Bez kategorii

To jest ten moment, kiedy mogę Państwu przedstawić moje nowe „dziecko” i zaprosić do cieszenia się tym, jak będzie się rozwijać. Powiem więcej – Wasza obecność będzie niezbędna do tego, by rosło.  O co chodzi? O „Rozmawiam, bo lubię”.

To cykl spotkań, które pokazują, że nie wymyślono nic ciekawszego od spokojnej rozmowy. Takiej, w której jest miejsce na autentyczną ciekawość, wymianę emocji i wrażeń. Bez fajerwerków i przerostu formy nad treścią. Spotykamy się, aby pobyć ze sobą, bez pośpiechu, z uwagą i wzajemną ciekawością. Te rozmowy to jak uchylenie drzwi do cudzej codzienności.

Chcę pokazać ludzi, którzy od lat konsekwentnie idą swoją drogą, a to, co robią, jest dla nich źródłem nieustającej radości. Cechy wspólne bohaterów cyklu to: pasja i wierność sobie. To także wiara w to, że każdy ma swój talent,  a siła polega na współdziałaniu, a nie „graniu na siebie”.

Zaczynamy od spotkania z ANDRZEJEM PĄGOWSKIM

W minionym roku obchodził 40 lecie pracy artystycznej.  Współpracował m.in. z Agnieszką Holland, Andrzejem Wajdą i Krzysztofem Kieślowskim. To jeden z jego plakatów („Po godzinach”)  Robert De Niro zawiózł swojemu przyjacielowi Martinowi Scorsese. Prace artysty znajdują się w m.in. w  Museum of Modern Art w Nowym Jorku czy Centrum Pompidou w Paryżu.

Spotykamy się, aby porozmawiać o sztuce, a także o niesłabnącym apetycie na życie. 

Dzięki Warszawskiej Szkole Filmowej i Liceum Filmowemu zapraszam

28 lutego do warszawskiego Kina Elektronik. Startujemy o godz. 18.

Wstęp jest bezpłatny.

Przyjdź, posłuchaj i poczuj, jaką przygodą może być drugi człowiek!

***

Moją nieocenioną akuszerką przy narodzinach cyklu w Kinie Elektronik była Dorota Bąk-Hardami z Warszawskiej Szkoły Filmowej.  Kiedyś słuchała mnie w radiu, potem zaprosiła z jednorazowym wykładem do swojej klasy w Liceum Filmowym, gdzie miałam okazję opowiadać o książkach, które uruchamiają wyobraźnię. Teraz zadbała o materialną przestrzeń, w której można się spotkać i zrobić to, co najbardziej lubię, czyli porozmawiać. DZIĘKUJĘ!

 

Bez kategorii

Film, podróż, rozmowa – to  fundamenty Objazdowego Kina Visa. W minionym roku przejechało 25 tys. kilometrów, aby dotrzeć z premierowymi produkcjami do 70 tys. widzów. Tegoroczna edycja ma równie ambitne plany.  Cieszę się, że stałam się częścią tego przedsięwzięcia. W minionym tygodniu miałam przyjemność otworzyć cykl rozmów, jakie odbywają się po wybranych seansach. Drugą odsłonę filmowych spotkań otworzyli ALEKSANDRA PISULA – aktorka i współscenarzystka „Ataku paniki” oraz reżyser i współtwórca scenariusza tego filmu – PAWEŁ MAŚLONA .  Ta produkcja to jego debiut pełnometrażowy. Czarną komedię, w której bohaterowie  w tragikomiczny sposób próbują radzić sobie z codziennością, zobaczyło już ponad 150 tysięcy widzów.

Spotkanie w Miejskim Domu Kultury w Szczytnie pokazało, że droga filmowa często zaczyna się w małej miejscowości od pasji, którą później konsekwentnie się rozwija. Paweł Maślona wspominał:

Startowałem w Klubie Filmowym „Groteska”, który istniał przy Domu Kultury w  moim rodzinnym Kędzierzynie – Koźlu. Tam robiłem swoje pierwsze licealne filmy. Miałem specjalny zeszyt z napisem: „reżyser”.  Wklejałem do niego zdjęcia z gazet, pisałem recenzje filmów, felietony o kinie. To był mój prywatny magazyn filmowy.

Wówczas nie mógł jeszcze przypuszczać, że za swój fabularny debiut otrzyma nominację do Paszportów Polityki –nagrody, która docenia najciekawszych artystów w Polsce. Nie przewidział też, że jego nazwisko znajdzie się w tytule książki, która przedstawia sylwetki wybitnych polskich reżyserów. Mowa o tekście „Od Munka do Maślony“ znanej krytyczki filmowej Barbary Hollender. Twórca mimo młodego wieku (6 lutego skończy 35 lat) zaskakuje reżyserką dojrzałością.  Jak mówi  – kręci filmy po to, aby ci, którzy je oglądają, poczuli się mniej samotni.

Dom kultury był istotnym miejscem również dla Aleksandry Pisuli. Absolwentka PWST w Krakowie,  znana widzom m.in. z serialu „Wojenne dziewczyny” opowiadała:

Wychowywałam się w grupie teatralnej od 11 roku życia, jeździłam w różne miejsca  np. z mikołajkowymi występami. Nie zdziwiłabym, gdybym już tu kiedyś była, np. jako Królowa Śniegu – śmiała się aktorka. Ta sala wydaje mi się znajoma.

Widzowie w Szczytnie oprócz projekcji „Ataku paniki”zobaczyli fotosy z planu, pokazujące, jak powstaje filmowa produkcja. Na ekranie pojawił się m.in. Nicolas Bro – duński aktor, który sprawił, że obsada debiutu Maślony stała się międzynarodowa. Ciekawa była historia tego, jak pojawił się na planie:

Nicolasa znałam z „Jabłek Adama, „Nimfomanki. Oglądałam go z zapartym tchem w serialu „Most nad Sundem”– opowiadała Ola Pisula.  Kiedy rozmawialiśmy z reżyserem o różnych postaciach, wysyłaliśmy sobie ich fizyczne referencje. Paweł zapisał w scenariuszu, że ma to być człowiek, na którego widok nie jesteś w stanie się nie uśmiechnąć.  Kiedy przeczytałam ten opis, pomyślałam: ja znam takiego człowieka! On się na pewno nie zgodzi, ale wyślę Pawłowi chociaż jego zdjęcie, może znajdziemy podobnego aktora w Polsce. Bartek z Jankiem Kwiecińskim (producentem) napisali do niego, a  agentka aktora bardzo szybko odpisała, że jest zainteresowany.

