Bez kategorii, książki

Słowem można przytulać i ona to robi. Opowiada o sobie tak, że daje siłę innym. Urszula Dudziak dzieli się swoimi doświadczeniami i pokazuje drogę od zakompleksionej, zalęknionej dziewczyny, do kobiety, które wie, czego chce i potrafi cieszyć się życiem. Zakochana, pełna energii, z ciekawością świata i swoich czytelników rusza w trasę.

Jej życie to materiał na niejedną książkę, dlatego teraz artystka „wyśpiewa jeszcze więcej” na wyjątkowych koncertach łączących muzykę z autobiograficzną opowieścią. 

Wybierzcie się po muzykę i historie, które zmotywują do zmieniania tego, co Was w życiu uwiera.  Jej książka „Wyśpiewam Wam więcej” jest jak podręcznik uruchamiania czułości wobec samego siebie. To często najtrudniejsze zadanie, ale kiedy człowiek się go podejmie, świat zaczyna się w końcu uśmiechać.

Wzruszająca część tej książki to pamiętniki, do których wraca wybitna wokalistka. To, co myślała o sobie 30-letnia Urszula Dudziak diametralnie się różni od tego, co mówi o sobie dziś. I bardzo dobrze, to dobitny przykład na to, że można urodzić się na nowo.

Artystka zdiagnozowała u siebie  coś, co nazywa nieuleczalnym umiłowaniem życia. Marzy mi się taka pozytywna epidemia. Dajcie się zarazić jej energią!

książki

To już jutro – Slow weekend nad Wisłą – Lato!  Na Bulwarach Wiślanych stoiska z modą, ręcznie robioną biżuterią i naturalnymi kosmetykami.  W planie sporo aktywności dla tych, którzy mają ochotę zwolnić i włączyć uważność. Ciekawie zapowiadają się m.in. pszczelarskie warsztaty. Będzie się też można zasłuchać. Z przyjemnością podsycę  apetyt na książkę Natalii Sosin-Krosnowskiej „Cisza i spokój. Cała prawda o życiu z daleka od miasta”. Gospodyni i współtwórczyni programu „Daleko od miasta” w Domo+ napisała tekst, dzięki któremu zaglądamy do codzienności tych, którzy zdecydowali się na przeprowadzkę na wieś. To idealna książka dla wszystkich, którzy na poważnie myślą o zostawieniu miejskiej codzienności. Czytając „Ciszę i spokój”, śledzimy m.in. przeprowadzkę z Paryża do Kiersztonowa na Warmii. Jeden z bohaterów tego tekstu – Stephan, dyrektor w firmie z branży modowej, staje się hodowcą i serowarem. Sam żartuje, że przed metamorfozą miał z owcami jedynie kontakt wzrokowy. Mijał je na pastwiskach w drodze na spotkania biznesowe.

Ta książka utwierdziła mnie w przekonaniu, że warto wiedzieć, czego chce się od życia.  Bohaterów tej opowieści łączy odwaga – ta potrzebna do przeprowadzki, ale też ta, która pozwala wycofać się z planu, który nie przynosi spełnienia. Wyjazd na wieś sprawdza się tylko wtedy, kiedy nie jest  ucieczką od siebie. Miejskie demony w postaci niepozałatwianych spraw, znajdą nas wszędzie, nawet tam, gdzie zakopuje się terenowy samochód.

Ile razy w życiu chodziło Wam po głowie zdanie:  a gdyby zostawić to wszystko i wyjechać np. w Bieszczady? Pomysł, który pojawia się w wielu głowach, realizują tylko nieliczni. Powód? Zdecydowana większość boi się jakiejkolwiek zmiany, woli znane, choć niewygodne, od niewiadomej, którą utożsamia nie z szansą, a z ryzykiem.  Bohaterowie książki  postanowili spróbować, co kryje się za wypowiedzianym na głos marzeniem.  Jednym rzeczywistość wiejska przyniosła spełnienie, innym rozczarowanie, bo okazało się, że ich wyobrażenie o sielskości miało niewiele wspólnego z prawdą. Ta książka to niezbędnik dla tych, którzy przymierzają się do przeprowadzki na wieś. Marzyciele, którzy podchodzą do realizacji planu na zasadzie „jakoś to będzie”, dostają listę konkretnych wskazówek, dzięki którym kupno domu na wsi nie będzie zakupem problemu. Ci, którzy myślę o agroturystyce, muszą zadać sobie pytanie, czy naprawdę mają w sobie gotowość do nieustannego zajmowania się obcymi ludźmi. Fani starych młynów powinni sprawdzić zasobność portfel i przeliczyć raz jeszcze, czy na pewno stać ich na remont pod nadzorem konserwatora zabytków.

Bohaterowie „Ciszy i spokoju” na swój nowy etap życia wybrali różne miejscówki, dzięki temu uchylamy drzwi do codzienności w  Karkonoszach, Kotlinie Kłodzkiej, na Warmii, czy w  Górach Izerskich. Razem z konkretnymi ludzkimi historiami dostajemy listę miejsc, które warto odwiedzić z bezpiecznej pozycji gościa.

Spotkanie z Natalią Sosin-Krosnowską o godz. 14 na Bulwarach Wiślanych, do zobaczenia!

książki

„Mirabelka” Cezarego Harasimowicza to książka dla dzieci. Jak sugeruje wydawnictwo Zielona Sowa dla tych, które skończyły 9 lat. Myślę jednak, że to pozycja obowiązkowa dla dorosłych. Pozwala wrócić do tego, co najcenniejsze w dziecięcym odbiorze świata – do autentycznej ciekawości i otwartości na inność.  Ten tekst najmocniej opowiada o tym, że warto gromadzić miłość w swoich korzeniach. To ona pozwala żyć nawet w najtrudniejszych czasach.

Od momentu zobaczenia okładki zakochałam się w  ilustracjach, które towarzyszą opowieści Cezarego Harasimowicza.  Odpowiada za nie Marta Kurczewska. Jej rysunki mentalnie przenoszą do czasów dzieciństwa. Zmaterializowana czułość i wdzięk.

Podczas niedawnego Big Book Festivalu miałam okazję po raz kolejny porozmawiać z Cezarym Harasimowiczem o tym, co karmi nasze korzenie. Po spotkaniu wspólnie zasadziliśmy drzewko. Nazwaliśmy je Dorka – to imię bohaterki, którą widzicie na okładce w czerwonym płaszczyku. Jeśli będziecie na ulicy Merliniego 2, w okolicy ścianki wspinaczkowej „W górę”, sprawdźcie jak sobie dziewczyna radzi.

