Bez kategorii, blog, filmy, książki, Ludzie, rozmowy, zdjęcia

Rozmowa z TOMASZEM GĄSSOWSKIM – kompozytorem muzyki do filmu „Imagine”.

Kiedy myślę o filmie „Imagine”, w uszach słyszę muzykę, która towarzyszyła tej produkcji. Była podwójnie ważna ze względu na temat tej opowieści. Świat niewidomych w Lizbonie tworzyły dźwięki, to one uruchamiały w wyobraźni obrazy. Opowiadały o świecie, którego nie widać, ale który jak najbardziej istnieje. Lubię fragment rozmowy filmowej Evy i Iana, kiedy ta niemal wpada pod samochód.

  • Nie słyszałaś, że kończy się chodnik?
  •  Jak można słyszeć, że kończy się chodnik?! 
  • To jest coś pomiędzy szumem podeszwy a krążeniem opon na ulicy. 

Muzykę, która prowadzi bohaterów tej opowieści, stworzył Tomasz Gąssowski – kompozytor, reżyser, producent. Otrzymał za nią m.in. nagrodę „MocArta” radia RMF Classic. Ścieżkę dźwiękową do tego filmu uznano za najlepszą muzykę filmową 2013 roku. Nie mogłam sobie odmówić przyjemności spotkania z  nim. Tym razem Lizbona stała się pretekstem do rozmowy o uważności i nagrodach, jakie życie daje nam za odwagę. 

Muzyka z „Imagineidealnie pasuje do Lizbony, chociaż stworzyłeś ją, nigdy nie będąc w tym mieście. Co istotne, całkowicie zrezygnowałeś z fado. Dlaczego? 

Tomasz Gąssowski: Kiedy Andrzej Jakimowski opowiadał mi o tym, co zawarł w scenariuszu, w mojej głowie pojawiły się skojarzenia z Buena Vista Social Club. Zamiast portugalskiej melancholii, o której tyle się mówi, zacząłem szukać kubańskich brzmień. Lizbona to oczywiście fado, ale ja chciałem go uniknąć. Powiem teraz coś, co może niektórych zbulwersować: ja po prostu nie lubię tego gatunku.

Z mojej strony nie usłyszysz potępienia, stworzyłeś soundtrack, który podczas słuchania daje człowiekowi słońce. Znalazłeś też swój sposób na pokazanie trudnych emocji, które buzowały w bohaterach. 

Udało mi się nagrać wybitnego perkusjonistę Davida Kuckhermanna, którego wielu kojarzy z występów z zespołem Dead Can Dance. David zagrał na jednym z najmłodszych instrumentów na świecie, który ma w sobie coś magicznego, myślę o hang drumie.To jest takie metalowe ufo, które przy uderzeniu palcami wydobywa z siebie bardzo piękny dźwięk. Przypomina trochę czelestę. Poza tym w jego berlińskim studio nagraliśmy jeszcze sporo ciekawych instrumentów, m.in. głębokie, zmysłowe udu, czyli afrykański dzban.

Bardzo często wracam do płyty z muzyką z „Imagine” i za każdym razem mam wrażenie, że instrumenty na niej nie tyle grają, ile ze sobą rozmawiają, krążąc po wąskich uliczkach. Wykorzystałeś m.in. baby piano. Pokazujesz, jaką moc mogą mieć niepozorne, małe instrumenty. Udowadniasz, że nie potrzeba orkiestry filharmonicznej, żeby zachwycić słuchacza. To też współgra z przesłaniem filmu Andrzeja JakimowskiegoUroda życia w dużej mierze polega na drobiazgach i uważności, która pozwala je docenić. 

Bardzo lubię takie kameralne instrumenciki, które tworzą prywatny klimat. Istotna była również vioara. Ten instrument, przedziwne skrzyżowanie skrzypiec i trąbki,  brzmi bardzo zmysłowo, trochę tak, jakbyś słuchała skrzypiec przez stary patefon. Temat grany na tym instrumencie pojawił się w końcówce, w najbardziej emocjonalnym momencie filmu.

Przyznam Ci się, że spersonifikowałam sobie puzon i fagot. Kiedy włączały się do muzycznej rozmowy, dosłownie widziałam starszych mieszkańców Alfamy, przesiadujących godzinami na ławeczkach i komentujących codzienne sprawy.

Te instrumenty idealnie pasowały do grających w warcaby starych ramoli. Dzień w dzień siedzą w tym samym miejscu, a zachowują się tak, jakby wszystko wiedzieli. Nic nie jest w stanie ich zaskoczyć, bezpiecznie czują się w monotonii codzienności. W filmie zdecydowanie zaprzeczają istnieniu statku w okolicy portu, mówią to z przekonaniem, choć nigdy w życiu nie wykroczyli poza fragment najbliższej okolicy. Znamy takich ludzi nie tylko z filmów. Potrafią wypowiadać się autorytatywnie na tematy, o których nie mają pojęcia.

„Imagine” uświadomił mi, jak bardzo ważni są ludzie, którzy uruchamiają w nas odwagę. Czasem ktoś pojawia się w naszym życiu na chwilę, żeby mentalnie dmuchnąć w plecy, zgasić lęk i uruchomić ciekawość. Ta opowieść, zarówno w warstwie obrazkowej, jak i dźwiękowej, ma w sobie dużo czułości. Który z instrumentów według ciebie ma największe zasługi w tej dziedzinie? 

Klasyczna gitara flamenco. Wprowadza dużo emocji. To jest to „dmuchnięcie w plecy”, o którym mówisz. Granie w wirtuozerski sposób na tym instrumencie wymaga precyzji, wrażliwości i delikatności. Jednocześnie muzyka, która rodzi się z tej gry, ma w sobie ogromną siłę. Prowadzi głównego bohatera, podkreśla istotę tego, co się dzieje. Na pewno nie jest plumkającą przeszkadzajką, a jasnym sygnałem, że w mikroświecie naszych bohaterów dzieją się naprawdę ważne sprawy. 

W muzyce do filmu słychać instrumenty, ale też całą masę innych dźwięków. Szeleści lizbońska ulica, słychać wchodzące w zakręt tramwaje, gadające nad Tagiem mewy. Rozbrzmiewają syreny statków wpływających do portu. To przestrzeń pulsuje życiem.

Instrumenty bardzo fajnie miksują się z naturalnymi dźwiękami. Oczywiście muszą być do nich dopasowane. Na przykład w filmie buty szurające po piachu spełniają funkcję shakera. Można nimi grać. Laska niewidomego uderzająca w kamień, staje się instrumentem perkusyjnym. Jeżeli znajduje się takie dźwięki, to fajnie jest wpleść je w ścieżkę dźwiękową, wtedy nabiera ona głębi. To wszystko buduje magiczny świat. Powstaje większa przestrzeń do tego, aby pobudzić wyobraźnię i mocniej wejść w opowieść.  

Pozwól, że wyjmuję cię teraz z roli kompozytora i posadzę w fotelu widza. Pamiętasz swoje pierwsze wrażenia po zobaczeniu filmu w całości? 

Kiedy tworzy się film, to ciężko, szczególnie pod koniec, złapać do niego dystans. Koncentrujesz się na mniejszych lub większych błędach, których nie udało się uniknąć  i to przesłania dobre rzeczy. Mam w głowie jakieś kolaudacje, które zawsze były obarczone zastanawianiem się, czy czegoś nie trzeba jeszcze zmienić. Jacek Hamela odpowiedzialny za całość dźwięku zaprosił mnie do Studia Toya w Łodzi na spotkanie ze swoimi studentami. Chciał porozmawiać z nimi na temat wzorcowej, jego zdaniem, współpracy pomiędzy reżyserem, realizatorem dźwięku i kompozytorem właśnie na przykładzie filmu „Imagine”. Rzeczywiście bardzo mocno dbaliśmy o to, żeby muzyka pomagała a zarazem, żeby nie przeszkadzała tym dźwiękom, które niezależnie od obrazu prowadziły widza. Przygotowując się do tego wykładu, zamierzałem tylko przelecieć film na przyspieszonych obrotach, żeby zaznaczyć sobie miejsca, do których będę się odnosił podczas spotkania ze studentami. Taki był plan, ale…zobaczyłem go od początku do końca, z otwartą buzią. Byłem już wtedy absolwentem reżyserii w Szkole Wajdy i po tym domowym seansie doceniłem w pełni całą pracę Andrzeja. Prowadzenie kamery, cały timing filmu, jego urok. Oglądałem i myślałem: „to jest film!” Dopiero wtedy to do mnie dotarło. Dwa lata po jego premierze. 