 Okazało się, że czasami to, co wydaje się mało realne, staje się prostsze niż przypuszczaliśmy. Tak się dzieje, kiedy ludzie czują dobrą energię i mają przekonanie , że uczestniczą w czymś, co jest dla kogoś ważne spuentował historię Paweł Maślona. Mieliśmy dużo szczęścia z obsadą, nikt nam nie odmówił.

A „Ataku paniki” oglądamy m.in.: Dorota Segdę , Artura Żmijewskiego, Magdalenę Popławska i Grzegorza Damięckiego.

Podczas spotkania w Szczytnie pojawił się wątek codzienności aktora i reżysera. Ich „ataków paniki”. Ola szczerze opowiadała:

Wszyscy aktorzy są pełni strachu, że nie będzie następnej roli. To jest czekanie, aż ktoś cię zaprosi, aż ktoś  cię pokocha.  Wieczne chodzenie na castingi, gdzie się nie podobasz. Słyszysz, że powinnaś być blondynką, mieć niebieskie oczy, lepiej wyglądać. Na początku ta droga jest nieznośna, ale kiedy wchodzisz  już w projekt, z którym się utożsamiasz i możesz eksplorować ten świat, aktorstwo  staje się jednym z najpiękniejszych zawodów.

 – Plan jest najciekawszym miejscem pracy nad filmem – dodał Paweł.  Pisanie scenariusza  jest frustrujące  i męczące, mocno samotnicze, a plan to zabawa. Najwięcej nerwów, największa adrenalina, ale też największa satysfakcja z wykonanej  pracy.

 Goście Objazdowego Kina Visa żegnając się z widzami, podzielili się filmowymi marzeniami. Poproszeni o niestawianie granic swojej wyobraźni powiedzieli:

 Chciałabym zagrać z Leonardo di Caprio, marzę też o pojawieniu się na planie u Paula Thomasa Andersona, uwielbiam tego reżysera – mówiła Ola.  U niego mogłabym zagrać nawet drzewo – żartowała.

 Chciałbym – i to byłoby dla mnie bardzo wzruszające – zrobić film z Januszem Gajosem – zdradził  Paweł Maślona. Chętnie wróciłbym też do współpracy z Łukaszem Simlatem. (panowie pracowali razem przy filmie „Magma”).

 W lutym reżyser zabiera się do pisania adaptacji książki „Lubiewo” Michała Witkowskiego. Będzie też rozwijał serial dla HBO. Aleksandra  Pisula w marcu pojawi się w drugim sezonie „Wojennych dziewczyn”. Pracuje też  nad Teatrem Telewizji w reżyserii  Tomasza Jurkiewicza.

***

To tylko fragmenty spotkania w Szczytnie, jeśli chcecie posłuchać całej rozmowy, zapraszam tutaj:

 

Jak widać na załączonym obrazku, rozmowa sprawia mi autentyczną frajdę, mam nadzieję, że radość udzieli się słuchającym 🙂

 

 

książki

Książka Katarzyny Miller to okazja do zrobienia porządków. Przedsięwzięcie przewiduje  wietrzenie głowy, wyrzucenie zatruwających myśli oraz sprawdzenie zawartości emocjonalnych szuflad, do których dawno nie zaglądaliśmy.

Katarzyna Miller

Tytuł sugeruje, że będziemy się kręcić wokół zdrady małżeńskiej. I to prawda, ale tylko częściowa. „Kup kochance męża kwiaty” to opowieść o zdradach wszelakich. Tych w zaobrączkowanych związkach i tych w konkubinacie.  To opowieść, która wychodzi poza relacje partnerskie. Psychoterapeutka przywołuje różne sytuacje, w których bywamy  porzuceni. Przez przyjaciela, partnera w biznesie, lub – co szczególnie bolesne – przez rodzica. Te wszystkie zdrady zapisują się na twardym dysku w głowie. Potrafią wpływać na nasze decyzje w dziedzinach, które pozornie nie mają nic wspólnego z bolesnymi doświadczeniami.

Siła tej książki to szczerość. Psychoterapeutka, która od lat słucha intymnych zwierzeń kobiet, w tym tekście opowiada również o sobie. Pisze m.in.  o trudnych relacjach z matką.

„Sądzimy, że jesteśmy zdradzani dopiero jako dorośli. Nie przychodzi nam nawet na myśl, że zdradzani jesteśmy od początku naszego życia.  Moja mama kochała innego mężczyznę niż mój ojciec – pisze Katarzyna Miller.

Zdradziła siebie i mojego ojca wychodząc za niego. Powołując mnie na świat, zdradziła również mnie, zanim się jeszcze pojawiłam. Byłam dzieckiem niekochanego mężczyzny, obarczona tym już na zawsze”.

Autorka wspomina momenty, kiedy jako kilkulatka była zamykana na klucz w ciemnej łazience. W ten sposób jej matka karała ją za dziecięce przewinienia. Kiedy czytałam ten fragment, fizycznie bolała mnie  bezsilność dziecka w starciu z wszechwładzą dorosłego. Czułam niemal jego strach. Na szczęście w tym domu mała Kasia miała swojego anioł stróża. Była nim Helenka – jej opiekunka. Prosta kobieta, która miała za sobą traumatyczne dzieciństwo w domu dziecka, rozumiała strach małej dziewczynki i dawała jej wsparcie. Katarzyna Miller wspomina:

„W dzieciństwie, kiedy się bałam w nocy, kiedy rodziców nie było w domu, krzyczałam głośno do swojej niani: „Helenka, jesteś tam w kuchni?” . Ona natychmiast odkrzykiwała: „Jestem”.  A ja: „No to poruszaj garnkami”. I Helenka łomotała garami. To właśnie ona dawała mi poczucie bezpieczeństwa, a nie moja matka”.

Ta historia otworzyła w mojej głowie wspomnienie dziecięcego rytuału sprzed lat. Miałam  9, 10 lat, dawałam rodzicom buziaka tuż przed snem, szłam do swojego pokoju i zanim zasnęłam, krzyczałam przez ścianę: ” To paaaaa!” Rodziciele odkrzykiwali: „Paaaa”. Wtedy wyskakiwałam z pytaniem: „A nie będzie mnie bolał brzuszek?” –  „Nie.  Śpij dobrze” – odkrzykiwali cierpliwie. I tak co wieczór, przez dobrych kilka miesięcy. Jestem im wdzięczna za zrozumienie, że ta powtarzalność była mi do czegoś potrzebna. Była jak  dobre zaklęcie przed snem, które powoduje, że nic złego się nie stanie. Zasypiałam uspokojona mocą jednego zdania.