„Mirabelka” powoduje, że można kogoś polubić „na odległość czasu”. W tej opowieści pamięć ocala. Ciekawych tego, kim byli pan Izaak, Dorka, Chaim i bracia Alfusowie, zapraszam do wysłuchania rozmowy youtubowym kanale Rozmawiam, bo lubię. https://www.youtube.com/watch?v=_Fd_HLi_vt4&frags=pl%2Cwn

książki

Do tej pory rzadko czytałam kryminały i thrillery psychologiczne, ale już wiem, że to się zmieni. Wojciech Chmielarz wciągnął mnie do tego świata. Powiem więcej: otworzyłam książkę i mnie wessało. Najpierw pochłonęłam „Żmijowisko”, a potem sięgnęłam po „Cienie”. Znajomość z komisarzem Mortką była na tyle intensywna, że wszystkie domowe sprawy musiały poczekać. Zamiast montować nowe rozmowy dla państwa, przeładowywałam policyjną broń i kibicowałam aspirantce Suchockiej.  Po skończonej lekturze ustawiłam następny tekst w kolejce. To będzie „Podpalacz” . Potem przyjdzie czas na cykl gliwicki, w tym na nominowaną do Nagrody Wielkiego Kalibru książkę „Zombie”.  Jak widać, zawsze jest dobra pora na nową znajomość. Czytam niechronologicznie, ale wcale nie pozbawia mnie to przyjemności wchodzenia w  świat stworzony przez  Wojciecha Chmielarza.

fot. Wojciech Rudzki

Mocny, wyrazisty język, taki, w którym słowa uruchamiają obrazy – to jeden z jego znaków rozpoznawczych. Czytasz i widzisz bohaterów. Do tego świetne ucho do dialogów i coś, co bardzo lubię w tego typu historiach – ironiczne poczucie humoru. 

W sobotę spotykamy się na Targu Śniadaniowym na Żoliborzu, żeby zobaczyć, jak powstają historie, które zawłaszczają uwagę czytelnika. Startujemy w samo południe. Dla tych, którzy będą mnie wspierać przy zadawaniu pytań, mamy książki. Do rozdania 50 egzemplarzy „Żmijowiska” !  (Aleja Wojska Polskiego 4). 

Nowa książka Chmielarza zabiera nas do gospodarstwa agroturystycznego, do którego przyjeżdża grupa przyjaciół ze studiów, trzydziestolatków, którzy w małej wsi odreagowują stres wielkomiejskiego życia. Podczas wakacji nad jeziorem znika piętnastoletnia córka jednej z par.

To historia, w której nie ma gangsterów i podążających ich tropem policjantów. Mrok pojawia się bardzo blisko nas, niemal po sąsiedzku. Niepozorne zło jest jeszcze bardziej przerażające.  Patrzymy na ludzi, którzy nie potrafią ze sobą rozmawiać. Wielu z nich zakłada na twarz maski, usilnie budując iluzję spełnionego życia.  Woli w nią uwierzyć niż przyznać się do rozczarowania.

Bohaterowie „Żmijowiska” są przerażająco samotni i niepewni. Swoją  tożsamość budują przez pozycję społeczną. Gnębi ich jednak deficyt uwagi i zrozumienia. Dla mnie to m.in. historia o braku, który paradoksalnie potrafi wypełnić życie.

Zanim odbierzecie swój egzemplarz „Żmijowiska”, przeczytajcie fragment książki.

PROLOG

Próbowała się zabić dwa razy. Za pierwszym razem wzięła środki nasenne. Całą garść rohypnolu, który popiła wódką. Poczuła się odprężona i cholernie szczęśliwa. Złe myśli same uciekły jej z głowy, chociaż wcześniej oblepiały zwoje mózgowe warstwą czarnej lepkiej smoły. A potem niespodziewanie się przestraszyła. Pobiegła do toalety, obijając się po drodze boleśnie o ściany. Klęknęła przy sedesie i włożyła sobie dwa palce głęboko w usta. Zaczęła wymiotować, a deska klozetowa spadła na nią i uderzyła w potylicę. Kiedy wyrzygała już wszystko, co miała w żołądku, a z jej ust wylewała się tylko pożółkła kwaśna ślina, wróciła do sypialni i zasnęła na szesnaście godzin.

Za drugim razem to była kwestia impulsu. Luty. Mokro, zimno i ciemno. Długo płakała w ubikacji. Zużyła prawie całą rolkę papieru toaletowego, wycierając łzy z twarzy. W końcu wstała. Przeszła do dużego pokoju. Otworzyła drzwi balkonowe. Owiało ją chłodne powietrze. Przełożyła najpierw jedną nogę przez barierkę, potem drugą. Spojrzała w dół. Pod sobą miała pięć pięter, a na samym dole chodnik wyłożony kostką brukową. Po drodze nic, co spowolniłoby spadanie. Nic, co mogłoby uratować jej życie.

– Mamo?

Zerknęła za siebie. W balkonowych drzwiach stał Ignaś. Zupełnie zapomniała, że jest w domu. Szybko zeszła z barierki. Serce waliło boleśnie, obijając się o żebra. Przytuliła synka i wbiegła z nim do domu. Zaczęła znowu płakać.

Pocieszała się, że mały ma dopiero trzy lata. Że nie zapamięta widoku mamy, która planowała się rzucić z szóstego piętra. A potem uświadomiła sobie, że nie zapamięta również Ady. Nie chciała żyć w świecie, w którym jedyne wspomnienia jej syna o siostrze będą pochodziły z opowieści innych ludzi.

Matki zawsze mówią, że wszystkie swoje dzieci kochają tak samo.

Matki kłamią.

Ada zajmowała w jej sercu więcej miejsca niż Ignaś. I chociaż ona miała piętnaście lat, a on tylko trzy, to Kamila wiedziała, że nic już się nie zmieni. Wstydziła się tego. Starała się o tym nie myśleć, ale taka była prawda.

To dziecko ukształtowało całe jej dorosłe życie. Pojawiło się, kiedy ona, zaledwie dwudziestojednoletnia studentka, raz zaszalała bez zabezpieczenia. Pamiętała swój strach, kiedy najpierw na teście pojawiły się dwie kreski, a potem wizytę u ginekologa, który potwierdził ciążę. Poradził jej, żeby się cieszyła. Chciała go wtedy uderzyć, bo dla niej to było jak koniec. Zabrakło jej jednak odwagi, żeby zapytać o skrobankę.

Potem poczuła, jak rośnie w niej życie. Pierwsze ruchy w jej macicy. Nieśmiałe, później coraz silniejsze kopnięcia, bolesny poród, bo lekarz idiota nie chciał dać znieczulenia, i wreszcie najpiękniejszy na świecie zapach świeżo urodzonego dziecka i kolejne bóle, kiedy wyrzucała z siebie łożysko. Małżeństwo z chłopakiem, który tak naprawdę nie dorósł do tego, żeby być ojcem, ale przynajmniej bardzo się starał. Ciasne mieszkanko, żebranie po znajomych o meble i ubranka, siedzenie po nocach z płaczącym z powodu kolki dzieckiem i równoczesne uczenie się do sesji. Ciągła obawa o pieniądze. Fuchy łapane, gdzie tylko się da. Pomoc przyjaciół i rodziny. Potem pierwsze wakacje we trójkę. Praca, mała stabilizacja. Lepsza praca. Kredyt. Nawet udało się go przewalutować, zanim było za późno. Większe mieszkanie. Samochód.