O czym według Ciebie opowiada „Imagine?  Kompozytora chyba wypadałoby zapytać: co zagrało w Tobie najmocniej? Pytam o to, bo każdy z nas widzi na ekranie coś innego. Przefiltrowuje opowieść przez własne doświadczenia i wrażliwość. 

Dla mnie to jest film o tym, że warto mieć własne zdanie, pomimo tego, co różni ludzie, często autorytatywnie, opowiadają. To także opowieść o tym, że nie zawsze wszystko udaje się idealnie i kiedy tak się dzieje, trzeba się podnosić i próbować od nowa. To jest troszeczkę tak, jak w „Locie nad kukułczym gniazdem”, kiedy McMurphy stara się wyrwać ze ściany umywalkę w zakładzie psychiatrycznym. To mu się nie udaje, ale mówi ważne zdanie: „ale próbowałem”. W „Imagine” Ian, który chce uczyć niewidomych większej samodzielności, jest bardzo samotny. Przełożeni podważają jego pomysły, ale to go nie zatrzymuje. On próbuje zmienić myślenie, dodać swoim uczniom odwagi, która pozwoli im  wyjść z obowiązujących schematów. I to jest piękne w tym filmie.  Kiedy zostaje wyrzucony z ośrodka, idzie dalej z podniesionym czołem. Chce być wolny i pokazywać innym, że to możliwe, nawet wtedy, kiedy sytuacja narzuca na człowieka wiele ograniczeń. 

„Imagineuświadomiło mi, że nic nas nie chroni przed upadkiem, w nowe sytuacje prawie zawsze wchodzimy z lękiem pod rękę. Ważne jest to, żeby nadmierna asekuracja, nie zabiła w nas ciekawości, która każde sprawdzić, co jest za zakrętem. Zastanawiam się, kiedy Ty znalazłeś w sobie odwagę, żeby wyjść z doskonale znanej branży kompozytorskiej i zacząć przygodę z reżyserią? Spotykamy się w momencie, kiedy masz za sobą świetnie przyjęty krótkometrażowy debiut zatytułowany „Baraż. Film, który poprzez prostą historię rozgrywającą się na lokalnym boisku piłkarskim, z dużym wdziękiem opowiada o zwykłej, ludzkiej przyzwoitości.

U mnie odbywało się to bardzo powoli, potrzebowałem czasu, żeby się ośmielić. Bakcylem reżyserii zaraziłem się podczas realizacji filmu „Zmruż oczy”, kiedy pomagałem Andrzejowi Jakimowskiemu we wszystkim, w czym tylko potrafiłem. Podobnie było przy „Sztuczkach”. Jakiś czas po tym zacząłem pisać scenariusz. Dla tzw. przyjemności, czyli uprawiałem grafomanię, bo takie pisanie do szuflady właśnie tak wygląda. Potem następuje bolesna weryfikacja, kiedy pokazuje się te rzeczy ludziom, którzy się na tym znają. 

A czy Andrzej Jakimowski wiedział o tym chowanym do szuflady scenariuszu?

Wiedział. To było trudne, bo mi szczerze powiedział, że mu się nie podoba. Teraz kiedy nabrałem większego doświadczenia, wiem, że miał rację. Na szczęście parę lat później,  kiedy pokazałem mu scenariusz „Barażu”, to mimo, że  miał kilka uwag, zgodził się być opiekunem artystycznym mojego debiutu. To było istotne i wspierające, bo miałem takie poczucie, że mogę dużo stracić, biorąc się za reżyserię, zwyczajnie się skompromitować. Obawiałem się informacji od świata: „wracaj chłopie tam, gdzie byłeś i lepiej pisz tę swoją muzykę, a nie bierz się za coś, co nie jest dla ciebie”. To, że zdecydowałem się na to wyzwanie, w dużej mierze zawdzięczam Jackowi Borusińskiemu i Oliwierowi Kozłowskiemu, którzy stworzyli na ekranie postaci ojca i syna. Zaprosiłem ich do realizacji sceny próbnej w Szkole Wajdy. Kiedy zobaczyłem na ekranie efekt, to, jaką relację budują między sobą, zdecydowałem: wchodzę w to. Miałem dużo do stracenia, ale pomyślałem sobie: „Cholera, jeśli ja tego nie zrobię, to ich nie będzie. Zostaną tylko w scenie próbnej. A ta nigdy nie będzie filmem, który ma szansę dotrzeć do widzów”. 

Trzeba dać losowi szansę

Tak. To pragnienie, żeby ich jakoś zdeponować w świecie filmu na zawsze, było przeważające. Przy okazji ze mną w tle, bo jesteśmy już złączeni tą produkcją na zawsze. „Baraż” był pokazywany w kinach, przyjechał się już na ponad 30 festiwali, otrzymał sporo ważnych nagród. Dostałem od świata bardzo dużo pozytywnej energii w związku z tym filmem.

Kiedy skończyłam oglądać „Baraż, pomyślałam sobie, że czuć waszą wspólną wrażliwość z Andrzejem Jakimowskim. Opowiadacie o bardzo ważnych sprawach z dużą czułością i poczuciem humoru. Zaskoczyłeś mnie Jackiem Borusińskim w głównej roli. Podejrzewam, że znaliście się wcześniej, skoro wiedziałeś, że ma w sobie potencjał dramatyczny. Cała Polska zna go raczej z komediowej strony. Myślę m.in. o reklamach z udziałem kabaretu Mumio, w których grał pierwsze skrzypce. 

Dobra intuicja, faktycznie znaliśmy się wcześniej. To było moje wielkie marzenie, żeby zrobić film z Jackiem. On ma w sobie coś takiego, że chce się na niego patrzeć. Kiedy milczy, wiadomo, że coś ważnego dzieje się w jego wnętrzu. I to jest bardzo wdzięczne dla filmu, bo można dużo opowiedzieć bez słów. Nie chcę tutaj używać porównań z grubej rury, ale trochę przypomina mi Alla Pacino ze „Stracha na wróble”. Jego jedno spojrzenie powoduje, że chce się poznać historię głównego bohatera. 

Zaproszenie Borusińskiego do „Barażuwymagało od Ciebie odwagi. Widzowie są przyzwyczajeni do aktora, który dla roli potrafi być wręcz karykaturalny. Jeden grymas twarzy tego człowieka powodował, że śmiała się cała Polska. 

Ja też czasem korzystałem z tych jego umiejętności. Jeśli próbujesz zrobić film o tym, że warto  być przyzwoitym, to nie możesz tworzyć go całkowicie na poważnie, bo byłby nie do zniesienia. Komizm Jacka był tutaj nieoceniony. Dzięki niemu temat filmu: przyzwoitość, jest trochę jak pastylka podana psu w kiełbasie. Chodzi mi o sposób, w jaki przemycamy lekarstwa zwierzętom. Pies zjada kiełbasę i nawet nie wie, że połknął tabletkę.

I jeszcze jest zadowolony! 

Dokładnie tak to działa. Po pokazach filmowych podchodzili do mnie ludzie i mówili: jak to dobrze, że o ważnych sprawach, opowiedział pan w lekki sposób. 

A jak wygląda komponowanie dla samego siebie? To jest chyba komfortowa sytuacja, kiedy kompozytor jest jednocześnie reżyserem, z nikim nie musisz przedyskutowywać swoich pomysłów, chodzić na kompromisy. 

Przeciwnie, dla siebie tworzy się najgorzej! Masz taką dowolność, że możesz zrobić praktycznie wszystko, co wcale nie pomaga. Jeszcze o godzinie dziewiątej rano w dniu zgrania dźwięku, przemiksowywałem coś, co mi nie pasowało. 

A ja sobie naiwnie myślałam: ale ma fajnie, nie dość, że reżyseruje film, to sobie jeszcze sam muzykę do niego  stworzy. Dwa w jednym.

