyczone.W życiu nie można liczyć na literacką spójność. Jesteśmy poskładani z różnych rozdziałów, epizodów wyrwanych z kontekstu. Niepasujących do siebie emocji. Spokojna powieść obyczajowa potrafi zamienić się w thriller niepozbawiony elementów tragikomedii. Starannie rozpisany życiowy scenariusz wyrywa się spod kontroli. Lubię sposób, w jaki prowadzi czytelnika Małgorzata Hayles. Czytam odległą od siebie historię, a bardzo wyraźnie rejestruję własne rozedrganie. Moment, kiedy spotykają się emocje. Zawstydzająca chwila, kiedy w skrawkach opowieści odnajdujesz siebie, połączona z ulgą, że inni też tak mają.

blog

można się zasłuchać i zasiedzieć
Rozmawiam, bo lubię – to zdanie najlepiej oddaje to, co robię od kilkunastu lat.  Jako dziennikarka spotykałam się z Państwem w TVP, TVN Style, TVN Warszawa i Canal +. Byłam głosem Radia PiN i Radia Zet Chilli.  Nie wiem, gdzie teraz zaprowadzą mnie moje stopy, ale ufam, że znajdą dobre miejsce. Ten blog stworzyłam dla tych, którzy przyzwyczaili się do naszego codziennego kontaktu. Potrzeba dzielenia się światem jest u mnie ogromna i nie zamierzam jej zakopywać, przeciwnie – korzystam z kolejnej możliwości spotkania. Zapraszam na ten blog tak,  jak do swojego domu. Panuje w nim twórczy bałagan. Na biurku i stołach mnóstwo gazet i książek. A w środku masa historii, którymi warto podzielić się ze światem. Częstujcie się! Życie smakuje w dobrym towarzystwie.