Ignaś przybył na gotowe. Od początku miał własny pokój, niewielki, bo z przerobionej kuchni, którą przenieśli do dużego pokoju, łącząc z salonem. Mieli pieniądze. Mniej, niżby chcieli, ale więcej niż kiedyś. Nawet pięćset złotych dostali, chociaż spokojnie daliby sobie radę bez.

Kochała go. Był jej małym pięknym synkiem.

Ale nie aż tak jak córkę.

Ady już nie było. Zniknęła. Rozpłynęła się w ciemnościach letniej nocy. Pozostawiła po sobie ogromną dziurę. Kamila była przekonana, że nigdy nic jej nie wypełni.

Myliła się.

Wypełnił ją, aż po same brzegi, matczyny ból po straconym dziecku.

książki

W środę (28 marca) w księgarni BookBook przy Hożej spotkanie z wyjątkowymi kobietami.

Anna Jakubowska „Paulinka” i Patrycja Bukalska stworzyły książkę, która jest dowodem na niezwykłą siłę człowieka. Pani Anna (rocznik 1927) niejednokrotnie musiała zaczynać od nowa, kiedy życie fundowało jej kolejne „końce świata”.  Pierwsza apokalipsa to wojna.  „Byłam dzieckiem i nagle przestałam nim być” – opowiada w „Szkle pod powieką”.  Ta opowieść prowadzi nas przez Powstanie Warszawskie i grozę leżącego w gruzach miasta. Najbardziej poruszający fragment tej książki to historia o pobycie w więzieniu w czasach stalinizmu w Polsce. Anna Jakubowska trafia do niego jako mama dwuletniego Tomka, zostaje rozłączona z dzieckiem na ponad 5 lat. Po powrocie do domu czuje się obco zarówno w zastanej rzeczywistości, jak i w rodzinie. Po tak długiej rozłące jest prawie obcą osobą dla syna.  Niezawinione odrzucenie boli do dzisiaj.

 

Obok trudnych doświadczeń  jest w tej opowieści miejsce na niezapomniane emocje związane z budowaniem wspólnoty ludzi, którzy z entuzjazmem starają się zmieniać rzeczywistość wokół siebie.  Pojawiają się pierwsze miłości, śledzimy moment, kiedy młoda kobieta odkrywa „ile wart jest uśmiech odpowiedniego mężczyzny”. Wspomnienia pani Anny budują detale. Razem z nią spacerujemy m.in. po ulicy Poznańskiej, nazwanej pierwszym centrum handlowym stolicy.  Smak drobnych radości to m.in. pyzy ze skwarkami jedzone na stojąco. W szarej rzeczywistości jest miejsce na klub „Keep smiling”,  który przypomina o tym, że warto na nowo nauczyć się uśmiechać.

fot. Monika Mielke

Patrycja Bukalska – dziennikarka „Tygodnika Powszechnego” po raz pierwszy spotkała się z bohaterką swojej książki w 2005 roku. Nagrywała wtedy rozmowę do Archiwum Historii Mówionej Muzeum Powstania Warszawskiego.  Kiedy dziś czyta się „Szkło pod powieką” czuć, że ta relacja rozwinęła się w mocną, kobiecą przyjaźń, w której nie ma znaczenia różnica wieku i doświadczeń. To ta sytuacja, kiedy nawet wspólna bezradność wobec okrucieństw historii może dać siłę.

„Szkło pod powieką” opowiada o odpowiedzialności, wewnętrznej wolności i odwadze cywilnej – istotnej zarówno w czasie wojny, jak i pokoju. Kruchość stoi tu obok siły, często nieuświadomionej.

Spotkanie z autorkami książki w środę, a już dziś przedpremierowo szansa na posłuchanie fragmentów „Szkła pod powieką”. Proszę się częstować!  https://www.youtube.com/watch?v=ESJyc260FYE

fot. Monika Mielke

książki

Coraz częściej dostaję prośby o polecenie dobrych książek. Skoro tak, śpieszę z pomocą. Jeśli jeszcze nie czytaliście, koniecznie sięgnijcie po „Duchy Jeremiego” Roberta Rienta. W klimat tej opowieści wprowadzi Was fragment tekstu, który napisałam do jednego z numerów Magazynu Filmowego. Polecam pismo kierowane przez Tomka Raczka,  co miesiąc opowiadam w nim o tekstach, które poprzez słowa uruchamiają obrazy.

Na okładkach niektórych książek powinny pojawiać się ostrzeżenia – „po otwarciu tego tytułu, znikniesz dla świata. Taka adnotacja mogłaby widnieć na „Duchach JeremiegoRoberta Rienta.  Być może powstrzymałaby mnie przed nieodpowiedzialnym kartkowaniem książki w środku dnia pracy. Efekt takiego zachowania? Odłożyłam na później większość zawodowych zobowiązań. Tego dnia dotarłam jedynie na wcześniej umówione spotkanie, tramwajem – żeby jeszcze po drodze karmić się tą historią.

 To tekst, który wciąga do środka opowieści. Już pierwsze zdanie: „Mama znowu spała w łazience, na podłodze”, wprowadza niepokój. Coś tu nie gra, nikt z własnej woli nie zamienia wygodnej sypialni na zimne kafelki. O powodach „nocnej przeprowadzki” informuje nas 12-letni Jeremi. To on jest narratorem tej historii, krok po kroku wprowadza czytelnika w swoją sytuację. Wchodzimy w przestrzeń, w której choroba determinuje to, jak wygląda codzienność. Chłopiec opisuje swój mikrokosmos, który gwałtownie się zmienia. Kontrastuje to z rzeczywistością za oknem, w której nadal wszystko przebiega tak, jak dotąd, a chciałoby się, aby świat – choć na chwilę – się zatrzymał. Młody chłopiec jest w środku domowej zawieruchy, a jednocześnie patrzy na swoją rodzinę z dystansu. Uczy się odbierania emocji. To skomplikowany proces, szczególnie wtedy, kiedy na linii pojawiają się zakłócenia. Słowa zaprzeczają temu, co podskórnie czuje. Jeremi działa jak najczulszy sejsmograf, przeczuwa nadchodzące drgania, a jednocześnie jest chroniony starannie wybieranymi zdaniami. Dorośli starają się nimi złagodzić rzeczywistość. W głowie zaczyna się segregowanie zdarzeń na te sprzed i po Zagładzie. Tak, Zagładzie pisanej wielką literą, bo ze współczesną opowieścią połączona jest rodzinna historia sprzed lat. Wojenne obciążenie, którego ciężar wcale nie maleje wraz z upływem czasu.