Jak robisz muzykę dla kogoś, to ten ktoś daje ci jakieś ograniczenia, mówi, co mu się podoba, jakiego klimatu oczekuje.  Dostajesz konkretne wskazówki, a jak robisz dla siebie…

Wolność staje się ograniczeniem?

Non stop przed zaśnięciem prowadzisz w głowie rozmowy reżysera z kompozytorem. Czy zostawić pierwszą wersję, która wpadła ci do głowy, czy przeciwnie, zrobić coś na kontrze. Następnego dnia wieczorem zastanawiasz się, czy to, co postanowiłeś wczoraj, na pewno jest dobrą decyzją, czy muzyka wystarczająco chwyta za serce. I tak sobie można dyskutować w nieskończoność. Jako kompozytor przy „Barażu” miałem za dużo dowolności. 

Złapałam się teraz na myśli, że cały czas rozmawiamy o odwadze wypowiadania swojego zdania. To ona otwiera nowe drzwi, ale też pozwala zabierać w tę podróż innych. Ian z filmu Andrzeja Jakimowskiego mentalnie otwiera oczy niewidomym, dzięki niemu wychodzą z zamkniętego ośrodka i oswajają Lizbonę na swój sposób. Ty opuściłeś znany kompozytorski świat, żeby dać widzowi ciekawą opowieść o przyzwoitości. Powiedz mi na koniec, czy Ty się wybierasz do Lizbony? Wypadałoby dotrzeć do miejsca, które tak pięknie dźwiękowo skonstruowałeś w „Imaginie.

Pewnie kiedyś dotrę. Chociaż kiedy tworzyłem muzykę do tego filmu, miałem trudny czas w swoim życiu. Bardzo się bałem, że nie zdążę napisać tej muzyki i że nie będzie ona tak dobra, jakbym chciał. Wszyscy moi przyjaciele byli wtedy w Lizbonie, ja siedziałem i tworzyłem. Zdarzył się taki wieczór, kiedy po pracy poszedłem sam do kina na „Melancholię” Larsa von Triera… 

Chyba, żeby się dobić…

I przeżyłem koniec świata. Wyszedłem z kina i naprawdę poczułem, że jestem sam na świecie. Kiedy myślę o Lizbonie, wraca do mnie melancholia, w jaką wpadłem, pisząc muzykę do „Imagine”. Trochę mnie tam ciągnie, a jednocześnie wspomnienie tego, co wtedy działo się w moim życiu, wywołuje jakiś delikatny ból. Nie wiem, jak to się skończy, może nie powinienem tam jechać, może to nie jest miejsce dla mnie? Nie wiem.

Często powtarzam, że „każdy ma swoją Lizbonę”, gdzie w takim razie jest Twoja?

Dobrze czuję się nad polskim morzem, tym samym nie muszę daleko jeździć po swój spokój. 

Tomasz Gąssowski fot. archiwum prywatne kompozytora

książki, Ludzie, rozmowy, zdjęcia

Zostało 7 dni do premiery książki, której poświęciłam ostatnich kilkanaście miesięcy życia. Siedziała we mnie już od kilku lat i dojrzewała po cichu. Rosła jak ciasto w piekarniku i już za chwilę będzie można się nią częstować. Mam nadzieję, że Wam zasmakuje.

Lizbonę. Miasto, które przytula” (wyd. Wielka Litera) napisałyśmy wspólnie z Martą Paixão, która mieszkała tam przez ponad 11 lat. Już za chwilę będzie można przysiąść się do naszych rozmów. Opowieść o mieście podzieliłyśmy na osiem rozdziałów. Z każdym z nich czytelnik poszerza swoją perspektywę. Rozmawiamy o ludziach, których energię czuć na ulicach Lizbony, dyskutujemy o architekturze, języku, zabytkach. Mówimy też o niewidocznych przy pierwszym kontakcie różnicach pomiędzy Polakami a Portugalczykami. Zastanawiamy się, co przez lata wpływało na temperament mieszkańców najdalej na zachód wysuniętej części Europy.

„W samym locie mew była jakaś stagnacja; wydawały się lżejsze od powietrza. (…)” F. Pessoa „Księga niepokoju”.

Esencją tej książki są ludzie, którzy podzielili się z nami swoją Lizboną. Apetyt na życie i portugalską kuchnię podsycają Janusz Andrasz i David Gaboriaud. Stolicę widzianą oczami mieszkańca pokazuje Sofia Coelho, a Gosia Furst mówi o tym, że w południowym raju można tęsknić za zapachem zgniłych liści. Lizbońska codzienność miesza się z metafizyką i światem sztuki. Reżyser Andrzej Jakimowski przybliża kulisy powstawania filmu Imagine, w którym nie raz pojawiają się dzwoniące na zakrętach żółte tramwaje. Dzięki rysunkom i opowieści Shelly Ginenthal, Amerykanki od lat mieszkającej w stolicy Portugalii, można poczuć, że Lizbona ma w sobie coś z bajki. Nowy punkt widzenia dodaje kapitan Piotr Lipiński, który na Białe Miasto spogląda z kabiny pilota boeinga. Przed nami też wycieczka na wieś. Dominik Jasiński zabiera nas z Lizbony pod rozgwieżdżone niebo Alentejo na południu Portugalii, gdzie długim rozmowom towarzyszy pohukiwanie sów. Polski malarz zrealizował marzenie wielu lizbończyków o spokojnym domu z dala od zgiełku. To tam słowami malujemy miejskie i wiejskie krajobrazy.

Rozmowy dopełniają felietony, które pisałam w Portugalii i w Polsce. Są zapisem tego, co otwiera we mnie południe Europy. Ważną częścią tej książki są też zdjęcia – czasem uzupełniają słowa, a czasem otwierają nowe historie. Są jak wstęp do kolejnych opowieści, na które być może przyjdzie jeszcze kiedyś pora.

Już teraz zapraszamy na pierwsze spotkania autorskie. Niech dobra energia zamknięta w książce krąży!

20 września w ramach Nocy Księgarń widzimy się w księgarni KOREKTY o godz. 17, spotkanie poprowadzi Anna Maruszeczko – redaktor naczelna „Urody Życia”

25 września premiera w Big Book Cafe połączona z pokazem zdjęć o godz. 19, rozmowę poprowadzi Justyna Dżbik-Kluge (Radio Zet)

30 września przystanek w Gdańsku i spotkanie w Empiku o godz. 18

Październikowy rozkład jazdy wkrótce. Stresuję się, ale też bardzo czekam na te spotkania! Do zobaczenia.

Bez kategorii, książki

Słowem można przytulać i ona to robi. Opowiada o sobie tak, że daje siłę innym. Urszula Dudziak dzieli się swoimi doświadczeniami i pokazuje drogę od zakompleksionej, zalęknionej dziewczyny, do kobiety, które wie, czego chce i potrafi cieszyć się życiem. Zakochana, pełna energii, z ciekawością świata i swoich czytelników rusza w trasę.

Jej życie to materiał na niejedną książkę, dlatego teraz artystka „wyśpiewa jeszcze więcej” na wyjątkowych koncertach łączących muzykę z autobiograficzną opowieścią. 

Wybierzcie się po muzykę i historie, które zmotywują do zmieniania tego, co Was w życiu uwiera.  Jej książka „Wyśpiewam Wam więcej” jest jak podręcznik uruchamiania czułości wobec samego siebie. To często najtrudniejsze zadanie, ale kiedy człowiek się go podejmie, świat zaczyna się w końcu uśmiechać.

Wzruszająca część tej książki to pamiętniki, do których wraca wybitna wokalistka. To, co myślała o sobie 30-letnia Urszula Dudziak diametralnie się różni od tego, co mówi o sobie dziś. I bardzo dobrze, to dobitny przykład na to, że można urodzić się na nowo.

