książki

Modne sformułowanie: „przeczytałam jednym tchem“, nie pasuje do tej książki. Czytałam ją dwukrotnie, za każdym razem bardzo powoli, odkładając co kilkanaście stron. Wielowątkowość i sposób narracji zmuszały do podzielenia lektury na części. Po to, by móc ją przyjąć i ponieść ciężar, który ze sobą niesie.

To tekst, który oblepia, wchodzi pod skórę, drażni. Irytuje wielokrotnie złożonymi zdaniami, meandruje, skręca w nieoczekiwane strony. Pojawiają się w nim metafory przypominające język szaleńca. Bez wątpienia wymaga koncentracji i przyjęcia bólu, który się z niego wylewa. Nie sposób oddać okrucieństwa wojny przez suche fakty – na te zdążyliśmy już zobojętnieć. Marina Perezagua daje ofiarom konkretne twarze. Pisze wprost: „historia, która nie potrafi wyrazić ludzkiego bólu, jest nic niewarta“.

H – tak podpisuje się narratorka tej opowieści. Wybiera tę literę, bo dowiaduje się, że w języku hiszpańskim jest ona niema. Taki paradoks istnienia, które zostało powołane do życia, a jednocześnie odebrano mu prawo do wypowiedzi. Staje się głosem wszystkich wykluczonych. To litera otwierająca słowo Hiroszima, na dźwięk którego po kilkudziesięciu latach od wybuchu bomby atomowej – człowiek nadal ma przed oczami zniszczenie. Rany zadane przed laty są przekazywane z pokolenia na pokolenie, naznaczają. Choroba popromienna to widoczny efekt wybuchu, ale to tylko fragment zniszczeń.

Na stronach tej książki co chwilę wybuchają bomby – dochodzi do eksplozji bezradności, okrucieństwa, nienawiści. Hiszpańska pisarka opisuje wydarzenia sprzed wielu lat, a jednocześnie zdaje się mówić: nie czuj się bezpiecznie. 6 sierpnia 1945 roku niebo też było bezchmurne. A potem nastąpiła Apokalipsa.

To tekst, który pokazuje, że zło przychodzi zwyczajnie, bez spektakularnego ostrzeżenia. Bombę, która zniszczyła życie 200 tysięcy osób, nazwano „Little boy“. Trudno o większy cynizm w odniesieniu do dziecięcej niewinności. Ojciec ładunku to Robert Oppenheimer – wybitny fizyk, który zgadza się na bycie szefem zespołu utytułowanych naukowców. Schlebia mu przewodzenie tajnej misji. Spełnia pokładane w sobie nadzieje – ostatecznie zamienia ciąg równań w reakcję termojądrową. Ten człowiek nie był wcieleniem diabła, był 38 latkiem, który podjął wyzwanie zawodowe. Wątpliwości moralne schował do kieszeni, nie powstrzymały jego pracy, napędzany ambicją stworzył potwora.

Hiszpańska autorka pisze tak, że czytający niemal czuje smród spalonego ludzkiego ciała, przed oczami stają monstrualnie spuchnięte ofiary choroby popromiennej. Pisarka przypomina o ludziach sprowadzonych do fizjologii, upokorzonych, kiedy to wilgoć własnego moczu jest sygnałem powrotu do zdrowia. Pisze o tym, że dzisiaj jest 20 tysięcy bomb straszliwszych od tej zrzuconej na Hiroszimę. Jeszcze groźniejsze są te tykające w głowach ludzi, których życiem kieruje żądza władzy.