To, co sprawia, że książka Rienta zostaje w człowieku na długo, to m.in. jej język. Tekst napisany naiwną, dziecięcą frazą przypomniał mi jedną z beztroskich lektur dzieciństwa. Chodzi o „Przygody Mikołajka” duetu: René Goscinny i Jean-Jacques Sempé. Problemy głównego bohatera szły w niepamięć zazwyczaj kilka dni po zdarzeniu. Mikołajek komentował je we właściwy sobie sposób: „Kiedy w domu wydało się, że wypadłem najgorzej na klasówce z matematyki, zrobiła się straszna afera! Jakby to była moja wina, że Kleofas jest chory i nie było go na klasówce!”. Uczeń francuskiej szkoły został obdarzony dystansem do świata, poczuciem humoru i zdolnością cennego puentowania poczynań dorosłych. Tych cech nie brakuje też Jeremiemu. Z urokiem małego chłopca przekręca zasłyszane u dorosłych powiedzenia, które w założeniu mają porządkować świat. Bohater Rienta ma w sobie tyle samo wdzięku, co Mikołajek. Musi się jednak zmierzyć z rzeczywistością, której temu pierwszemu oszczędzono. Dziecięcość zestawiona z brutalnością świata boli podwójnie. Jeremi trzyma na dystans rówieśników, jego wentyl bezpieczeństwa to August – przyjaciel, z którym może porozmawiać o wszystkim. No, prawie o wszystkim, bo jak się okazuje, są sytuacje, dla których nie ma odpowiednich zdań. Czasem ironiczny język oswaja rzeczywistość. Obserwując swoją ciotkę, chłopiec opowiada: „Estera modliła się dalej, tak z dystansem raczej, bo do Boga cały czas na pan. To „panie, panie” powtarzała do znudzenia”. W jego świecie świąteczna pocztówka z napisem „Bóg się rodzi”, współistnieje z momentem, kiedy coś ważnego w człowieku umiera.

Podczas lektury „Duchów Jeremiego” przypomniał mi się „Syn Szawła” – węgierski film nagrodzony Oscarem. Pokazywał Holocaust z perspektywy członka Sonderkommando. To on był oczami widza. W warstwie realizacyjnej nie pojawił się ani jeden szeroki kadr. Paradoksalnie to ograniczone pole widzenia kazało podejść bliżej, zatrzymać się przy konkretnej historii. Rient również nie wykonuje literackich panoram. Nie padają wielkie liczby. Opowiada po prostu o życiu Jeremiego, jego matki, dziadka, ciotki Estery. Autor stworzył bohatera, z którym chce się być, ma się nawet wrażenie, że się nim jest. W trakcie czytania miałam ochotę przytulić małą dziewczynkę w sobie, która budzi się wtedy, kiedy w moim życiu pojawia się bezsilność. Przed tym uczuciem nie chroni żaden dorosły pancerz. Czytając książkę Rienta, ślędzę historię Jeremiego, a jednocześnie odwiedzam te zakamarki w głowie, w których zostały moje fragmenty dzieciństwa. Chwile, kiedy coś przeczuwałam, nie umiejąc jeszcze tego nazwać. To ciekawy materiał do sesji terapeutycznych, takie filtrowanie zdarzeń, których sens odkrywa się po latach.

Duchy przeszłości dopadają każdego. Podczas czytania przypomniało mi się spotkanie z przyjacielem sprzed lat. Opowiadaliśmy sobie własne pogmatwane historie, nie bardzo widząc jakieś rozwiązanie. Pamiętam, że R. wstał i idąc do kuchni z łagodnym uśmiechem, powiedział: „Kiedy nie wiadomo, co zrobić, należy zaparzyć herbatę ”. Wrócił z pełnym kubkiem, z tą samą bezsilnością, bo przecież nie wyparowała po drodze, a jednak było nam lepiej. W tekście Rienta odnajduję coś z czułości tego spotkania. Ostatecznie chodzi chyba o obecność, posiedzenie z czyjąś historią, poczekanie, aż będzie gotowa do opowiedzenia. Bywa też tak, że słowa są za małe, więcej mówi paczka dziadkowych ciastek wrzucona do plecaka. Dawno zjedzona, ale zapamiętana.

książki

Książka Katarzyny Miller to okazja do zrobienia porządków. Przedsięwzięcie przewiduje  wietrzenie głowy, wyrzucenie zatruwających myśli oraz sprawdzenie zawartości emocjonalnych szuflad, do których dawno nie zaglądaliśmy.

Katarzyna Miller

Tytuł sugeruje, że będziemy się kręcić wokół zdrady małżeńskiej. I to prawda, ale tylko częściowa. „Kup kochance męża kwiaty” to opowieść o zdradach wszelakich. Tych w zaobrączkowanych związkach i tych w konkubinacie.  To opowieść, która wychodzi poza relacje partnerskie. Psychoterapeutka przywołuje różne sytuacje, w których bywamy  porzuceni. Przez przyjaciela, partnera w biznesie, lub – co szczególnie bolesne – przez rodzica. Te wszystkie zdrady zapisują się na twardym dysku w głowie. Potrafią wpływać na nasze decyzje w dziedzinach, które pozornie nie mają nic wspólnego z bolesnymi doświadczeniami.

Siła tej książki to szczerość. Psychoterapeutka, która od lat słucha intymnych zwierzeń kobiet, w tym tekście opowiada również o sobie. Pisze m.in.  o trudnych relacjach z matką.

„Sądzimy, że jesteśmy zdradzani dopiero jako dorośli. Nie przychodzi nam nawet na myśl, że zdradzani jesteśmy od początku naszego życia.  Moja mama kochała innego mężczyznę niż mój ojciec – pisze Katarzyna Miller.

Zdradziła siebie i mojego ojca wychodząc za niego. Powołując mnie na świat, zdradziła również mnie, zanim się jeszcze pojawiłam. Byłam dzieckiem niekochanego mężczyzny, obarczona tym już na zawsze”.

Autorka wspomina momenty, kiedy jako kilkulatka była zamykana na klucz w ciemnej łazience. W ten sposób jej matka karała ją za dziecięce przewinienia. Kiedy czytałam ten fragment, fizycznie bolała mnie  bezsilność dziecka w starciu z wszechwładzą dorosłego. Czułam niemal jego strach. Na szczęście w tym domu mała Kasia miała swojego anioł stróża. Była nim Helenka – jej opiekunka. Prosta kobieta, która miała za sobą traumatyczne dzieciństwo w domu dziecka, rozumiała strach małej dziewczynki i dawała jej wsparcie. Katarzyna Miller wspomina:

„W dzieciństwie, kiedy się bałam w nocy, kiedy rodziców nie było w domu, krzyczałam głośno do swojej niani: „Helenka, jesteś tam w kuchni?” . Ona natychmiast odkrzykiwała: „Jestem”.  A ja: „No to poruszaj garnkami”. I Helenka łomotała garami. To właśnie ona dawała mi poczucie bezpieczeństwa, a nie moja matka”.