Artystka zdiagnozowała u siebie  coś, co nazywa nieuleczalnym umiłowaniem życia. Marzy mi się taka pozytywna epidemia. Dajcie się zarazić jej energią!

książki

To już jutro – Slow weekend nad Wisłą – Lato!  Na Bulwarach Wiślanych stoiska z modą, ręcznie robioną biżuterią i naturalnymi kosmetykami.  W planie sporo aktywności dla tych, którzy mają ochotę zwolnić i włączyć uważność. Ciekawie zapowiadają się m.in. pszczelarskie warsztaty. Będzie się też można zasłuchać. Z przyjemnością podsycę  apetyt na książkę Natalii Sosin-Krosnowskiej „Cisza i spokój. Cała prawda o życiu z daleka od miasta”. Gospodyni i współtwórczyni programu „Daleko od miasta” w Domo+ napisała tekst, dzięki któremu zaglądamy do codzienności tych, którzy zdecydowali się na przeprowadzkę na wieś. To idealna książka dla wszystkich, którzy na poważnie myślą o zostawieniu miejskiej codzienności. Czytając „Ciszę i spokój”, śledzimy m.in. przeprowadzkę z Paryża do Kiersztonowa na Warmii. Jeden z bohaterów tego tekstu – Stephan, dyrektor w firmie z branży modowej, staje się hodowcą i serowarem. Sam żartuje, że przed metamorfozą miał z owcami jedynie kontakt wzrokowy. Mijał je na pastwiskach w drodze na spotkania biznesowe.

Ta książka utwierdziła mnie w przekonaniu, że warto wiedzieć, czego chce się od życia.  Bohaterów tej opowieści łączy odwaga – ta potrzebna do przeprowadzki, ale też ta, która pozwala wycofać się z planu, który nie przynosi spełnienia. Wyjazd na wieś sprawdza się tylko wtedy, kiedy nie jest  ucieczką od siebie. Miejskie demony w postaci niepozałatwianych spraw, znajdą nas wszędzie, nawet tam, gdzie zakopuje się terenowy samochód.

Ile razy w życiu chodziło Wam po głowie zdanie:  a gdyby zostawić to wszystko i wyjechać np. w Bieszczady? Pomysł, który pojawia się w wielu głowach, realizują tylko nieliczni. Powód? Zdecydowana większość boi się jakiejkolwiek zmiany, woli znane, choć niewygodne, od niewiadomej, którą utożsamia nie z szansą, a z ryzykiem.  Bohaterowie książki  postanowili spróbować, co kryje się za wypowiedzianym na głos marzeniem.  Jednym rzeczywistość wiejska przyniosła spełnienie, innym rozczarowanie, bo okazało się, że ich wyobrażenie o sielskości miało niewiele wspólnego z prawdą. Ta książka to niezbędnik dla tych, którzy przymierzają się do przeprowadzki na wieś. Marzyciele, którzy podchodzą do realizacji planu na zasadzie „jakoś to będzie”, dostają listę konkretnych wskazówek, dzięki którym kupno domu na wsi nie będzie zakupem problemu. Ci, którzy myślę o agroturystyce, muszą zadać sobie pytanie, czy naprawdę mają w sobie gotowość do nieustannego zajmowania się obcymi ludźmi. Fani starych młynów powinni sprawdzić zasobność portfel i przeliczyć raz jeszcze, czy na pewno stać ich na remont pod nadzorem konserwatora zabytków.

Bohaterowie „Ciszy i spokoju” na swój nowy etap życia wybrali różne miejscówki, dzięki temu uchylamy drzwi do codzienności w  Karkonoszach, Kotlinie Kłodzkiej, na Warmii, czy w  Górach Izerskich. Razem z konkretnymi ludzkimi historiami dostajemy listę miejsc, które warto odwiedzić z bezpiecznej pozycji gościa.

Spotkanie z Natalią Sosin-Krosnowską o godz. 14 na Bulwarach Wiślanych, do zobaczenia!

książki

„Mirabelka” Cezarego Harasimowicza to książka dla dzieci. Jak sugeruje wydawnictwo Zielona Sowa dla tych, które skończyły 9 lat. Myślę jednak, że to pozycja obowiązkowa dla dorosłych. Pozwala wrócić do tego, co najcenniejsze w dziecięcym odbiorze świata – do autentycznej ciekawości i otwartości na inność.  Ten tekst najmocniej opowiada o tym, że warto gromadzić miłość w swoich korzeniach. To ona pozwala żyć nawet w najtrudniejszych czasach.

Od momentu zobaczenia okładki zakochałam się w  ilustracjach, które towarzyszą opowieści Cezarego Harasimowicza.  Odpowiada za nie Marta Kurczewska. Jej rysunki mentalnie przenoszą do czasów dzieciństwa. Zmaterializowana czułość i wdzięk.

Podczas niedawnego Big Book Festivalu miałam okazję po raz kolejny porozmawiać z Cezarym Harasimowiczem o tym, co karmi nasze korzenie. Po spotkaniu wspólnie zasadziliśmy drzewko. Nazwaliśmy je Dorka – to imię bohaterki, którą widzicie na okładce w czerwonym płaszczyku. Jeśli będziecie na ulicy Merliniego 2, w okolicy ścianki wspinaczkowej „W górę”, sprawdźcie jak sobie dziewczyna radzi.

„Mirabelka” powoduje, że można kogoś polubić „na odległość czasu”. W tej opowieści pamięć ocala. Ciekawych tego, kim byli pan Izaak, Dorka, Chaim i bracia Alfusowie, zapraszam do wysłuchania rozmowy youtubowym kanale Rozmawiam, bo lubię. https://www.youtube.com/watch?v=_Fd_HLi_vt4&frags=pl%2Cwn

książki

Do tej pory rzadko czytałam kryminały i thrillery psychologiczne, ale już wiem, że to się zmieni. Wojciech Chmielarz wciągnął mnie do tego świata. Powiem więcej: otworzyłam książkę i mnie wessało. Najpierw pochłonęłam „Żmijowisko”, a potem sięgnęłam po „Cienie”. Znajomość z komisarzem Mortką była na tyle intensywna, że wszystkie domowe sprawy musiały poczekać. Zamiast montować nowe rozmowy dla państwa, przeładowywałam policyjną broń i kibicowałam aspirantce Suchockiej.  Po skończonej lekturze ustawiłam następny tekst w kolejce. To będzie „Podpalacz” . Potem przyjdzie czas na cykl gliwicki, w tym na nominowaną do Nagrody Wielkiego Kalibru książkę „Zombie”.  Jak widać, zawsze jest dobra pora na nową znajomość. Czytam niechronologicznie, ale wcale nie pozbawia mnie to przyjemności wchodzenia w  świat stworzony przez  Wojciecha Chmielarza.

fot. Wojciech Rudzki

Mocny, wyrazisty język, taki, w którym słowa uruchamiają obrazy – to jeden z jego znaków rozpoznawczych. Czytasz i widzisz bohaterów. Do tego świetne ucho do dialogów i coś, co bardzo lubię w tego typu historiach – ironiczne poczucie humoru. 

W sobotę spotykamy się na Targu Śniadaniowym na Żoliborzu, żeby zobaczyć, jak powstają historie, które zawłaszczają uwagę czytelnika. Startujemy w samo południe. Dla tych, którzy będą mnie wspierać przy zadawaniu pytań, mamy książki. Do rozdania 50 egzemplarzy „Żmijowiska” !  (Aleja Wojska Polskiego 4). 

Nowa książka Chmielarza zabiera nas do gospodarstwa agroturystycznego, do którego przyjeżdża grupa przyjaciół ze studiów, trzydziestolatków, którzy w małej wsi odreagowują stres wielkomiejskiego życia. Podczas wakacji nad jeziorem znika piętnastoletnia córka jednej z par.

To historia, w której nie ma gangsterów i podążających ich tropem policjantów. Mrok pojawia się bardzo blisko nas, niemal po sąsiedzku. Niepozorne zło jest jeszcze bardziej przerażające.  Patrzymy na ludzi, którzy nie potrafią ze sobą rozmawiać. Wielu z nich zakłada na twarz maski, usilnie budując iluzję spełnionego życia.  Woli w nią uwierzyć niż przyznać się do rozczarowania.

Bohaterowie „Żmijowiska” są przerażająco samotni i niepewni. Swoją  tożsamość budują przez pozycję społeczną. Gnębi ich jednak deficyt uwagi i zrozumienia. Dla mnie to m.in. historia o braku, który paradoksalnie potrafi wypełnić życie.

Zanim odbierzecie swój egzemplarz „Żmijowiska”, przeczytajcie fragment książki.