To, że czyjaś opowieść otwiera dawno pozamykane szufladki naszej pamięci, to dowód na ogromną siłę grupy terapeutycznej. Szczerość uruchamia szczerość. Słuchamy teoretycznie odległych historii, które uruchamiają nasze wspomnienia. A  te uświadamiają nam, co dostaliśmy, a czego zabrakło w naszym dzieciństwie. Taka praca w większym gronie to doskonała okazja do wymiany doświadczeń, posłuchania innych i otworzenia się z własną historią. Daje ważne uczucie, że jest się częścią wspólnoty, że my kobiety możemy dać sobie  siłę.  Czasem ktoś z boku zobaczy sedno problemu, coś, co nasz wzrok nieświadomie eliminował z pola widzenia.

W „Kup kochance męża kwiaty” znajdziecie liczne odwołania do świata książek i filmów, nie od dziś wiadomo, że w cudzych historiach można zobaczyć fragmenty siebie.

Najbardziej przejmujący wątek tej książki to dla mnie temat zdrady samego siebie. Myślę o tym momencie, kiedy zamiast zaopiekować się sobą w trudnej sytuacji, wrzucamy na swoje plecy kolejne ciężary.  Poczucie winy, przekonanie o własnej bylejakości, nierealne wymagania. Co ciekawe, często potrafimy wygenerować masę wyrozumiałości wobec innych, wobec siebie bywamy bezwzględnymi sędziami. Boimy się bezbronnego dziecka w sobie, które budzi się zawsze, kiedy przerasta nas sytuacja, a dorosłość, niestety, wcale nie chroni przed bezsilnością.  Zamiast uruchomić wentyl bezpieczeństwa – czyli oczyszczający płacz, zakładamy zbroję, która buduje pozory silnego człowieka, którego nic nie jest w stanie złamać. Im prędzej zrozumiemy, że cyborgi bez emocji nie istnieją, tym lepiej. To, co zepchnięte na bok, prędzej czy później eksploduje i pojawi się w centrum.  O tym, czym kończy się robienie dobrej miny do złej gry Katarzyna Miller pisze wyraźnie.  Warto przeczytać.

Jaką szklankę widzisz?

Na początku tego tekstu pisałam o emocjonalnym sprzątaniu. Lubię porządek, co wcale nie stoi w sprzeczności z ponadprzeciętnymi zdolnościami do robienia bałaganu. Tego na zewnątrz i w sobie. Kobieta Chaos – w wielu sytuacjach mogłabym przyjąć taki pseudonim. Książki Kasi Miller są jak dobry odkurzacz. Sam nie zrobi za nas roboty, ale kiedy już weźmiesz go do ręki, przestrzeń zaczyna się oczyszczać.  Porządki emocjonalne, tak jak te przyziemne, domowe –  wymagają wysiłku.  Przeglądanie szufladek własnej pamięci bywa wyzwaniem. Trzeba nazwać trudne doświadczenia, posegregować myśli – oddzielić te, które nas budują od tych, które niszczą. Te ostatnie należy wyrzucić. Podjęcie decyzji: „nie podlewam już ogródka krzywd, skupiam się na budowaniu” może być wyzwalające.  Sięgnijcie po tę książkę, może być pierwszym krokiem do przyjemnego spokoju w głowie.

filmy

Gdybym zobaczyła trailer „Ataku paniki”, raczej nie poszłabym do kina. Na szczęście, nie widziałam.  Obejrzałam film i jestem zdecydowanie na tak. 

„Wiesz, trochę się zdziwiłam, że polecasz ten tytuł. Widziałam zwiastun i jakoś mi do Ciebie nie pasuje” – zastanowiło mnie to zdanie usłyszane od koleżanki.  Po takim wstępie musiałam sprawdzić, co mnie ominęło.  I faktycznie – skrót filmu nie był z mojej bajki. Dwuminutowy zwiastun debiutu fabularnego Maślony zasiedlają „chuje” (dwa), „rozpierdol”, „kurwa” i strach przed tym, że sytuacja się „spierdoli”. Nie, żebym nie znała tych słów, ale przyznaję, że reaguję alergicznie, kiedy magnesem na widza ma być kumulacja bluzgów, które wylewają się z ekranu. Szczęśliwie ten mięsny koncentrat rozpuszcza się w fabule, które smakuje. Tym bardziej, że pod płaszczykiem chojrakowania i  pozornej mocy, jaką dają słowa na  k i ch… kryje się strach i kompletna bezradność bohaterów.

 

Moja relacja z „Atakiem paniki” nie była miłością od pierwszego wejrzenia. Przyznam szczerze, że po pierwszej scenie (nie mogę zdradzić jakiej) jęknęłam cicho: „no nie, czy w polskim filmie zawsze to tak musi wyglądać?.” Ale – tu czas na zmianę frontu – to, co wydawało mi się przesadą, otworzyło niesztampową opowieść. Po drugiej scenie byłam już widzem Maślony, takim, który z niecierpliwością czeka na rozwój wydarzeń.

Nicolas Bro, Dorota Segda, Artur Żmijewski fot. Hubert Komerski

Film składa się z kilku różnych historii, które łączą się w nieoczywisty sposób. Śledzimy m.in. losy trzydziestolatków, których małżeństwo dawno się skończyło, choć zabrakło czasu na rozwód. Parę pięćdziesięciolatków wracających z wakacji, na której losy wpływa przypadkowy współtowarzysz podróży. (Po tym filmie nigdy nie zamienię się miejscem w samolocie!) Dziewczynę, która zarabia pieniądze, pokazując ciało przez internet i gracza komputerowego, który traci powoli kontakt z analogową rzeczywistością. Wszyscy nie radzą sobie z życiem, choć podejmują desperackie próby kontrolowania codzienności. Tragikomiczne.

Funkcjonują w świecie, w którym wstydem jest przyznanie się do niepowodzenia czy słabości, poddają się pędowi życia, bo boją się momentu zatrzymania. Chwila na refleksję może okazać się niebezpieczna. Przed nią uciekają. Paniczny lęk zagłuszają pigułki, ucieczka do wirtualnego świata, czy samookłamywanie się.  Momenty szczerości, które się zdarzają, bardzo szybko trzeba obrócić w żart. O lęku mówi się szeptem, perlisty śmiech ma przekonać resztę, że wszystko jest w porządku, a przynajmniej pod kontrolą.