Ta historia otworzyła w mojej głowie wspomnienie dziecięcego rytuału sprzed lat. Miałam  9, 10 lat, dawałam rodzicom buziaka tuż przed snem, szłam do swojego pokoju i zanim zasnęłam, krzyczałam przez ścianę: ” To paaaaa!” Rodziciele odkrzykiwali: „Paaaa”. Wtedy wyskakiwałam z pytaniem: „A nie będzie mnie bolał brzuszek?” –  „Nie.  Śpij dobrze” – odkrzykiwali cierpliwie. I tak co wieczór, przez dobrych kilka miesięcy. Jestem im wdzięczna za zrozumienie, że ta powtarzalność była mi do czegoś potrzebna. Była jak  dobre zaklęcie przed snem, które powoduje, że nic złego się nie stanie. Zasypiałam uspokojona mocą jednego zdania.

To, że czyjaś opowieść otwiera dawno pozamykane szufladki naszej pamięci, to dowód na ogromną siłę grupy terapeutycznej. Szczerość uruchamia szczerość. Słuchamy teoretycznie odległych historii, które uruchamiają nasze wspomnienia. A  te uświadamiają nam, co dostaliśmy, a czego zabrakło w naszym dzieciństwie. Taka praca w większym gronie to doskonała okazja do wymiany doświadczeń, posłuchania innych i otworzenia się z własną historią. Daje ważne uczucie, że jest się częścią wspólnoty, że my kobiety możemy dać sobie  siłę.  Czasem ktoś z boku zobaczy sedno problemu, coś, co nasz wzrok nieświadomie eliminował z pola widzenia.

W „Kup kochance męża kwiaty” znajdziecie liczne odwołania do świata książek i filmów, nie od dziś wiadomo, że w cudzych historiach można zobaczyć fragmenty siebie.

Najbardziej przejmujący wątek tej książki to dla mnie temat zdrady samego siebie. Myślę o tym momencie, kiedy zamiast zaopiekować się sobą w trudnej sytuacji, wrzucamy na swoje plecy kolejne ciężary.  Poczucie winy, przekonanie o własnej bylejakości, nierealne wymagania. Co ciekawe, często potrafimy wygenerować masę wyrozumiałości wobec innych, wobec siebie bywamy bezwzględnymi sędziami. Boimy się bezbronnego dziecka w sobie, które budzi się zawsze, kiedy przerasta nas sytuacja, a dorosłość, niestety, wcale nie chroni przed bezsilnością.  Zamiast uruchomić wentyl bezpieczeństwa – czyli oczyszczający płacz, zakładamy zbroję, która buduje pozory silnego człowieka, którego nic nie jest w stanie złamać. Im prędzej zrozumiemy, że cyborgi bez emocji nie istnieją, tym lepiej. To, co zepchnięte na bok, prędzej czy później eksploduje i pojawi się w centrum.  O tym, czym kończy się robienie dobrej miny do złej gry Katarzyna Miller pisze wyraźnie.  Warto przeczytać.

Jaką szklankę widzisz?

Na początku tego tekstu pisałam o emocjonalnym sprzątaniu. Lubię porządek, co wcale nie stoi w sprzeczności z ponadprzeciętnymi zdolnościami do robienia bałaganu. Tego na zewnątrz i w sobie. Kobieta Chaos – w wielu sytuacjach mogłabym przyjąć taki pseudonim. Książki Kasi Miller są jak dobry odkurzacz. Sam nie zrobi za nas roboty, ale kiedy już weźmiesz go do ręki, przestrzeń zaczyna się oczyszczać.  Porządki emocjonalne, tak jak te przyziemne, domowe –  wymagają wysiłku.  Przeglądanie szufladek własnej pamięci bywa wyzwaniem. Trzeba nazwać trudne doświadczenia, posegregować myśli – oddzielić te, które nas budują od tych, które niszczą. Te ostatnie należy wyrzucić. Podjęcie decyzji: „nie podlewam już ogródka krzywd, skupiam się na budowaniu” może być wyzwalające.  Sięgnijcie po tę książkę, może być pierwszym krokiem do przyjemnego spokoju w głowie.

książki

Teresa z Polski i Oriana z Włoch. Dwie kobiety, które nigdy się nie spotkały, choć był czas, że dzieliło je od siebie ok. 15 kilometrów. Jednak wielokrotnie podążały tą samą drogą. Obie wiedziały, że są sytuacje, kiedy milczenie jest grzechem. Bez wahania zabierały głos w sprawach, które wymagały reakcji. Ostrzegały przed powtarzalnością historii i tropiły nienawiść ukrytą w słowach. Demaskując hipokryzję, ocalały sens rozmowy.

Na górze – łagodne oczy i twarz, w której jest spokój. Poniżej – przenikliwe, zdystansowane spojrzenie i emocje schowane za maską, przez którą trudno się przebić. Tak czytam okładkę „Podwójnego życia reporterki” Remika Grzeli. Kiedy patrzę na włoską dziennikarkę z papierosem w dłoni, mam wrażenie, że nosi niewidzialną zbroję. I faktycznie ma w sobie coś z żołnierza. Nietypowego, bo nie uznaje posłuszeństwa czy podporządkowania się. Słucha siebie, to na wywiad idzie jak na wojnę. Zdeterminowana, by zmusić rozmówcę do kapitulacji, a czytelnika obudzić z komfortu samozadowolenia. Pokazuje, że bezpieczeństwo bywa pozorne, wybija z marazmu. Wyjeżdża w miejsca konfliktów zbrojnych, w kamizelce kuloodpornej biega z aparatem w dłoni. Poprzez śmierć opowiada o życiu. Dokumentuje historię, która pokazuje, że człowiek to taki dziwny twór, w którym szlachetność miesza się z bestialstwem. Na liście jej rozmówców znaleźli się m.in. Henry Kissinger, Chomeini, Ariel Szaron, pułkownik  Muammar al-Kadafi, Jasir Arafat, Lech Wałęsa, Alexandros Panagoulis, czy Golda Meir.

W archiwum Edoardo Perazziego, siostrzeńca Oriany, można znaleźć zdjęcie, na którym włoska dziennikarka patrzy na swoje odbicie w lustrze. To autoportret dorosłej kobiety, ale Remik pokazuje też małą Orianę, której matka starała się nie dopuścić do jej narodzin. Może od tego momentu jej życie staje się walką. Nie ma w sobie zacięcia dyplomatycznego, otwarcie mówi o tym, co myśli. Nie wierzy w obiektywizm, jak pisze: „Żyć oznacza dla mnie tyle, co uczestniczyć. Ten, kto uczestniczy, dokonuje wyboru.”