PROLOG

Próbowała się zabić dwa razy. Za pierwszym razem wzięła środki nasenne. Całą garść rohypnolu, który popiła wódką. Poczuła się odprężona i cholernie szczęśliwa. Złe myśli same uciekły jej z głowy, chociaż wcześniej oblepiały zwoje mózgowe warstwą czarnej lepkiej smoły. A potem niespodziewanie się przestraszyła. Pobiegła do toalety, obijając się po drodze boleśnie o ściany. Klęknęła przy sedesie i włożyła sobie dwa palce głęboko w usta. Zaczęła wymiotować, a deska klozetowa spadła na nią i uderzyła w potylicę. Kiedy wyrzygała już wszystko, co miała w żołądku, a z jej ust wylewała się tylko pożółkła kwaśna ślina, wróciła do sypialni i zasnęła na szesnaście godzin.

Za drugim razem to była kwestia impulsu. Luty. Mokro, zimno i ciemno. Długo płakała w ubikacji. Zużyła prawie całą rolkę papieru toaletowego, wycierając łzy z twarzy. W końcu wstała. Przeszła do dużego pokoju. Otworzyła drzwi balkonowe. Owiało ją chłodne powietrze. Przełożyła najpierw jedną nogę przez barierkę, potem drugą. Spojrzała w dół. Pod sobą miała pięć pięter, a na samym dole chodnik wyłożony kostką brukową. Po drodze nic, co spowolniłoby spadanie. Nic, co mogłoby uratować jej życie.

– Mamo?

Zerknęła za siebie. W balkonowych drzwiach stał Ignaś. Zupełnie zapomniała, że jest w domu. Szybko zeszła z barierki. Serce waliło boleśnie, obijając się o żebra. Przytuliła synka i wbiegła z nim do domu. Zaczęła znowu płakać.

Pocieszała się, że mały ma dopiero trzy lata. Że nie zapamięta widoku mamy, która planowała się rzucić z szóstego piętra. A potem uświadomiła sobie, że nie zapamięta również Ady. Nie chciała żyć w świecie, w którym jedyne wspomnienia jej syna o siostrze będą pochodziły z opowieści innych ludzi.

Matki zawsze mówią, że wszystkie swoje dzieci kochają tak samo.

Matki kłamią.

Ada zajmowała w jej sercu więcej miejsca niż Ignaś. I chociaż ona miała piętnaście lat, a on tylko trzy, to Kamila wiedziała, że nic już się nie zmieni. Wstydziła się tego. Starała się o tym nie myśleć, ale taka była prawda.

To dziecko ukształtowało całe jej dorosłe życie. Pojawiło się, kiedy ona, zaledwie dwudziestojednoletnia studentka, raz zaszalała bez zabezpieczenia. Pamiętała swój strach, kiedy najpierw na teście pojawiły się dwie kreski, a potem wizytę u ginekologa, który potwierdził ciążę. Poradził jej, żeby się cieszyła. Chciała go wtedy uderzyć, bo dla niej to było jak koniec. Zabrakło jej jednak odwagi, żeby zapytać o skrobankę.

Potem poczuła, jak rośnie w niej życie. Pierwsze ruchy w jej macicy. Nieśmiałe, później coraz silniejsze kopnięcia, bolesny poród, bo lekarz idiota nie chciał dać znieczulenia, i wreszcie najpiękniejszy na świecie zapach świeżo urodzonego dziecka i kolejne bóle, kiedy wyrzucała z siebie łożysko. Małżeństwo z chłopakiem, który tak naprawdę nie dorósł do tego, żeby być ojcem, ale przynajmniej bardzo się starał. Ciasne mieszkanko, żebranie po znajomych o meble i ubranka, siedzenie po nocach z płaczącym z powodu kolki dzieckiem i równoczesne uczenie się do sesji. Ciągła obawa o pieniądze. Fuchy łapane, gdzie tylko się da. Pomoc przyjaciół i rodziny. Potem pierwsze wakacje we trójkę. Praca, mała stabilizacja. Lepsza praca. Kredyt. Nawet udało się go przewalutować, zanim było za późno. Większe mieszkanie. Samochód.

Ignaś przybył na gotowe. Od początku miał własny pokój, niewielki, bo z przerobionej kuchni, którą przenieśli do dużego pokoju, łącząc z salonem. Mieli pieniądze. Mniej, niżby chcieli, ale więcej niż kiedyś. Nawet pięćset złotych dostali, chociaż spokojnie daliby sobie radę bez.

Kochała go. Był jej małym pięknym synkiem.

Ale nie aż tak jak córkę.

Ady już nie było. Zniknęła. Rozpłynęła się w ciemnościach letniej nocy. Pozostawiła po sobie ogromną dziurę. Kamila była przekonana, że nigdy nic jej nie wypełni.

Myliła się.

Wypełnił ją, aż po same brzegi, matczyny ból po straconym dziecku.

książki

W środę (28 marca) w księgarni BookBook przy Hożej spotkanie z wyjątkowymi kobietami.

Anna Jakubowska „Paulinka” i Patrycja Bukalska stworzyły książkę, która jest dowodem na niezwykłą siłę człowieka. Pani Anna (rocznik 1927) niejednokrotnie musiała zaczynać od nowa, kiedy życie fundowało jej kolejne „końce świata”.  Pierwsza apokalipsa to wojna.  „Byłam dzieckiem i nagle przestałam nim być” – opowiada w „Szkle pod powieką”.  Ta opowieść prowadzi nas przez Powstanie Warszawskie i grozę leżącego w gruzach miasta. Najbardziej poruszający fragment tej książki to historia o pobycie w więzieniu w czasach stalinizmu w Polsce. Anna Jakubowska trafia do niego jako mama dwuletniego Tomka, zostaje rozłączona z dzieckiem na ponad 5 lat. Po powrocie do domu czuje się obco zarówno w zastanej rzeczywistości, jak i w rodzinie. Po tak długiej rozłące jest prawie obcą osobą dla syna.  Niezawinione odrzucenie boli do dzisiaj.

 

Obok trudnych doświadczeń  jest w tej opowieści miejsce na niezapomniane emocje związane z budowaniem wspólnoty ludzi, którzy z entuzjazmem starają się zmieniać rzeczywistość wokół siebie.  Pojawiają się pierwsze miłości, śledzimy moment, kiedy młoda kobieta odkrywa „ile wart jest uśmiech odpowiedniego mężczyzny”. Wspomnienia pani Anny budują detale. Razem z nią spacerujemy m.in. po ulicy Poznańskiej, nazwanej pierwszym centrum handlowym stolicy.  Smak drobnych radości to m.in. pyzy ze skwarkami jedzone na stojąco. W szarej rzeczywistości jest miejsce na klub „Keep smiling”,  który przypomina o tym, że warto na nowo nauczyć się uśmiechać.

fot. Monika Mielke

Patrycja Bukalska – dziennikarka „Tygodnika Powszechnego” po raz pierwszy spotkała się z bohaterką swojej książki w 2005 roku. Nagrywała wtedy rozmowę do Archiwum Historii Mówionej Muzeum Powstania Warszawskiego.  Kiedy dziś czyta się „Szkło pod powieką” czuć, że ta relacja rozwinęła się w mocną, kobiecą przyjaźń, w której nie ma znaczenia różnica wieku i doświadczeń. To ta sytuacja, kiedy nawet wspólna bezradność wobec okrucieństw historii może dać siłę.

„Szkło pod powieką” opowiada o odpowiedzialności, wewnętrznej wolności i odwadze cywilnej – istotnej zarówno w czasie wojny, jak i pokoju. Kruchość stoi tu obok siły, często nieuświadomionej.

Spotkanie z autorkami książki w środę, a już dziś przedpremierowo szansa na posłuchanie fragmentów „Szkła pod powieką”. Proszę się częstować!  https://www.youtube.com/watch?v=ESJyc260FYE

fot. Monika Mielke

książki

Coraz częściej dostaję prośby o polecenie dobrych książek. Skoro tak, śpieszę z pomocą. Jeśli jeszcze nie czytaliście, koniecznie sięgnijcie po „Duchy Jeremiego” Roberta Rienta. W klimat tej opowieści wprowadzi Was fragment tekstu, który napisałam do jednego z numerów Magazynu Filmowego. Polecam pismo kierowane przez Tomka Raczka,  co miesiąc opowiadam w nim o tekstach, które poprzez słowa uruchamiają obrazy.