Aleksandra Pisula – filmowa Kamila, współscenarzystka filmu. fot. H.Komerski

Bohaterowie Maślony  wywołują śmiech, a jednocześnie są przerażająco samotni. Łatwo w nich zobaczyć  fragmenty własnej rzeczywistości.  Chodzi o ten moment, kiedy dociera do człowieka, że  traci masę energii na pozorowanie udanego życia.  Wszystko po to, by uniknąć pokazania miękkiego podbrzusza. Codzienna zbroja ma zasłonić delikatny środek. Bezsilność wywołuje nieodwracalność życiowych decyzji, pojawia się żal za czymś, co się przegapiło. W powietrzu czuć uniwersalny strach przed odrzuceniem, końcem świata, demaskacją.

fot. Hubert Komerski

Ten film potęguje moje uwielbienie dla Magdaleny Popławskiej. (Świetnie współgrają w duecie z Grzegorzem Damięckim). Nikt tak jak ona nie potrafi zagrać kobiety, która świadoma własnej nerwicy, próbuje nie stracić gruntu pod nogami.  Kompletnie bezradna gra  rolę twardzielki do końca. Tyle tylko, że jak wiadomo „zimne kobiety” płaczą potem gorąco w poduszkę.

Słyszałam już, że do debiutu Maślony przypięto etykietkę rodzimego odpowiednika „Dzikich historii” – szalonego filmu wyprodukowanego przez Pedro Almodovara. Bardzo lubię tę produkcję, ale nie przypominam sobie, by miała tak świetną muzykę, jak polski film. I tu brawa dla Jimka – dzięki niemu „Atak paniki”  ma swój rytm i tempo.

Ta historia pootwierała sporo szuflad w mojej głowie. Wróciło do mnie zdanie, które w „Projekcie prawda” zapisał Mariusz Szczygieł.  Zanotował zdanie, które ktoś nabazgrał na Moście Gdańskim:  „Zanim umrzesz, upewnij się, że żyjesz”. Zaczynam sprawdzać, czyj scenariusz na życie realizuję i jak mi  jest w tej roli.

„Atak paniki”, reż. Paweł Maślona, premiera 19 stycznia

blog

Dopadły mnie ostatnio jakieś smuteczki, ale nie dałam się im ponieść. Usiadłam i spokojnie popatrzyłam na ostatnich 12 miesięcy.
I okazało się, że to był bardzo ciekawy rok.

Prywatnie – świętowałam pierwszą rocznicę ślubu i nadal twierdzę, że świetnie wybrałam! Po raz pierwszy wylądowałam w Azji, choć mocno się broniłam przed lotem, niesłusznie! Montujemy właśnie film ze Sri Lanki – na ekranie widzę dorosłą kobietę, która z zachwytem pięciolatki chłonie świat z rozdziawioną buzią. Bezcenne doświadczenie, kiedy odkrywasz w sobie debiutanta.

Lubię to zdjęcie z jednej z lankijskich plaż.  Pokazuje, że szczęście jest nieidealne, służy mu np. rozczochranie 😉

Po raz kolejny – już nie wiem który – wróciłam do Portugalii. Tym razem z przyjaciółką, która ochrzciła mnie mianem: generatora przygód. Faktycznie, działo się sporo, a co najważniejsze – znowu się zakochałam – tym razem w Alentejo. Postanowiłam zostać sąsiadką Dominika Jasińskiego – malarza, którego odwiedziłyśmy  w tym regionie. Udało się nagrać spotkanie z artystą, a także unikatową w skali radiofonii rozmowę z sowami!

Namiastka Alentejo na zdjęciu – to miejsce kojarzy mi się ze spokojem i ciszą. Ciszą paradoksalnie wypełnioną dźwiękami – m.in. brzęczeniem owadów i dzwonkami pasących się w oddali krów.
Ukochany most 25 kwietnia, łączy Lizbonę z gminą Almada na lewym brzegu rzeki Tag – nazywanej Słomkowym Morzem.
***
Zdrowotnie trochę słabowałam, ale w końcu udało się wyjść na prostą i chyba bardziej doceniam moment, kiedy wstaję rano i mam siłę do działania. Nadal mogę liczyć na grono bliskich osób, a moja ulubiona banda – bo tak o nas myślę – ciągle się rozrasta.

Zawodowo: odkryłam siłę słowa: „nie”. Odmówiłam bycia podstawką pod mikrofon, który zarejestruje wszystko, na co jest zapotrzebowanie. Od ponad pół roku odkrywam życie pozaradiowe i codzienność freelancera. Jak jest? Trudniej, ale ciekawiej. Nadal nagrywam, bo przecież Rozmawiam, bo lubię.  Więcej niż dotychczas piszę – polecam rubrykę „Wyobraź sobie” w Magazynie Filmowym. Odnalazłam frajdę w prowadzeniu spotkań autorskich i debat (w tym roku m.in. dla Parlamentu Europejskiego). Przygotowuję coś nowego i jak to w życiu bywa, balansuję między entuzjazmem a wątpliwościami, czy na pewno idę w dobrym kierunku.  Niezmiennie czytam masę książek, zaznaczając myśli, które warto posłać dalej w świat.  Nadal zakochuję się w nowych ludziach i wiem, że chcę im poświęcać swój czas i uwagę.


Jeśli mam być szczera sama ze sobą, to jasne, tęsknię za radiem. Inna sprawa, że w końcu odespałam poranne pobudki.  Nie wiem, jakim cudem wstawałam przez ostanie lata o 5, 6 rano.  Dziś taka godzina dla mnie nie istnieje. Brakuje mi jedynie równoległości w przeżywaniu emocji, którą daje program na żywo, no ale nie można mieć wszystkiego…
Ostatecznie to był czas wielu nowych doświadczeń,  chyba jestem silniejsza dzięki jasnemu postawieniu granic.  Zgłaszam gotowość na nowe wyzwania! Dobrze wróży to, że mam w sobie ciekawość tego, co przyniesie 2018. Uczę się, że warto po prostu zaufać życiu. Nie komplikować zanadto, jak uczy doświadczenie – wszystko ostatecznie jakoś się układa. Mało tego, to: „jakoś” przy uporze i konsekwencji zamienia się w: „jakość”.
Wszystkiego dobrego! 
Tego, czego najbardziej Wam potrzeba!
książki

Teresa z Polski i Oriana z Włoch. Dwie kobiety, które nigdy się nie spotkały, choć był czas, że dzieliło je od siebie ok. 15 kilometrów. Jednak wielokrotnie podążały tą samą drogą. Obie wiedziały, że są sytuacje, kiedy milczenie jest grzechem. Bez wahania zabierały głos w sprawach, które wymagały reakcji. Ostrzegały przed powtarzalnością historii i tropiły nienawiść ukrytą w słowach. Demaskując hipokryzję, ocalały sens rozmowy.

