filmy

Po „Czerwonym żółwiu” należy się dużo przytulać. To była moja pierwsza myśl po wyjściu z seansu. Ten film obudził we mnie sporo smutku, który dobrze się koi w bezpiecznych ramionach. Po prostu – to, co piękne nie zawsze musi być wesołe. Miłość  (w  parze, czy w relacji rodzic-dziecko) to jedna z ważniejszych rzeczy, jaka może się przydarzyć. Jednocześnie razem z nią rodzi się strach. O jej trwałość, wzajemność czy wytrzymałość na zmienność losu. Świadomość ograniczonego wpływu na to, jakie scenariusze przygotowało dla nas życie budzi bezsilność. Ta może przerodzić się w powolną rezygnację lub w bardziej konstruktywną złość. Uczucie, które potrafi podnieść do działania. Zmotywować do podjęcia kolejnej próby.

Tej animowanej opowieści trzeba się poddać. Nie istnieją w niej słowa. Niesie nas muzyka i obrazy. Ci, którzy przyzwyczaili się w kinie do dużej ilości bodźców i szybkich zmian akcji, będą potrzebować trochę czasu na wyciszenie. Sama zarejestrowałam w sobie moment rozdrażnienia powolnością opowieści, co dało mi jasny sygnał, że  na co dzień za bardzo pędzę. Bez takiego wewnętrznego wyhamowania trudno będzie przeżyć ten film. A zdecydowanie warto to zrobić.

Idę o zakład, że każdy zobaczy w tej produkcji coś innego, w zależności od tego, co akurat zaprząta jego wnętrze. Kiedy przestałam popędzać w głowie obrazy, moje myśli powędrowały na  Wyspę Samotności. Podczas tej podróży czułam ból utraty i po raz kolejny zrozumiałam, że bliskość zawiera w sobie ryzyko oddalenia. Zdjęcie emocjonalnej skorupy to wystawienie się na cios, ale jednocześnie jedyna szansa na to, aby czuć.

„Czerwony żółw” w reż. Michaela Dudoka de Wita w kinach od 23 czerwca

Dziękuję Gutek Film ( w osobie Małgorzaty Kostro-Olechowskiej) za przedpremierowy pokaz.

(zakochałam się w animowanych krabach z tej produkcji, mam wrażenie, że idealnie rozbrajały momenty największego natężenia emocji)