Perezagua przeprowadza nas przez bolesne rozdziały historii. Jej opowieść jest jak odzyskiwanie pamięci. Nie podaje środków znieczulających, przeciwnie -kumuluje ludzkie nieszczęście tak, aby je poczuć i nie zapomnieć. Przypomina m.in. japońskie obozy koncentracyjne dorównujące okrucieństwem tym nazistowskim. Zaznacza, że ich nieobecność w zbiorowej pamięci boli podwójnie, jak pisze: „ofiary japońskiego barbarzyństwa pozostawiono na pastwę najpotworniejszego bólu, jaki może zadać czas pokoju: bólu zapomnienia“. Pisarka uzupełnia wyrwy w pamięci. Słowami uruchamia obrazy, których nie sposób wymazać. Wśród przykładów ludzkiego okrucieństwa znajdziemy też wojenny „statek śmierci“. Przywołując raporty dziennikarza i pisarza George’a Wellesa Hiszpanka podsuwa pod nos opis piekła amerykańskich jeńców zapakowanych jak towar do ładowni i pozbawionych dopływu powietrza. „Jedynie puls odróżniał omdlałego od trupa, ponieważ było tak straszliwie gorąco, że przez bardzo długi czas zwłoki nie stygły“. Narratorka nie waży ciężaru zbrodni, ten jest nie do uniesienia. Ofiary i kaci są po jednej i drugiej stronie.

„Yoro“ rozgrywa się w ciągu 55 lat, które pokazują, że człowiek nie wyciąga lekcji z historii. Z Japonii czasu wojny przechodzimy do współczesnej Afryki. Perezagua wprowadza czytelnika w kolejne zakamarki piekła. Docieramy na śmietnik świata, na którym międzynarodowe korporacje bez litości eksploatują ziemię i ludzi. Można odnieść wrażenie, że rozwój ludzkości polega na pomysłowości w zadawaniu bólu i odzieraniu z godności. Hiszpańska pisarka pokazuje cynizm rządzących, a także codzienną hipokryzję wielu z nas. Śmierdzącą bezdomność konfrontuje z bogactwem „pozwalającym na kupno perfum zdolnych zakamuflować bezduszność“.

Poszukiwanie Yoro – małej japońskiej dziewczynki oddanej czasowo pod opiekę amerykańskiego oficera – staje się także poszukiwaniem sensu życia. Życia, które z jednej strony stara się za wszelką ceną przedłużyć, z drugiej -sprowadza się je do śmierci białka, zwykłej proteiny. To podróż po rzeczywistości pozbawionej logiki.

 Istotne w tej historii jest ciało. Nie jest jedynie opakowaniem. To poprzez cielesność zapośredniczone są emocje. Jest okaleczone, ale jeszcze dotkliwsze okazują się blizny wewnętrzne powstałe na skutek odrzucenia. H rodzi się jako osoba z zaburzeniem różnicowania płciowego. Dziewczynka wychowywana jak chłopiec. Z obcym sobie ciałem. Pisze o niemożności zrzucenia ubrań, w które wcisnęli ją inni. Przejmujący opis niedookreśloności. Bycia pomiędzy etykietkami. Inność nie oznacza wyjątkowości, a odrzucenie. Perezagua pokazuje hermafrodytyzm w taki sposób, kiedy to kwestionowanie płci, staje się kwestionowaniem wartości człowieka.

Przejmujący jest również wątek macierzyństwa. Imperatyw przekazania życia, które H nazywa najpotężniejszym ładunkiem wybuchowym. Uwagę zwraca powszechne strywializowanie narodzin i obojętność wobec śmierci. H opowiada:

„Gdybym przez całe życie znajdowała się w absolutnej izolacji i którego dnia ktoś powiedziałby mi, że z mojego ciała wyłoni się inne ciało, za bardziej prawdopodobne uznałabym, że mogę zamienić się w robaka. Ludzie pukają się w czoło, kiedy słyszą o magii, ale zracjonalizowali ciążę do tego stopnia, że zmienili ją w banał“. Marzenie o macierzyństwie staje się opowieścią o braku, który paradoksalnie potrafi wypełnić całe życie.