Na górze – łagodne oczy i twarz, w której jest spokój. Poniżej – przenikliwe, zdystansowane spojrzenie i emocje schowane za maską, przez którą trudno się przebić. Tak czytam okładkę „Podwójnego życia reporterki” Remika Grzeli. Kiedy patrzę na włoską dziennikarkę z papierosem w dłoni, mam wrażenie, że nosi niewidzialną zbroję. I faktycznie ma w sobie coś z żołnierza. Nietypowego, bo nie uznaje posłuszeństwa czy podporządkowania się. Słucha siebie, to na wywiad idzie jak na wojnę. Zdeterminowana, by zmusić rozmówcę do kapitulacji, a czytelnika obudzić z komfortu samozadowolenia. Pokazuje, że bezpieczeństwo bywa pozorne, wybija z marazmu. Wyjeżdża w miejsca konfliktów zbrojnych, w kamizelce kuloodpornej biega z aparatem w dłoni. Poprzez śmierć opowiada o życiu. Dokumentuje historię, która pokazuje, że człowiek to taki dziwny twór, w którym szlachetność miesza się z bestialstwem. Na liście jej rozmówców znaleźli się m.in. Henry Kissinger, Chomeini, Ariel Szaron, pułkownik  Muammar al-Kadafi, Jasir Arafat, Lech Wałęsa, Alexandros Panagoulis, czy Golda Meir.

W archiwum Edoardo Perazziego, siostrzeńca Oriany, można znaleźć zdjęcie, na którym włoska dziennikarka patrzy na swoje odbicie w lustrze. To autoportret dorosłej kobiety, ale Remik pokazuje też małą Orianę, której matka starała się nie dopuścić do jej narodzin. Może od tego momentu jej życie staje się walką. Nie ma w sobie zacięcia dyplomatycznego, otwarcie mówi o tym, co myśli. Nie wierzy w obiektywizm, jak pisze: „Żyć oznacza dla mnie tyle, co uczestniczyć. Ten, kto uczestniczy, dokonuje wyboru.”

Jadłyśmy chleb i książki

Dorasta w latach. 30, kiedy we Włoszech dominuje oficjalna prasa faszystowska. Szybko orientuje się, że funkcjonuje w świecie dwóch narracji – co innego słyszy w szkole i w mediach, co innego w domu. Szybko oznajmia ojcu, że chce pracować w gazecie, która będzie mówić prawdę. Razem z  siostrami wychowuje się w domu, w którym ceni się słowo. Jak wspomina: „jadłyśmy chleb i książki”. Przygodę z dziennikarstwem zaczyna od pisania tekstów do rubryki kryminalnej, dużo później  zwiąże się z „Corriere della Sera”. Potem zaszywa się w domu w Nowym Jorku. Kilkuletnie milczenie przerywa po zamachu na World Trade Center. Remik Grzela  spotyka się z Feruccio de Bortolim, naczelnym włoskiego dziennika, który odsłania kulisy powstawania słynnego tekstu „Wściekłość i duma”.

Autor „Podwójnego życia reporterki” składa portret  Fallaci z relacji jej przyjaciół, współpracowników, rodziny. Tych, którzy znali ją przez lata, a także tych, których drogi połączyły się z nią na ostatniej prostej. Pozwala też mówić samej Orianie.  Czytelnik śledzi m.in. fragmenty  „Listu do nienarodzonego dziecka”, „Człowieka”, „Kapelusza całego w czereśniach”,  „Bezużytecznej płci”.

Teresa

fot. archiwum Leszka Sankowskiego

„Podwójne życie reporterki” to podróż w czasie i przestrzeni. Grzela prowadzi nas z rodzinnej Florencji Fallaci do Wołkowyska pod niemiecką okupacją, gdzie na świat przychodzi Teresa Torańska. Jej matka nosi w sobie doświadczenie dwóch wojen, jest zainfekowana strachem. Jednocześnie ma w sobie coś w rodzaju akceptacji, jak pisze Grzela, „wie, że z losem się nie dyskutuje, nie rozpacza”. Ojciec Teresy zostaje aresztowany za sabotaż władzy radzieckiej, przyjeżdża do rodziny w 1948 roku, kiedy Stalin ogłasza amnestię. Wraca, by stać się praktycznie nieobecnym ojcem. Po tym, co przeszedł – jak pisze Teresa Torańska – „był nie do życia”. Jej rodzice rozstają się.

Dorastająca Teresa, podobnie jak Oriana żyje w domu, w którym ceni się kulturę. „Jeżeli mama miała do wyboru – zabrać nas na koncert lub kupić coś lepszego na obiad, wybierała koncert. I tak trzeba” – wspominała po latach. Może to te wizyty spowodowały, że pisała „na słuch”. Słyszała melodię tekstu, godzinami pracowała nad wywiadami. Jej praca przypominała montaż filmowy, przestawianie poszczególnych klocków, aż do momentu, kiedy opowieść zapisana w słowach, będzie mieć odpowiednie tempo i rytm. Historię o człowieku budowała na szczegółach, na które inni często nie zwracali uwagi. O Teresie opowiadają m.in. Maria Zmarz-Koczanowicz  i Mariusz Szczygieł.  Reżyserka wspomina jej przywiązanie do wartości, które określa mianem moralnego fundamentalizmu, z kolei reporter Dużego Formatu porównuje Torańską do ruchliwego psa-yorka. Osobą, która otwiera drzwi do świata dziennikarki, jest jej mąż – Leszek Sankowski. Dzięki niemu możemy zobaczyć imponujące archiwum. Starannie uporządkowane kartony, w których znajdują się taśmy z nagraniami, liczne maszynopisy, odręczne notatki, zaczęte i nieskończone książki. (m.in. tekst o paryskiej Kulturze i Jerzym Giedroyciu, a także szkice książki o generale Jaruzelskim). To codzienność kobiety, która wykonała tytaniczną pracę, znając ciężar odpowiedzialności za słowo. Głos dostają też jej teksty, przede wszystkim wywiady, które dziś analizują studenci wydziałów dziennikarstwa. Grzela przypomina, że książka „Oni”, w której rozmawiała z prominentnymi działaczami partii komunistycznej, została wydana w 13 krajach. Na zdjęciach można zobaczyć Edwarda Ochaba – byłego przewodniczącego Rady Państwa. W dość nietypowej scenerii i ubraniu. Polityk, którego pamiętamy jako urzędnika ubranego w garnitur, podczas rozmowy z Teresą ma na sobie bluzę dresową i czarny berecik. Nagrywają to spotkanie w lesie. Aleksander Jałosiński, który wykonał fotografię, uwiecznił na niej dziennikarkę, która trzyma pod pachą duży magnetofon marki Grundig.