Jadłyśmy chleb i książki

Dorasta w latach. 30, kiedy we Włoszech dominuje oficjalna prasa faszystowska. Szybko orientuje się, że funkcjonuje w świecie dwóch narracji – co innego słyszy w szkole i w mediach, co innego w domu. Szybko oznajmia ojcu, że chce pracować w gazecie, która będzie mówić prawdę. Razem z  siostrami wychowuje się w domu, w którym ceni się słowo. Jak wspomina: „jadłyśmy chleb i książki”. Przygodę z dziennikarstwem zaczyna od pisania tekstów do rubryki kryminalnej, dużo później  zwiąże się z „Corriere della Sera”. Potem zaszywa się w domu w Nowym Jorku. Kilkuletnie milczenie przerywa po zamachu na World Trade Center. Remik Grzela  spotyka się z Feruccio de Bortolim, naczelnym włoskiego dziennika, który odsłania kulisy powstawania słynnego tekstu „Wściekłość i duma”.

Autor „Podwójnego życia reporterki” składa portret  Fallaci z relacji jej przyjaciół, współpracowników, rodziny. Tych, którzy znali ją przez lata, a także tych, których drogi połączyły się z nią na ostatniej prostej. Pozwala też mówić samej Orianie.  Czytelnik śledzi m.in. fragmenty  „Listu do nienarodzonego dziecka”, „Człowieka”, „Kapelusza całego w czereśniach”,  „Bezużytecznej płci”.

Teresa

fot. archiwum Leszka Sankowskiego

„Podwójne życie reporterki” to podróż w czasie i przestrzeni. Grzela prowadzi nas z rodzinnej Florencji Fallaci do Wołkowyska pod niemiecką okupacją, gdzie na świat przychodzi Teresa Torańska. Jej matka nosi w sobie doświadczenie dwóch wojen, jest zainfekowana strachem. Jednocześnie ma w sobie coś w rodzaju akceptacji, jak pisze Grzela, „wie, że z losem się nie dyskutuje, nie rozpacza”. Ojciec Teresy zostaje aresztowany za sabotaż władzy radzieckiej, przyjeżdża do rodziny w 1948 roku, kiedy Stalin ogłasza amnestię. Wraca, by stać się praktycznie nieobecnym ojcem. Po tym, co przeszedł – jak pisze Teresa Torańska – „był nie do życia”. Jej rodzice rozstają się.

Dorastająca Teresa, podobnie jak Oriana żyje w domu, w którym ceni się kulturę. „Jeżeli mama miała do wyboru – zabrać nas na koncert lub kupić coś lepszego na obiad, wybierała koncert. I tak trzeba” – wspominała po latach. Może to te wizyty spowodowały, że pisała „na słuch”. Słyszała melodię tekstu, godzinami pracowała nad wywiadami. Jej praca przypominała montaż filmowy, przestawianie poszczególnych klocków, aż do momentu, kiedy opowieść zapisana w słowach, będzie mieć odpowiednie tempo i rytm. Historię o człowieku budowała na szczegółach, na które inni często nie zwracali uwagi. O Teresie opowiadają m.in. Maria Zmarz-Koczanowicz  i Mariusz Szczygieł.  Reżyserka wspomina jej przywiązanie do wartości, które określa mianem moralnego fundamentalizmu, z kolei reporter Dużego Formatu porównuje Torańską do ruchliwego psa-yorka. Osobą, która otwiera drzwi do świata dziennikarki, jest jej mąż – Leszek Sankowski. Dzięki niemu możemy zobaczyć imponujące archiwum. Starannie uporządkowane kartony, w których znajdują się taśmy z nagraniami, liczne maszynopisy, odręczne notatki, zaczęte i nieskończone książki. (m.in. tekst o paryskiej Kulturze i Jerzym Giedroyciu, a także szkice książki o generale Jaruzelskim). To codzienność kobiety, która wykonała tytaniczną pracę, znając ciężar odpowiedzialności za słowo. Głos dostają też jej teksty, przede wszystkim wywiady, które dziś analizują studenci wydziałów dziennikarstwa. Grzela przypomina, że książka „Oni”, w której rozmawiała z prominentnymi działaczami partii komunistycznej, została wydana w 13 krajach. Na zdjęciach można zobaczyć Edwarda Ochaba – byłego przewodniczącego Rady Państwa. W dość nietypowej scenerii i ubraniu. Polityk, którego pamiętamy jako urzędnika ubranego w garnitur, podczas rozmowy z Teresą ma na sobie bluzę dresową i czarny berecik. Nagrywają to spotkanie w lesie. Aleksander Jałosiński, który wykonał fotografię, uwiecznił na niej dziennikarkę, która trzyma pod pachą duży magnetofon marki Grundig.

Pragnienie miłości

Oprócz zawodowej twarzy dwóch wybitnych reporterek, dostajemy też wgląd do ich prywatności. W przypadku Oriany Fallaci widzę kobietę, która jest w centrum zdarzeń, otoczona ludźmi, a jednocześnie samotna. Fascynuje mężczyzn, wchodzi z nimi w intymne relacje, a jednocześnie żaden z jej związków nie przetrwa próby czasu. Z tej książki dowiaduję się, że kojarząca się z dumą i siłą włoska dziennikarka ma też w swoim życiorysie epizod stalkerki. Potrafi niemal osaczyć obiekt swoich westchnień. Jak się okazuje każdego – nawet Orianę –  miłośc lub jej iluzja, potrafi skłonić do schowania godności do kieszeni.

Pod koniec życia rozchodzą się jej drogi z siostrą. Umiera w otoczeniu rodziny z wyboru. Wśród tych, z którymi wiążą ją więzy krwi, najbliżej jest siostrzeniec – Edoardo Perazzi, dzisiejszy spadkobierca jej spuścizny.

Oriana Fallaci z młodszą od niej o 35 lata adoptowaną siostrą Elisabettą i siostrzeńcem Edoardem Perazzim. fot. archiwum E. Perazziego

Teresa żyje u boku mężczyzny, który zdaje sobie sprawę z jej wyjątkowości. Osiecka pisała kiedyś, że dom poetki z założenia jest zaburzony, bo nie można pisać wiersza, wstać od stołu i zabrać się za obiad. Chyba podobnie jest z reportażem i wywiadem. Nie można przestać pisać, kiedy myśli przelewają się z palców na klawiaturę komputera. O kulinarnej niemocy Teresy Torańskiej opowiada Leszek Sankowski. W jego tonie – kiedy mówi o żonie – jest bardzo dużo czułości i wdzięczności za to, że mógł być najbliżej tej kobiety. Ich ścieżki zetknęły się już na studiach, ale wtedy – jak w jednym z wierszy Szymborskiej – przypadek nie był jeszcze gotowy, by zamienić się dla nich w los. Związali się po latach, po rozwodzie Sankowskiego.