„Yoro“ zaskakuje wielowątkowością. Traumatyczne życiorysy, które śledzi czytelnik są materiałem na wieloletnią terapię. Uniwersalny jest wątek wpasowywania się w ramy wyznaczane przez innych. W tej części książki odnajdą się wszyscy żyjący pod presją cudzych oczekiwań, które niemal fizycznie deformują ich ciała, Siłowe dopasowanie się do określonego formatu wielu stawia na granicy szaleństwa, kiedy to cudze wyobrażenia okazują się ciężarem nie do udźwignięcia.

„Yoro“ to także opowieść o mocy słowa, sile świadectwa, które pozwala ocalić nadzieję. Czasem to jedyna rzecz, jaką można zrobić. Autorka zdaje się przestrzegać przed biernością. Pisze o „genetyce apatii,“ niebezpieczeństwie rezygnacji, która „osłabia nogi i wolę, pozbawia napięcia słowa“.

H w swojej izolacji czyta, poprzez książki przebywa w towarzystwie nieżyjących autorów, ale to właśnie oni dają jej siłę. Emocje unicestwiają niszczące działanie czasu. Zapisane nadal żyją.

Książka Hiszpanki jest jak ostrzeżenie przed ślepotą zobojętnienia, intelektualnym lenistwem. Perezagua pisze „im bardziej skomplikowane są myśli, tym więcej tlenu zużywa mózg. Myślenie męczy“. Tyle tylko, że nie stać nas na luksus niemyślenia. Człowiek, któremu przez lata odmawiano prawa głosu, jest bliski eksplozji. Ładunki bezsilności i upokorzenia rozsiane są po całym świecie. Czuć strach przed detonacją.

książki

TRZECIA OSOBA Małgorzaty Hayles to książka, na której po raz pierwszy miałam przyjemność zaistnieć z nową – podwójną tożsamością.  Ze zdwojoną mocą, jako Wawrzkowicz-Nasternak polecam.

                   Ten tekst to dowód na siłę wyobraźni. Bohater przejmuje władzę nad autorem, pisarz odkrywa to, co chciał zakryć, a czytelnik zaczyna traktować fikcyjną postać jak bliską sobie osobę. Finalnie – w obcej historii widzi samego siebie. Na tym polega siła dobrej literatury.

To książka, dzięki której zabrałam się za remanent mojej „podręcznej pamięci“. Tak Małgorzata Hayles nazywa magazyn, w którym przechowujemy utarte wyobrażenia o nas samych. Gotowe odpowiedzi na pytania, nad którymi już dawno przestaliśmy się zastanawiać. „Trzecia osoba” opowiada o niemożności wpasowania się w czyjś scenariusz przy jednoczesnej potrzebie współgrania. Na plan pierwszy wysuwa się rozczarowanie życiem, które wielu sprowadza do roli nieistotnego tła. Wstydliwa tęsknota za odegraniem głównej roli i potrzeba znalezienia świadka, który zauważy nasze istnienie i nada mu sens.

Jesteśmy zlepkiem emocji, które zostawiają w nas inni – i właśnie o tym pisze Małgorzata Hayles. Czasami trudno rozpoznać, co faktycznie jest nasze, a co zostało przyswojone na siłę. I tkwi w środku – obce i zapożyczone.W życiu nie można liczyć na literacką spójność. Jesteśmy poskładani z różnych rozdziałów, epizodów wyrwanych z kontekstu. Niepasujących do siebie emocji. Spokojna powieść obyczajowa potrafi zamienić się w thriller niepozbawiony elementów tragikomedii. Starannie rozpisany życiowy scenariusz wyrywa się spod kontroli. Lubię sposób, w jaki prowadzi czytelnika Małgorzata Hayles. Czytam odległą od siebie historię, a bardzo wyraźnie rejestruję własne rozedrganie. Moment, kiedy spotykają się emocje. Zawstydzająca chwila, kiedy w skrawkach opowieści odnajdujesz siebie, połączona z ulgą, że inni też tak mają.