Pragnienie miłości

Oprócz zawodowej twarzy dwóch wybitnych reporterek, dostajemy też wgląd do ich prywatności. W przypadku Oriany Fallaci widzę kobietę, która jest w centrum zdarzeń, otoczona ludźmi, a jednocześnie samotna. Fascynuje mężczyzn, wchodzi z nimi w intymne relacje, a jednocześnie żaden z jej związków nie przetrwa próby czasu. Z tej książki dowiaduję się, że kojarząca się z dumą i siłą włoska dziennikarka ma też w swoim życiorysie epizod stalkerki. Potrafi niemal osaczyć obiekt swoich westchnień. Jak się okazuje każdego – nawet Orianę –  miłośc lub jej iluzja, potrafi skłonić do schowania godności do kieszeni.

Pod koniec życia rozchodzą się jej drogi z siostrą. Umiera w otoczeniu rodziny z wyboru. Wśród tych, z którymi wiążą ją więzy krwi, najbliżej jest siostrzeniec – Edoardo Perazzi, dzisiejszy spadkobierca jej spuścizny.

Oriana Fallaci z młodszą od niej o 35 lata adoptowaną siostrą Elisabettą i siostrzeńcem Edoardem Perazzim. fot. archiwum E. Perazziego

Teresa żyje u boku mężczyzny, który zdaje sobie sprawę z jej wyjątkowości. Osiecka pisała kiedyś, że dom poetki z założenia jest zaburzony, bo nie można pisać wiersza, wstać od stołu i zabrać się za obiad. Chyba podobnie jest z reportażem i wywiadem. Nie można przestać pisać, kiedy myśli przelewają się z palców na klawiaturę komputera. O kulinarnej niemocy Teresy Torańskiej opowiada Leszek Sankowski. W jego tonie – kiedy mówi o żonie – jest bardzo dużo czułości i wdzięczności za to, że mógł być najbliżej tej kobiety. Ich ścieżki zetknęły się już na studiach, ale wtedy – jak w jednym z wierszy Szymborskiej – przypadek nie był jeszcze gotowy, by zamienić się dla nich w los. Związali się po latach, po rozwodzie Sankowskiego.

Teresa Torańska w latach 60. archiwum Leszka Sankowskiego.

Słowa, które ocalają

„Podwójny portret reporterki” pokazuje powtarzalność historii. Opisuje uniwersalne mechanizmy władzy, pokusę bycia ponad prawem. Wskazuje nienawiść, która czai się w języku. Język pogardy czy nacjonalizmu – jaki dziś słychać w mediach – brzmi niepokojąco podobnie do tego z lat 30. w Niemczech, czy 60. w Polsce. Bezkompromisowe podejście Oriany Fallaci do islamu dla wielu może być czymś, z czym się dyskutuje. Aczkolwiek jej teksty sprzed lat brzmią jak czarne proroctwo.

Planowałam napisać krótką recenzję książki, ale nie potrafię, a może nawet nie chcę. Wierzę, że w czasach pop-uwagi, są tacy, którzy chcą dowiedzieć się więcej. Nie chciałabym być w skórze Remika Grzeli przy pisaniu tych dwóch biografii. Wiem, z jakim ogromem materiału musiał się zmierzyć, przygotowując ten tekst. Za nim tysiące przeczytanych stron, godziny rozmów, spotkań, podróży. Szukania formy, równoległości losów. Było warto.

Oriana Fallaci w książce „Człowiek” pisała: „To takie marnotrawstwo, umierać”. Remik Grzela zmierzył się z nieodwracalnością losu. Dzięki tej książce obie panie żyją. Czytelnik poniesie je w sobie. Niezałatwione sprawy, którymi się zajmowały, zostają przypomniane.  A w uszach brzmi zdanie, które zrealizowały: „Życie jest czymś, co trzeba dobrze wypełnić, nie tracąc czasu”.

***

Wyjęłam Erikę – moją zieloną, przyjacielską maszynę i zapisałam słowa wuja Oriany Fallaci. Udzielił jej tych rad, kiedy dała mu do przeczytania rękopis swojej powieści „Penelopa idzie na wojnę”.

filmy

Jeżeli chcecie nakarmić swoją duszę, koniecznie wybierzcie się na „Long way” Weroniki Mliczewskiej. Usiądźcie w kinowym fotelu i pozwólcie sobie na podróż. Ruszamy do Indii w poszukiwaniu kobiety ze zdjęcia, a przy okazji – a może przede wszystkim – wędrujemy po zakamarkach własnego serca.

Ta opowieść idealnie trafia w mój aktualny stan ducha. Moment, kiedy mocniej niż dotąd słucham intuicji. Ten etap nazywam zaufaniem do życia. Nie wiesz, w którą pójdziesz stronę, wstajesz i dajesz się nieść energii ludzi i zdarzeń.

Reżyserka tego filmu chce odnaleźć kobietę, którą spotkała 6 lat wcześniej w Izraelu. Rozmawiały ze sobą tylko przez chwilę, Weronika otrzymała od niej różaniec.  Energia tego spotkania została zapisana na fotografii, ale jeszcze wyraźniej na twardym dysku w głowie, choć w zasadzie wypadałoby mówić o „pamięci serca”.  Mliczewska nie zna nawet imienia tej kobiety, wie jedynie, że pochodzi z Indii. Pomysł na poszukiwanie kogoś w tak zaludnionym państwie, jedynie ze zdjęciem w ręku, wydaje się szaleństwem. I co z tego? Mamy prawo do irracjonalnych decyzji, tym bardziej, że po drodze może się okazać, że nadmierne przywiązanie do logicznego myślenia zubaża odbiór świata.

Razem z autorką dokumentu wsiadam do hinduskiego pociągu, podróżuję tuk-tukami. Kiedy patrzę na szalony ruch uliczny, przypominają mi się słowa Henry’ego Millera – „chaos to porządek, którego nie rozumiemy”. I tak tam jest. Samochody, riksze, piesi mijają się na milimetry, a jednak wszystko działa tak jak trzeba. Ten rytm warto poczuć, dostosować się. Przestroić europejski sposób odbioru świata na azjatyckie fale.  Tylko wtedy inność nie będzie zagrożeniem, a szansą. Na spotkanie, dialog, połączenie energii. Niepewni celu, zaczynamy cieszyć się drogą.

fot.  materiały prasowe dystrybutora Kondrat Media

Jest w tym filmie scena, którą uwielbiam. Jedna ze spotkanych przez reżyserkę  kobiet nazywa siebie wolnym ptakiem. Wskazując na podręczny worek, który jest jej jedynym bagażem, wypowiada zdanie, które chowam do kieszeni. Tak, aby mieć je blisko.

„Mam tu torbę pełną różnych rzeczy, jeżeli ich nie rozdam, nie będę miała miejsca, aby ją czymś zapełnić”.