Na okładkach niektórych książek powinny pojawiać się ostrzeżenia – „po otwarciu tego tytułu, znikniesz dla świata. Taka adnotacja mogłaby widnieć na „Duchach JeremiegoRoberta Rienta.  Być może powstrzymałaby mnie przed nieodpowiedzialnym kartkowaniem książki w środku dnia pracy. Efekt takiego zachowania? Odłożyłam na później większość zawodowych zobowiązań. Tego dnia dotarłam jedynie na wcześniej umówione spotkanie, tramwajem – żeby jeszcze po drodze karmić się tą historią.

 To tekst, który wciąga do środka opowieści. Już pierwsze zdanie: „Mama znowu spała w łazience, na podłodze”, wprowadza niepokój. Coś tu nie gra, nikt z własnej woli nie zamienia wygodnej sypialni na zimne kafelki. O powodach „nocnej przeprowadzki” informuje nas 12-letni Jeremi. To on jest narratorem tej historii, krok po kroku wprowadza czytelnika w swoją sytuację. Wchodzimy w przestrzeń, w której choroba determinuje to, jak wygląda codzienność. Chłopiec opisuje swój mikrokosmos, który gwałtownie się zmienia. Kontrastuje to z rzeczywistością za oknem, w której nadal wszystko przebiega tak, jak dotąd, a chciałoby się, aby świat – choć na chwilę – się zatrzymał. Młody chłopiec jest w środku domowej zawieruchy, a jednocześnie patrzy na swoją rodzinę z dystansu. Uczy się odbierania emocji. To skomplikowany proces, szczególnie wtedy, kiedy na linii pojawiają się zakłócenia. Słowa zaprzeczają temu, co podskórnie czuje. Jeremi działa jak najczulszy sejsmograf, przeczuwa nadchodzące drgania, a jednocześnie jest chroniony starannie wybieranymi zdaniami. Dorośli starają się nimi złagodzić rzeczywistość. W głowie zaczyna się segregowanie zdarzeń na te sprzed i po Zagładzie. Tak, Zagładzie pisanej wielką literą, bo ze współczesną opowieścią połączona jest rodzinna historia sprzed lat. Wojenne obciążenie, którego ciężar wcale nie maleje wraz z upływem czasu.

To, co sprawia, że książka Rienta zostaje w człowieku na długo, to m.in. jej język. Tekst napisany naiwną, dziecięcą frazą przypomniał mi jedną z beztroskich lektur dzieciństwa. Chodzi o „Przygody Mikołajka” duetu: René Goscinny i Jean-Jacques Sempé. Problemy głównego bohatera szły w niepamięć zazwyczaj kilka dni po zdarzeniu. Mikołajek komentował je we właściwy sobie sposób: „Kiedy w domu wydało się, że wypadłem najgorzej na klasówce z matematyki, zrobiła się straszna afera! Jakby to była moja wina, że Kleofas jest chory i nie było go na klasówce!”. Uczeń francuskiej szkoły został obdarzony dystansem do świata, poczuciem humoru i zdolnością cennego puentowania poczynań dorosłych. Tych cech nie brakuje też Jeremiemu. Z urokiem małego chłopca przekręca zasłyszane u dorosłych powiedzenia, które w założeniu mają porządkować świat. Bohater Rienta ma w sobie tyle samo wdzięku, co Mikołajek. Musi się jednak zmierzyć z rzeczywistością, której temu pierwszemu oszczędzono. Dziecięcość zestawiona z brutalnością świata boli podwójnie. Jeremi trzyma na dystans rówieśników, jego wentyl bezpieczeństwa to August – przyjaciel, z którym może porozmawiać o wszystkim. No, prawie o wszystkim, bo jak się okazuje, są sytuacje, dla których nie ma odpowiednich zdań. Czasem ironiczny język oswaja rzeczywistość. Obserwując swoją ciotkę, chłopiec opowiada: „Estera modliła się dalej, tak z dystansem raczej, bo do Boga cały czas na pan. To „panie, panie” powtarzała do znudzenia”. W jego świecie świąteczna pocztówka z napisem „Bóg się rodzi”, współistnieje z momentem, kiedy coś ważnego w człowieku umiera.

Podczas lektury „Duchów Jeremiego” przypomniał mi się „Syn Szawła” – węgierski film nagrodzony Oscarem. Pokazywał Holocaust z perspektywy członka Sonderkommando. To on był oczami widza. W warstwie realizacyjnej nie pojawił się ani jeden szeroki kadr. Paradoksalnie to ograniczone pole widzenia kazało podejść bliżej, zatrzymać się przy konkretnej historii. Rient również nie wykonuje literackich panoram. Nie padają wielkie liczby. Opowiada po prostu o życiu Jeremiego, jego matki, dziadka, ciotki Estery. Autor stworzył bohatera, z którym chce się być, ma się nawet wrażenie, że się nim jest. W trakcie czytania miałam ochotę przytulić małą dziewczynkę w sobie, która budzi się wtedy, kiedy w moim życiu pojawia się bezsilność. Przed tym uczuciem nie chroni żaden dorosły pancerz. Czytając książkę Rienta, ślędzę historię Jeremiego, a jednocześnie odwiedzam te zakamarki w głowie, w których zostały moje fragmenty dzieciństwa. Chwile, kiedy coś przeczuwałam, nie umiejąc jeszcze tego nazwać. To ciekawy materiał do sesji terapeutycznych, takie filtrowanie zdarzeń, których sens odkrywa się po latach.

Duchy przeszłości dopadają każdego. Podczas czytania przypomniało mi się spotkanie z przyjacielem sprzed lat. Opowiadaliśmy sobie własne pogmatwane historie, nie bardzo widząc jakieś rozwiązanie. Pamiętam, że R. wstał i idąc do kuchni z łagodnym uśmiechem, powiedział: „Kiedy nie wiadomo, co zrobić, należy zaparzyć herbatę ”. Wrócił z pełnym kubkiem, z tą samą bezsilnością, bo przecież nie wyparowała po drodze, a jednak było nam lepiej. W tekście Rienta odnajduję coś z czułości tego spotkania. Ostatecznie chodzi chyba o obecność, posiedzenie z czyjąś historią, poczekanie, aż będzie gotowa do opowiedzenia. Bywa też tak, że słowa są za małe, więcej mówi paczka dziadkowych ciastek wrzucona do plecaka. Dawno zjedzona, ale zapamiętana.

książki

Książka Katarzyny Miller to okazja do zrobienia porządków. Przedsięwzięcie przewiduje  wietrzenie głowy, wyrzucenie zatruwających myśli oraz sprawdzenie zawartości emocjonalnych szuflad, do których dawno nie zaglądaliśmy.

Katarzyna Miller

Tytuł sugeruje, że będziemy się kręcić wokół zdrady małżeńskiej. I to prawda, ale tylko częściowa. „Kup kochance męża kwiaty” to opowieść o zdradach wszelakich. Tych w zaobrączkowanych związkach i tych w konkubinacie.  To opowieść, która wychodzi poza relacje partnerskie. Psychoterapeutka przywołuje różne sytuacje, w których bywamy  porzuceni. Przez przyjaciela, partnera w biznesie, lub – co szczególnie bolesne – przez rodzica. Te wszystkie zdrady zapisują się na twardym dysku w głowie. Potrafią wpływać na nasze decyzje w dziedzinach, które pozornie nie mają nic wspólnego z bolesnymi doświadczeniami.

Siła tej książki to szczerość. Psychoterapeutka, która od lat słucha intymnych zwierzeń kobiet, w tym tekście opowiada również o sobie. Pisze m.in.  o trudnych relacjach z matką.

„Sądzimy, że jesteśmy zdradzani dopiero jako dorośli. Nie przychodzi nam nawet na myśl, że zdradzani jesteśmy od początku naszego życia.  Moja mama kochała innego mężczyznę niż mój ojciec – pisze Katarzyna Miller.

Zdradziła siebie i mojego ojca wychodząc za niego. Powołując mnie na świat, zdradziła również mnie, zanim się jeszcze pojawiłam. Byłam dzieckiem niekochanego mężczyzny, obarczona tym już na zawsze”.