Teresa Torańska w latach 60. archiwum Leszka Sankowskiego.

Słowa, które ocalają

„Podwójny portret reporterki” pokazuje powtarzalność historii. Opisuje uniwersalne mechanizmy władzy, pokusę bycia ponad prawem. Wskazuje nienawiść, która czai się w języku. Język pogardy czy nacjonalizmu – jaki dziś słychać w mediach – brzmi niepokojąco podobnie do tego z lat 30. w Niemczech, czy 60. w Polsce. Bezkompromisowe podejście Oriany Fallaci do islamu dla wielu może być czymś, z czym się dyskutuje. Aczkolwiek jej teksty sprzed lat brzmią jak czarne proroctwo.

Planowałam napisać krótką recenzję książki, ale nie potrafię, a może nawet nie chcę. Wierzę, że w czasach pop-uwagi, są tacy, którzy chcą dowiedzieć się więcej. Nie chciałabym być w skórze Remika Grzeli przy pisaniu tych dwóch biografii. Wiem, z jakim ogromem materiału musiał się zmierzyć, przygotowując ten tekst. Za nim tysiące przeczytanych stron, godziny rozmów, spotkań, podróży. Szukania formy, równoległości losów. Było warto.

Oriana Fallaci w książce „Człowiek” pisała: „To takie marnotrawstwo, umierać”. Remik Grzela zmierzył się z nieodwracalnością losu. Dzięki tej książce obie panie żyją. Czytelnik poniesie je w sobie. Niezałatwione sprawy, którymi się zajmowały, zostają przypomniane.  A w uszach brzmi zdanie, które zrealizowały: „Życie jest czymś, co trzeba dobrze wypełnić, nie tracąc czasu”.

***

Wyjęłam Erikę – moją zieloną, przyjacielską maszynę i zapisałam słowa wuja Oriany Fallaci. Udzielił jej tych rad, kiedy dała mu do przeczytania rękopis swojej powieści „Penelopa idzie na wojnę”.

książki

Modne sformułowanie: „przeczytałam jednym tchem“, nie pasuje do tej książki. Czytałam ją dwukrotnie, za każdym razem bardzo powoli, odkładając co kilkanaście stron. Wielowątkowość i sposób narracji zmuszały do podzielenia lektury na części. Po to, by móc ją przyjąć i ponieść ciężar, który ze sobą niesie.

To tekst, który oblepia, wchodzi pod skórę, drażni. Irytuje wielokrotnie złożonymi zdaniami, meandruje, skręca w nieoczekiwane strony. Pojawiają się w nim metafory przypominające język szaleńca. Bez wątpienia wymaga koncentracji i przyjęcia bólu, który się z niego wylewa. Nie sposób oddać okrucieństwa wojny przez suche fakty – na te zdążyliśmy już zobojętnieć. Marina Perezagua daje ofiarom konkretne twarze. Pisze wprost: „historia, która nie potrafi wyrazić ludzkiego bólu, jest nic niewarta“.

H – tak podpisuje się narratorka tej opowieści. Wybiera tę literę, bo dowiaduje się, że w języku hiszpańskim jest ona niema. Taki paradoks istnienia, które zostało powołane do życia, a jednocześnie odebrano mu prawo do wypowiedzi. Staje się głosem wszystkich wykluczonych. To litera otwierająca słowo Hiroszima, na dźwięk którego po kilkudziesięciu latach od wybuchu bomby atomowej – człowiek nadal ma przed oczami zniszczenie. Rany zadane przed laty są przekazywane z pokolenia na pokolenie, naznaczają. Choroba popromienna to widoczny efekt wybuchu, ale to tylko fragment zniszczeń.

Na stronach tej książki co chwilę wybuchają bomby – dochodzi do eksplozji bezradności, okrucieństwa, nienawiści. Hiszpańska pisarka opisuje wydarzenia sprzed wielu lat, a jednocześnie zdaje się mówić: nie czuj się bezpiecznie. 6 sierpnia 1945 roku niebo też było bezchmurne. A potem nastąpiła Apokalipsa.

To tekst, który pokazuje, że zło przychodzi zwyczajnie, bez spektakularnego ostrzeżenia. Bombę, która zniszczyła życie 200 tysięcy osób, nazwano „Little boy“. Trudno o większy cynizm w odniesieniu do dziecięcej niewinności. Ojciec ładunku to Robert Oppenheimer – wybitny fizyk, który zgadza się na bycie szefem zespołu utytułowanych naukowców. Schlebia mu przewodzenie tajnej misji. Spełnia pokładane w sobie nadzieje – ostatecznie zamienia ciąg równań w reakcję termojądrową. Ten człowiek nie był wcieleniem diabła, był 38 latkiem, który podjął wyzwanie zawodowe. Wątpliwości moralne schował do kieszeni, nie powstrzymały jego pracy, napędzany ambicją stworzył potwora.

Hiszpańska autorka pisze tak, że czytający niemal czuje smród spalonego ludzkiego ciała, przed oczami stają monstrualnie spuchnięte ofiary choroby popromiennej. Pisarka przypomina o ludziach sprowadzonych do fizjologii, upokorzonych, kiedy to wilgoć własnego moczu jest sygnałem powrotu do zdrowia. Pisze o tym, że dzisiaj jest 20 tysięcy bomb straszliwszych od tej zrzuconej na Hiroszimę. Jeszcze groźniejsze są te tykające w głowach ludzi, których życiem kieruje żądza władzy.

Perezagua przeprowadza nas przez bolesne rozdziały historii. Jej opowieść jest jak odzyskiwanie pamięci. Nie podaje środków znieczulających, przeciwnie -kumuluje ludzkie nieszczęście tak, aby je poczuć i nie zapomnieć. Przypomina m.in. japońskie obozy koncentracyjne dorównujące okrucieństwem tym nazistowskim. Zaznacza, że ich nieobecność w zbiorowej pamięci boli podwójnie, jak pisze: „ofiary japońskiego barbarzyństwa pozostawiono na pastwę najpotworniejszego bólu, jaki może zadać czas pokoju: bólu zapomnienia“. Pisarka uzupełnia wyrwy w pamięci. Słowami uruchamia obrazy, których nie sposób wymazać. Wśród przykładów ludzkiego okrucieństwa znajdziemy też wojenny „statek śmierci“. Przywołując raporty dziennikarza i pisarza George’a Wellesa Hiszpanka podsuwa pod nos opis piekła amerykańskich jeńców zapakowanych jak towar do ładowni i pozbawionych dopływu powietrza. „Jedynie puls odróżniał omdlałego od trupa, ponieważ było tak straszliwie gorąco, że przez bardzo długi czas zwłoki nie stygły“. Narratorka nie waży ciężaru zbrodni, ten jest nie do uniesienia. Ofiary i kaci są po jednej i drugiej stronie.