Jest przekonana, że kiedy daje innym to, co posiada,  Bóg – w którego wierzy – napełnia torbę z powrotem. Uliczna lekcja pokory i wdzięczności. Niezależnie od tego, czy wierzysz w Boga, energię, los, czujesz sens tego prostego przekazu. Nie mam wątpliwości, że karma do nas wraca. Przy okazji filmu przypomniały mi się słowa prof. Ewy Łętowskiej, która powiedziała kiedyś w rozmowie z Teresą Torańską:

„(…) to nie jest tak, że coś się należy i dostaje się to coś – z nieba.  Na dobry los za bardzo liczyć nie można. Trzeba przy nim porządnie pomajstrować. Zawsze uważałam, że tyle mam od życia, ile włożę.”

Kluczem okazuje się dawanie. Prezentem może być mocny uścisk dłoni, czy życzliwe zdanie rzucone w biegu. W gruncie rzeczy mamy niewiele więcej niż słowa. Warto przyjrzeć się temu, czy dają komuś siłę, czy podcinają skrzydła.

Świat rzeczy należy do rzeczywistości nadmiaru,  często kradnie czas i energię. Świat emocji nie powinien siedzieć na półce z napisem: abstrakcja.  One są obecne, wbrew pozorom bardzo namacalne,  konkretnie zakorzenione w ciele.  Strach potrzebuje przecież ściśniętego żołądka, a radość rozwibrowanych strun głosowych, kiedy śmiejesz się całym sobą.

W podróży, w jaką zabiera nas Weronika Mliczewska, na próbę wystawiana jest nadzieja, pojawia się lęk przed rozczarowaniem, w końcu radość z bycia w drodze, niepozbawiona znaków zapytania. Ten dokument ma w sobie to, co najbardziej lubię: uważność, czułość i magię codzienności. Ta pojawia się razem z odwagą pójścia za głosem serca.

W poszukiwaniu smaku życia wyruszajcie do kina! Najbliższy seans już we wtorek w ramach Azjatyckiego Festiwalu Filmów Pięć Smaków.

Kino Muranów, 21 listopada, godz. 19:30

filmy

Wróciłam z premiery „Najlepszego” wzruszona. Po seansie, kiedy zapalono światło, okazało się, że na sali jest Jerzy Górski. To jego historia zainspirowała Łukasza Palkowskiego do stworzenia tego filmu.  Sala zareagowała błyskawicznie – najpierw rozległy się brawa, a potem wszyscy wstali z miejsc. Prosty i mocny wyraz uznania dla człowieka, który w imponujący sposób wyszedł z uzależniania. Film pokazuje jego drogę z narkomańskiego squotu, poprzez ośrodek Monaru, do zwycięstwa na mecie zawodów podwójnego Ironmana. Pan Jurek wszedł na scenę i powiedział m.in. : „Ja nie jestem mocniejszy od Państwa, jestem taki sam jak Wy”. Jedno krótkie zdanie, które daje kopa do działania i wytrąca z ręki kiepskie usprawiedliwienia.

„Najlepszy” to opowieść o koszmarze uzależnienia, ciężarze poczucia winy, które niesie się przez całe życie, w końcu o polskim „ze mną się nie napijesz?” / uzupełnianym o : „nie zapalisz”?  „nie dasz w żyłę”?  Jednocześnie to uniwersalna historia o sile. Ta jest jak fabrycznie wmontowany w człowieka guzik. Są tacy, którzy nie wiedzą o jego istnieniu, tacy, którzy szukają i tacy, którzy nie odpuszczają, kiedy raz odkryją swój potencjał. Często to inni – niekoniecznie najbliżsi – uruchamiają w nas przycisk mocy.  Tutaj zaczyna się opowieść o tym, jak wiele mogą zwykłe/niezwykłe słowa, które słyszymy od ludzi. Są zdania, które działają jak trampolina, i teksty, które przez całe życie podważają wiarę w siebie.

„Najlepszy” ma fantastyczną aktorską obsadę. Na pierwszym planie Jakub Gierszał,  ale tego filmu nie byłoby bez partnerujących mu aktorów. W głowie zostają  świetny Adam Woronowicz – w roli komendanta milicji,  Janusz Gajos – wcielający się w postać Marka Kotańskiego, czy mój ulubieniec – Arek Jakubik – jako samozwańczy trener.  Jestem bardzo ciekawa kolejnych propozycji dla Kamili Kamińskiej. Ta dziewczyna ma w sobie magnes, wierzę jej na ekranie.

Lubię seanse, które dają siłę na kolejny miesiąc, akurat w dniu, kiedy masz kryzys objawiający się pytaniem: czy warto walczyć o swoje marzenia?  Idźcie do kina i poszukajcie własnego guzika mocy! Obite kolana i blizny wyostrzają charakter.

„Najlepszy” w reżyserii Łukasza Palkowskiego od 17 listopada w kinach.

filmy

Dzięki przygotowaniom do debaty w kinie Muranów poznałam Amandę Kernell. Mocny, kobiecy głos w kinie. Zobaczcie „Krew Saamów” i zapomnijcie o pocztówkach z reniferami z Laponii. Zamiast sielskiego obrazka, lata 30. i rasizm wobec Saamów. Niepokojąco aktualny ten film, kiedy każda odrębność, zamiast ciekawić, jest pojmowana jako zagrożenie. Patrząc na tę historię wyraźnie widać, że wielu ludziom nadal potrzeba „Innych”, żeby się dowartościować. Na plakacie fantastyczna Lene Cecilia Sparrok – dziewczyna bez aktorskiego doświadczenia, której wierzy się od pierwszego kadru. Jest w tym filmie scena, kiedy do Lapończyków przyjeżdza komisja ze Szwecji – wchodzi do dziecięcej klasy, dokonuje „pomiarów” mających potwierdzić odrębność rasy. Błysk lampy błyskowej, która strzela w oczy nagiej, zawstydzonej dziewczynki jest jak strzał. Zabija godność. 


Oglądałam ten film myśląc o granicach, podziałach, a jednoczesnie wspólnocie emocji. Przecież strach, wstyd, czy tęsknotę za przynależnością odczuwa się podobnie, niezależnie od szerokości geograficznej.
„Krew Saamów” możecie zobaczyć w ramach Dni Nagrody Lux – przeglądu filmów walczących o Nagrodę Filmową Parlamentu Europejskiego. Bezpłatne wejściówki do odebrania od piątku w kasie kina Muranów. Warto się pospieszyć, bo ilość miejsc jest ograniczona. Przed projekcją „Krwi Saamów” debata, którą będę mieć przyjemność prowadzić. Spotkają się z Państwem Grażyna Torbicka, Magda Sendecka, Bogdan Wenta i Łukasz Ronduda. 27 października o godz. 19.

filmy

                Wspomnienie seansu „The Square” od razu odpala w mojej głowie Genesis” duetu Justice, a  hasło – „nadjeżdża Tesla sprawiedliwości”, na stałe weszło do domowego słownika. Spokojnie – stanie się zrozumiałe po zobaczeniu filmu. Justice słuchany w samochodzie automatycznie powoduje przyciśnięcie pedału gazu. Silnik wchodząc na większe obroty, przyjemnie mruczy, ale wiadomo, jak to może się skończyć. I w sumie wszystko się zgadza – ten film pokazuje, do czego prowadzi pęd, w którym nie ma miejsce na refleksję. Pytanie, czy wyznawcy religii klikalności (dla której sens nie ma większego znaczenia), zdobędą się na dystans i zobaczą w nim siebie.