Autorka wspomina momenty, kiedy jako kilkulatka była zamykana na klucz w ciemnej łazience. W ten sposób jej matka karała ją za dziecięce przewinienia. Kiedy czytałam ten fragment, fizycznie bolała mnie  bezsilność dziecka w starciu z wszechwładzą dorosłego. Czułam niemal jego strach. Na szczęście w tym domu mała Kasia miała swojego anioł stróża. Była nim Helenka – jej opiekunka. Prosta kobieta, która miała za sobą traumatyczne dzieciństwo w domu dziecka, rozumiała strach małej dziewczynki i dawała jej wsparcie. Katarzyna Miller wspomina:

„W dzieciństwie, kiedy się bałam w nocy, kiedy rodziców nie było w domu, krzyczałam głośno do swojej niani: „Helenka, jesteś tam w kuchni?” . Ona natychmiast odkrzykiwała: „Jestem”.  A ja: „No to poruszaj garnkami”. I Helenka łomotała garami. To właśnie ona dawała mi poczucie bezpieczeństwa, a nie moja matka”.

Ta historia otworzyła w mojej głowie wspomnienie dziecięcego rytuału sprzed lat. Miałam  9, 10 lat, dawałam rodzicom buziaka tuż przed snem, szłam do swojego pokoju i zanim zasnęłam, krzyczałam przez ścianę: ” To paaaaa!” Rodziciele odkrzykiwali: „Paaaa”. Wtedy wyskakiwałam z pytaniem: „A nie będzie mnie bolał brzuszek?” –  „Nie.  Śpij dobrze” – odkrzykiwali cierpliwie. I tak co wieczór, przez dobrych kilka miesięcy. Jestem im wdzięczna za zrozumienie, że ta powtarzalność była mi do czegoś potrzebna. Była jak  dobre zaklęcie przed snem, które powoduje, że nic złego się nie stanie. Zasypiałam uspokojona mocą jednego zdania.

To, że czyjaś opowieść otwiera dawno pozamykane szufladki naszej pamięci, to dowód na ogromną siłę grupy terapeutycznej. Szczerość uruchamia szczerość. Słuchamy teoretycznie odległych historii, które uruchamiają nasze wspomnienia. A  te uświadamiają nam, co dostaliśmy, a czego zabrakło w naszym dzieciństwie. Taka praca w większym gronie to doskonała okazja do wymiany doświadczeń, posłuchania innych i otworzenia się z własną historią. Daje ważne uczucie, że jest się częścią wspólnoty, że my kobiety możemy dać sobie  siłę.  Czasem ktoś z boku zobaczy sedno problemu, coś, co nasz wzrok nieświadomie eliminował z pola widzenia.

W „Kup kochance męża kwiaty” znajdziecie liczne odwołania do świata książek i filmów, nie od dziś wiadomo, że w cudzych historiach można zobaczyć fragmenty siebie.

Najbardziej przejmujący wątek tej książki to dla mnie temat zdrady samego siebie. Myślę o tym momencie, kiedy zamiast zaopiekować się sobą w trudnej sytuacji, wrzucamy na swoje plecy kolejne ciężary.  Poczucie winy, przekonanie o własnej bylejakości, nierealne wymagania. Co ciekawe, często potrafimy wygenerować masę wyrozumiałości wobec innych, wobec siebie bywamy bezwzględnymi sędziami. Boimy się bezbronnego dziecka w sobie, które budzi się zawsze, kiedy przerasta nas sytuacja, a dorosłość, niestety, wcale nie chroni przed bezsilnością.  Zamiast uruchomić wentyl bezpieczeństwa – czyli oczyszczający płacz, zakładamy zbroję, która buduje pozory silnego człowieka, którego nic nie jest w stanie złamać. Im prędzej zrozumiemy, że cyborgi bez emocji nie istnieją, tym lepiej. To, co zepchnięte na bok, prędzej czy później eksploduje i pojawi się w centrum.  O tym, czym kończy się robienie dobrej miny do złej gry Katarzyna Miller pisze wyraźnie.  Warto przeczytać.

Jaką szklankę widzisz?

Na początku tego tekstu pisałam o emocjonalnym sprzątaniu. Lubię porządek, co wcale nie stoi w sprzeczności z ponadprzeciętnymi zdolnościami do robienia bałaganu. Tego na zewnątrz i w sobie. Kobieta Chaos – w wielu sytuacjach mogłabym przyjąć taki pseudonim. Książki Kasi Miller są jak dobry odkurzacz. Sam nie zrobi za nas roboty, ale kiedy już weźmiesz go do ręki, przestrzeń zaczyna się oczyszczać.  Porządki emocjonalne, tak jak te przyziemne, domowe –  wymagają wysiłku.  Przeglądanie szufladek własnej pamięci bywa wyzwaniem. Trzeba nazwać trudne doświadczenia, posegregować myśli – oddzielić te, które nas budują od tych, które niszczą. Te ostatnie należy wyrzucić. Podjęcie decyzji: „nie podlewam już ogródka krzywd, skupiam się na budowaniu” może być wyzwalające.  Sięgnijcie po tę książkę, może być pierwszym krokiem do przyjemnego spokoju w głowie.

książki

Teresa z Polski i Oriana z Włoch. Dwie kobiety, które nigdy się nie spotkały, choć był czas, że dzieliło je od siebie ok. 15 kilometrów. Jednak wielokrotnie podążały tą samą drogą. Obie wiedziały, że są sytuacje, kiedy milczenie jest grzechem. Bez wahania zabierały głos w sprawach, które wymagały reakcji. Ostrzegały przed powtarzalnością historii i tropiły nienawiść ukrytą w słowach. Demaskując hipokryzję, ocalały sens rozmowy.

Na górze – łagodne oczy i twarz, w której jest spokój. Poniżej – przenikliwe, zdystansowane spojrzenie i emocje schowane za maską, przez którą trudno się przebić. Tak czytam okładkę „Podwójnego życia reporterki” Remika Grzeli. Kiedy patrzę na włoską dziennikarkę z papierosem w dłoni, mam wrażenie, że nosi niewidzialną zbroję. I faktycznie ma w sobie coś z żołnierza. Nietypowego, bo nie uznaje posłuszeństwa czy podporządkowania się. Słucha siebie, to na wywiad idzie jak na wojnę. Zdeterminowana, by zmusić rozmówcę do kapitulacji, a czytelnika obudzić z komfortu samozadowolenia. Pokazuje, że bezpieczeństwo bywa pozorne, wybija z marazmu. Wyjeżdża w miejsca konfliktów zbrojnych, w kamizelce kuloodpornej biega z aparatem w dłoni. Poprzez śmierć opowiada o życiu. Dokumentuje historię, która pokazuje, że człowiek to taki dziwny twór, w którym szlachetność miesza się z bestialstwem. Na liście jej rozmówców znaleźli się m.in. Henry Kissinger, Chomeini, Ariel Szaron, pułkownik  Muammar al-Kadafi, Jasir Arafat, Lech Wałęsa, Alexandros Panagoulis, czy Golda Meir.

W archiwum Edoardo Perazziego, siostrzeńca Oriany, można znaleźć zdjęcie, na którym włoska dziennikarka patrzy na swoje odbicie w lustrze. To autoportret dorosłej kobiety, ale Remik pokazuje też małą Orianę, której matka starała się nie dopuścić do jej narodzin. Może od tego momentu jej życie staje się walką. Nie ma w sobie zacięcia dyplomatycznego, otwarcie mówi o tym, co myśli. Nie wierzy w obiektywizm, jak pisze: „Żyć oznacza dla mnie tyle, co uczestniczyć. Ten, kto uczestniczy, dokonuje wyboru.”

Jadłyśmy chleb i książki

Dorasta w latach. 30, kiedy we Włoszech dominuje oficjalna prasa faszystowska. Szybko orientuje się, że funkcjonuje w świecie dwóch narracji – co innego słyszy w szkole i w mediach, co innego w domu. Szybko oznajmia ojcu, że chce pracować w gazecie, która będzie mówić prawdę. Razem z  siostrami wychowuje się w domu, w którym ceni się słowo. Jak wspomina: „jadłyśmy chleb i książki”. Przygodę z dziennikarstwem zaczyna od pisania tekstów do rubryki kryminalnej, dużo później  zwiąże się z „Corriere della Sera”. Potem zaszywa się w domu w Nowym Jorku. Kilkuletnie milczenie przerywa po zamachu na World Trade Center. Remik Grzela  spotyka się z Feruccio de Bortolim, naczelnym włoskiego dziennika, który odsłania kulisy powstawania słynnego tekstu „Wściekłość i duma”.