„Yoro“ rozgrywa się w ciągu 55 lat, które pokazują, że człowiek nie wyciąga lekcji z historii. Z Japonii czasu wojny przechodzimy do współczesnej Afryki. Perezagua wprowadza czytelnika w kolejne zakamarki piekła. Docieramy na śmietnik świata, na którym międzynarodowe korporacje bez litości eksploatują ziemię i ludzi. Można odnieść wrażenie, że rozwój ludzkości polega na pomysłowości w zadawaniu bólu i odzieraniu z godności. Hiszpańska pisarka pokazuje cynizm rządzących, a także codzienną hipokryzję wielu z nas. Śmierdzącą bezdomność konfrontuje z bogactwem „pozwalającym na kupno perfum zdolnych zakamuflować bezduszność“.

Poszukiwanie Yoro – małej japońskiej dziewczynki oddanej czasowo pod opiekę amerykańskiego oficera – staje się także poszukiwaniem sensu życia. Życia, które z jednej strony stara się za wszelką ceną przedłużyć, z drugiej -sprowadza się je do śmierci białka, zwykłej proteiny. To podróż po rzeczywistości pozbawionej logiki.

 Istotne w tej historii jest ciało. Nie jest jedynie opakowaniem. To poprzez cielesność zapośredniczone są emocje. Jest okaleczone, ale jeszcze dotkliwsze okazują się blizny wewnętrzne powstałe na skutek odrzucenia. H rodzi się jako osoba z zaburzeniem różnicowania płciowego. Dziewczynka wychowywana jak chłopiec. Z obcym sobie ciałem. Pisze o niemożności zrzucenia ubrań, w które wcisnęli ją inni. Przejmujący opis niedookreśloności. Bycia pomiędzy etykietkami. Inność nie oznacza wyjątkowości, a odrzucenie. Perezagua pokazuje hermafrodytyzm w taki sposób, kiedy to kwestionowanie płci, staje się kwestionowaniem wartości człowieka.

Przejmujący jest również wątek macierzyństwa. Imperatyw przekazania życia, które H nazywa najpotężniejszym ładunkiem wybuchowym. Uwagę zwraca powszechne strywializowanie narodzin i obojętność wobec śmierci. H opowiada:

„Gdybym przez całe życie znajdowała się w absolutnej izolacji i którego dnia ktoś powiedziałby mi, że z mojego ciała wyłoni się inne ciało, za bardziej prawdopodobne uznałabym, że mogę zamienić się w robaka. Ludzie pukają się w czoło, kiedy słyszą o magii, ale zracjonalizowali ciążę do tego stopnia, że zmienili ją w banał“. Marzenie o macierzyństwie staje się opowieścią o braku, który paradoksalnie potrafi wypełnić całe życie.

„Yoro“ zaskakuje wielowątkowością. Traumatyczne życiorysy, które śledzi czytelnik są materiałem na wieloletnią terapię. Uniwersalny jest wątek wpasowywania się w ramy wyznaczane przez innych. W tej części książki odnajdą się wszyscy żyjący pod presją cudzych oczekiwań, które niemal fizycznie deformują ich ciała, Siłowe dopasowanie się do określonego formatu wielu stawia na granicy szaleństwa, kiedy to cudze wyobrażenia okazują się ciężarem nie do udźwignięcia.

„Yoro“ to także opowieść o mocy słowa, sile świadectwa, które pozwala ocalić nadzieję. Czasem to jedyna rzecz, jaką można zrobić. Autorka zdaje się przestrzegać przed biernością. Pisze o „genetyce apatii,“ niebezpieczeństwie rezygnacji, która „osłabia nogi i wolę, pozbawia napięcia słowa“.

H w swojej izolacji czyta, poprzez książki przebywa w towarzystwie nieżyjących autorów, ale to właśnie oni dają jej siłę. Emocje unicestwiają niszczące działanie czasu. Zapisane nadal żyją.

Książka Hiszpanki jest jak ostrzeżenie przed ślepotą zobojętnienia, intelektualnym lenistwem. Perezagua pisze „im bardziej skomplikowane są myśli, tym więcej tlenu zużywa mózg. Myślenie męczy“. Tyle tylko, że nie stać nas na luksus niemyślenia. Człowiek, któremu przez lata odmawiano prawa głosu, jest bliski eksplozji. Ładunki bezsilności i upokorzenia rozsiane są po całym świecie. Czuć strach przed detonacją.

książki

TRZECIA OSOBA Małgorzaty Hayles to książka, na której po raz pierwszy miałam przyjemność zaistnieć z nową – podwójną tożsamością.  Ze zdwojoną mocą, jako Wawrzkowicz-Nasternak polecam.

                   Ten tekst to dowód na siłę wyobraźni. Bohater przejmuje władzę nad autorem, pisarz odkrywa to, co chciał zakryć, a czytelnik zaczyna traktować fikcyjną postać jak bliską sobie osobę. Finalnie – w obcej historii widzi samego siebie. Na tym polega siła dobrej literatury.

To książka, dzięki której zabrałam się za remanent mojej „podręcznej pamięci“. Tak Małgorzata Hayles nazywa magazyn, w którym przechowujemy utarte wyobrażenia o nas samych. Gotowe odpowiedzi na pytania, nad którymi już dawno przestaliśmy się zastanawiać. „Trzecia osoba” opowiada o niemożności wpasowania się w czyjś scenariusz przy jednoczesnej potrzebie współgrania. Na plan pierwszy wysuwa się rozczarowanie życiem, które wielu sprowadza do roli nieistotnego tła. Wstydliwa tęsknota za odegraniem głównej roli i potrzeba znalezienia świadka, który zauważy nasze istnienie i nada mu sens.

Jesteśmy zlepkiem emocji, które zostawiają w nas inni – i właśnie o tym pisze Małgorzata Hayles. Czasami trudno rozpoznać, co faktycznie jest nasze, a co zostało przyswojone na siłę. I tkwi w środku – obce i zapożyczone.W życiu nie można liczyć na literacką spójność. Jesteśmy poskładani z różnych rozdziałów, epizodów wyrwanych z kontekstu. Niepasujących do siebie emocji. Spokojna powieść obyczajowa potrafi zamienić się w thriller niepozbawiony elementów tragikomedii. Starannie rozpisany życiowy scenariusz wyrywa się spod kontroli. Lubię sposób, w jaki prowadzi czytelnika Małgorzata Hayles. Czytam odległą od siebie historię, a bardzo wyraźnie rejestruję własne rozedrganie. Moment, kiedy spotykają się emocje. Zawstydzająca chwila, kiedy w skrawkach opowieści odnajdujesz siebie, połączona z ulgą, że inni też tak mają.