Wyhamujcie w kinie i dopuśćcie do siebie myśl, że śmiech może być odreagowaniem tego, co właśnie się dzieje. Film Rubena Östlunda to wcale nie jest odległa wizja przyszłości. W moim odczuciu reżyser podchodzi z kamerą do tego, co właśnie się dzieje. Myślę o epidemii głupoty i obojętności. Zachowajcie czujność!

Niebezpieczeństwo czai się wszędzie. Inteligencja i wykształcenie wcale nie powodują, że jesteś bezpieczny. Wyszukane konstrukcje słowne, którymi się posługujesz, nie gwarantują posiadania empatii. Zdolność opowiadania o egzystencjalizmie, nie jest jednoznaczna z umiejętnością wypowiedzenia słowa: przepraszam. Po wyjściu z kina dzwonił mi w głowie tekst z Gogola: z kogo się śmiejecie? z samych siebie się śmiejecie.

Razem z pierwszymi kadrami filmu wchodzimy do świata kultury wysokiej. Otwierają się drzwi Muzeum Sztuki Nowoczesnej, miejsca, gdzie dobrze jest się pokazać. Nawet jeśli nie czuje się tego, co akurat miał do przekazania światu artysta. Czy w takiej sytuacji wyrazić własne zdanie, wzruszyć ramionami, czy z uznaniem pokiwać głową? W tym momencie  przypominają mi się „Nowe szaty cesarza” Andersena. Pamiętacie? Tylko dziecko miało w sobie odwagę powiedzenia prawdy. W dorosłym świecie posiadanie własnego zdania staje się wyrazem odwagi. Nawet spontaniczność próbuje się upchnąć we wcześniej przygotowane, akceptowalne ramy. Być może chodzi o szybki bilans energetyczny. Milczenie nie wymaga wysiłku, obrona własnego zdania już tak. Zawsze można się schować za skomplikowanymi konstrukcjami myślowymi, wtedy powstają pełne egzaltacji „rusztowania znaczeń”… z których się spada, bo zwyczajnie nie dają oparcia.

Po „The Square” z pewnością zostanie Wam w głowie dzieciak z biednego osiedla niesłusznie oskarżony o kradzież. Wykrzykuje swoje prawo do sprawiedliwości. Nie dopasowuje się do cichego tonu dorosłych. Dzielnie krzyczy. I jest w tym fantastyczny. Mimo młodego wieku doskonale zna swoje nieprzekraczalne granice, kiedy ktoś je narusza, potrafi ich bronić. Dzieciaki w tym filmie to w ogóle osobna historia. Gdyby istniały nagrody za epizody,  przyznałabym jedną z nich najmłodszemu, kilkumiesięcznemu aktorowi – który uczestniczy w zebraniu tzw. kreatywnych. Z oczywistych względów nic nie mówi, ale jego spojrzenie jest bezcenne. Poważna z założenia narada obserwowana z dystansu staje się tragikomiczna. Myślę, że wielu z nas zna podobne zebrania z własnego doświadczenia. Open space czy kameralna salka zarządu i rozmowy, w których odbiorca staje się targetem, a burza mózgów z aspiracjami do myślowego tornado (działamy z rozmachem, a jak!) okazuje się burzą w szklance wody. Co odważniejsi reagują na absurdalne propozycje stłumionym śmiechem.  Pozostała grupa etatowych potakiwaczy, uruchamia  gest kiwania głową, po wcześniejszej skontrolowaniu, jakiej reakcji się od niej oczekuje. Własne zdanie jest postrzegane jako atak personalny. W takich warunkach kreatywność raczej umiera, no, chyba że umówimy się, że jest inaczej…Film szwedzkiego reżysera krąży wokół budowania iluzji. Pokazuje przepaść między tym, co deklarujemy, a tym, jak działamy. Nie chodzi tylko o świat medialny, nie sposób zapomnieć o współczesnej rzeczywistości społeczno-politycznej. Od razu pomyślałam o uchodźcach. Większość otwartych ludzi opowie się za ich przyjęciem. Pytanie, ilu faktycznie otworzy swoje drzwi, czy zrobi przelew z konkretną pomocą.

Zdobywca Złotej Palmy w Cannes świetnie zestawia dwa światy. Klasie wyższej  pogubionej w świecie pozorów przeciwstawia roszczeniową, ale szczerą w swych oczekiwaniach grupę outsiderów. Pierwsza grupa najchętniej odseparowałaby się od plebsu. Tworzy własne enklawy luksusu. Kadry z filmu przypomniały mi fragment książki „Yoro” . Marina Perezagua pisała m.in. o codziennej hipokryzji. W swoim tekście skonfrontowała śmierdzącą bezdomność z bogactwem „pozwalającym na kupno perfum zdolnych zakamuflować bezduszność“. Film Rubena Östlunda ilustruje to zdanie.

Dyrektor muzeum – świetnie grany przez C. Banga – to przystojny, potężny mężczyzna (przyznaję, pomyślałam – aż chce się pojechać do Szwecji!). Człowiek elokwentny, z wdziękiem brylujący w towarzystwie.  Za interesującą fasadą kryje się jednak sterylny do bólu świat, codzienność pozbawiona prawdziwych namiętności. Jest w niej miejsce na mechaniczny seks, o nagości uczuciowej nie ma niestety mowy. Ruben Östlund podsuwa pod nos konkretne schematy zachowań, które dobrze znamy – przerzucanie odpowiedzialności za własne wybory na innych, prowokacje, milczenie, które też bywa konkretnym działaniem. Świat bogaty w bodźce jest jedną wielką iluzją, którą nie sposób się nasycić. Przynależność do grona bywalców bywa zgubna, kiedy w sytuacji zagrożenia zostajesz sam. Dla mnie „The Square” to opowieść o tym, że mamy coraz większy problem z wypełnieniem formy treścią. Niewykonalne staje się zbudowanie prawdziwej relacji, wychodzącej poza umowę międzyludzką. Czas się obudzić, by nie zostać wydmuszką.