Autor „Podwójnego życia reporterki” składa portret  Fallaci z relacji jej przyjaciół, współpracowników, rodziny. Tych, którzy znali ją przez lata, a także tych, których drogi połączyły się z nią na ostatniej prostej. Pozwala też mówić samej Orianie.  Czytelnik śledzi m.in. fragmenty  „Listu do nienarodzonego dziecka”, „Człowieka”, „Kapelusza całego w czereśniach”,  „Bezużytecznej płci”.

Teresa

fot. archiwum Leszka Sankowskiego

„Podwójne życie reporterki” to podróż w czasie i przestrzeni. Grzela prowadzi nas z rodzinnej Florencji Fallaci do Wołkowyska pod niemiecką okupacją, gdzie na świat przychodzi Teresa Torańska. Jej matka nosi w sobie doświadczenie dwóch wojen, jest zainfekowana strachem. Jednocześnie ma w sobie coś w rodzaju akceptacji, jak pisze Grzela, „wie, że z losem się nie dyskutuje, nie rozpacza”. Ojciec Teresy zostaje aresztowany za sabotaż władzy radzieckiej, przyjeżdża do rodziny w 1948 roku, kiedy Stalin ogłasza amnestię. Wraca, by stać się praktycznie nieobecnym ojcem. Po tym, co przeszedł – jak pisze Teresa Torańska – „był nie do życia”. Jej rodzice rozstają się.

Dorastająca Teresa, podobnie jak Oriana żyje w domu, w którym ceni się kulturę. „Jeżeli mama miała do wyboru – zabrać nas na koncert lub kupić coś lepszego na obiad, wybierała koncert. I tak trzeba” – wspominała po latach. Może to te wizyty spowodowały, że pisała „na słuch”. Słyszała melodię tekstu, godzinami pracowała nad wywiadami. Jej praca przypominała montaż filmowy, przestawianie poszczególnych klocków, aż do momentu, kiedy opowieść zapisana w słowach, będzie mieć odpowiednie tempo i rytm. Historię o człowieku budowała na szczegółach, na które inni często nie zwracali uwagi. O Teresie opowiadają m.in. Maria Zmarz-Koczanowicz  i Mariusz Szczygieł.  Reżyserka wspomina jej przywiązanie do wartości, które określa mianem moralnego fundamentalizmu, z kolei reporter Dużego Formatu porównuje Torańską do ruchliwego psa-yorka. Osobą, która otwiera drzwi do świata dziennikarki, jest jej mąż – Leszek Sankowski. Dzięki niemu możemy zobaczyć imponujące archiwum. Starannie uporządkowane kartony, w których znajdują się taśmy z nagraniami, liczne maszynopisy, odręczne notatki, zaczęte i nieskończone książki. (m.in. tekst o paryskiej Kulturze i Jerzym Giedroyciu, a także szkice książki o generale Jaruzelskim). To codzienność kobiety, która wykonała tytaniczną pracę, znając ciężar odpowiedzialności za słowo. Głos dostają też jej teksty, przede wszystkim wywiady, które dziś analizują studenci wydziałów dziennikarstwa. Grzela przypomina, że książka „Oni”, w której rozmawiała z prominentnymi działaczami partii komunistycznej, została wydana w 13 krajach. Na zdjęciach można zobaczyć Edwarda Ochaba – byłego przewodniczącego Rady Państwa. W dość nietypowej scenerii i ubraniu. Polityk, którego pamiętamy jako urzędnika ubranego w garnitur, podczas rozmowy z Teresą ma na sobie bluzę dresową i czarny berecik. Nagrywają to spotkanie w lesie. Aleksander Jałosiński, który wykonał fotografię, uwiecznił na niej dziennikarkę, która trzyma pod pachą duży magnetofon marki Grundig.

Pragnienie miłości

Oprócz zawodowej twarzy dwóch wybitnych reporterek, dostajemy też wgląd do ich prywatności. W przypadku Oriany Fallaci widzę kobietę, która jest w centrum zdarzeń, otoczona ludźmi, a jednocześnie samotna. Fascynuje mężczyzn, wchodzi z nimi w intymne relacje, a jednocześnie żaden z jej związków nie przetrwa próby czasu. Z tej książki dowiaduję się, że kojarząca się z dumą i siłą włoska dziennikarka ma też w swoim życiorysie epizod stalkerki. Potrafi niemal osaczyć obiekt swoich westchnień. Jak się okazuje każdego – nawet Orianę –  miłośc lub jej iluzja, potrafi skłonić do schowania godności do kieszeni.

Pod koniec życia rozchodzą się jej drogi z siostrą. Umiera w otoczeniu rodziny z wyboru. Wśród tych, z którymi wiążą ją więzy krwi, najbliżej jest siostrzeniec – Edoardo Perazzi, dzisiejszy spadkobierca jej spuścizny.

Oriana Fallaci z młodszą od niej o 35 lata adoptowaną siostrą Elisabettą i siostrzeńcem Edoardem Perazzim. fot. archiwum E. Perazziego

Teresa żyje u boku mężczyzny, który zdaje sobie sprawę z jej wyjątkowości. Osiecka pisała kiedyś, że dom poetki z założenia jest zaburzony, bo nie można pisać wiersza, wstać od stołu i zabrać się za obiad. Chyba podobnie jest z reportażem i wywiadem. Nie można przestać pisać, kiedy myśli przelewają się z palców na klawiaturę komputera. O kulinarnej niemocy Teresy Torańskiej opowiada Leszek Sankowski. W jego tonie – kiedy mówi o żonie – jest bardzo dużo czułości i wdzięczności za to, że mógł być najbliżej tej kobiety. Ich ścieżki zetknęły się już na studiach, ale wtedy – jak w jednym z wierszy Szymborskiej – przypadek nie był jeszcze gotowy, by zamienić się dla nich w los. Związali się po latach, po rozwodzie Sankowskiego.

Teresa Torańska w latach 60. archiwum Leszka Sankowskiego.

Słowa, które ocalają

„Podwójny portret reporterki” pokazuje powtarzalność historii. Opisuje uniwersalne mechanizmy władzy, pokusę bycia ponad prawem. Wskazuje nienawiść, która czai się w języku. Język pogardy czy nacjonalizmu – jaki dziś słychać w mediach – brzmi niepokojąco podobnie do tego z lat 30. w Niemczech, czy 60. w Polsce. Bezkompromisowe podejście Oriany Fallaci do islamu dla wielu może być czymś, z czym się dyskutuje. Aczkolwiek jej teksty sprzed lat brzmią jak czarne proroctwo.

Planowałam napisać krótką recenzję książki, ale nie potrafię, a może nawet nie chcę. Wierzę, że w czasach pop-uwagi, są tacy, którzy chcą dowiedzieć się więcej. Nie chciałabym być w skórze Remika Grzeli przy pisaniu tych dwóch biografii. Wiem, z jakim ogromem materiału musiał się zmierzyć, przygotowując ten tekst. Za nim tysiące przeczytanych stron, godziny rozmów, spotkań, podróży. Szukania formy, równoległości losów. Było warto.

Oriana Fallaci w książce „Człowiek” pisała: „To takie marnotrawstwo, umierać”. Remik Grzela zmierzył się z nieodwracalnością losu. Dzięki tej książce obie panie żyją. Czytelnik poniesie je w sobie. Niezałatwione sprawy, którymi się zajmowały, zostają przypomniane.  A w uszach brzmi zdanie, które zrealizowały: „Życie jest czymś, co trzeba dobrze wypełnić, nie tracąc czasu”.

***

Wyjęłam Erikę – moją zieloną, przyjacielską maszynę i zapisałam słowa wuja Oriany Fallaci. Udzielił jej tych rad, kiedy dała mu do przeczytania rękopis swojej powieści „Penelopa idzie na wojnę”.