Bez kategorii, blog, filmy, książki, Ludzie, rozmowy, zdjęcia

Rozmowa z Tomaszem Gąssowskim – kompozytorem muzyki do filmu „Imagine”.

Kiedy myślę o filmie „Imagine”, w uszach słyszę muzykę, która towarzyszyła tej produkcji. Była podwójnie ważna ze względu na temat tej opowieści. Świat niewidomych w Lizbonie tworzyły dźwięki, to one uruchamiały w wyobraźni obrazy Opowiadały o świecie, którego nie widać, ale który jak najbardziej istnieje. Lubię fragment rozmowy filmowej Evy i Iana,  kiedy ta niemal wpada pod samochód.

  • Nie słyszałaś, że kończy się chodnik?
  •  Jak można słyszeć, że kończy się chodnik?! 
  • To jest coś pomiędzy szumem podeszwy a krążeniem opon na ulicy. 

Muzykę, która prowadzi bohaterów tej opowieści, stworzył Tomasz Gąssowski – kompozytor, reżyser, producent. Otrzymał za nią m.in. nagrodę „MocArta” radia RMF Classic. Ścieżkę dźwiękową do tego filmu uznano za najlepszą muzykę filmową 2013 roku. Nie mogłam sobie odmówić przyjemności spotkania z  nim. Tym razem Lizbona stała się pretekstem do rozmowy o uważności i nagrodach, jakie życie daje nam za odwagę. 

Muzyka z „Imagineidealnie pasuje do Lizbony, chociaż stworzyłeś ją, nigdy nie będąc w tym mieście. Co istotne, całkowicie zrezygnowałeś z fado. Dlaczego? 

Tomasz Gąssowski:Kiedy Andrzej Jakimowski opowiadał mi o tym, co zawarł w scenariuszu, w mojej głowie pojawiły się skojarzenia z Buena Vista Social Club. Zamiast portugalskiej melancholii, o której tyle się mówi, zacząłem szukać kubańskich brzmień. Lizbona to oczywiście fado, ale ja chciałem go uniknąć. Powiem teraz coś, co może niektórych zbulwersować: ja po prostu nie lubię tego gatunku.

Z mojej strony nie usłyszysz potępienia, stworzyłeś soundtrack, który podczas słuchania daje człowiekowi słońce. Znalazłeś też swój sposób na pokazanie trudnych emocji, które buzowały w bohaterach. 

Udało mi się nagrać wybitnego perkusjonistę Davida Kuckhermanna, którego wielu kojarzy z występów z zespołem Dead Can Dance. David zagrał na jednym z najmłodszych instrumentów na świecie, który ma w sobie coś magicznego, myślę o hang drumie.To jest takie metalowe ufo, które przy uderzeniu palcami wydobywa z siebie bardzo pięknydźwięk. Przypomina trochę czelestę. Poza tym w jego berlińskim studio nagraliśmy jeszcze sporo ciekawych instrumentów m.in. głębokie, zmysłowe udu czyli afrykański dzban.

Bardzo często wracam do płyty z muzyką do „Imagine” i za każdym razem mam wrażenie, że instrumenty na niej nie tyle grają, ile ze sobą rozmawiają, krążąc po wąskich uliczkach. Wykorzystałeś m.in. baby piano. Pokazujesz, jaką moc mogą mieć niepozorne, małe instrumenty. Udowadniasz, że nie potrzeba orkiestry filharmonicznej, żeby zachwycić słuchacza. To też współgra z przesłaniem filmu Andrzeja JakimowskiegoUroda życia w dużej mierze polega na drobiazgach i uważności, która pozwala je docenić. 

Bardzo lubię takie kameralne instrumenciki, które tworzą prywatny klimat. Istotna była również vioara. Ten instrument, przedziwne skrzyżowanie skrzypiec i trąbki,  brzmi bardzo zmysłowo, trochę tak, jakbyś słuchała skrzypiec przez stary patefon. Temat grany na tym instrumencie pojawił się w końcówce, w najbardziej emocjonalnym momencie filmu.

Przyznam Ci się, że spersonifikowałam sobie puzon i fagot. Kiedy włączały się do muzycznej rozmowy, dosłownie widziałam starszych mieszkańców Alfamy, przesiadujących godzinami na ławeczkach i komentujących codzienne sprawy.

Te instrumenty idealniepasowały do grających w warcaby starych ramoli. Dzień w dzień siedzą w tym samym miejscu, a zachowują się tak, jakby wszystko wiedzieli. Nic nie jest w stanie ich zaskoczyć, bezpiecznie czują się w monotonii codzienności. W filmie zdecydowanie zaprzeczają istnieniu statkuw okolicy portu, mówią to z przekonaniem, choć nigdy w życiu nie wykroczyli poza fragment najbliższej okolicy. Znamy takich ludzi nie tylko z filmów. Potrafią wypowiadać się autorytatywnie na tematy, o których nie mają pojęcia.

Imagine” uświadomił mi, jak bardzo ważni są ludzie, którzy uruchamiają w nas odwagę. Czasem ktoś pojawia się w naszym życiu na chwilę, żeby mentalnie dmuchnąć w plecy, zgasić lęk i uruchomić ciekawość. Ta opowieść, zarówno w warstwie obrazkowej, jak i dźwiękowej, ma w sobie dużo czułości. Który z intstrumentów według ciebie ma największe zasługi w tej dziedzinie? 

Klasyczna gitara flamenco. Wprowadza dużo emocji. To jest to „dmuchnięcie w plecy”, o którym mówisz. Granie w wirtuozerski sposób na tym instrumencie wymaga precyzji, wrażliwości i delikatności. Jednocześnie muzyka, która rodzi się z tej gry, ma w sobie ogromną siłę. Prowadzi głównego bohatera, podkreśla istotę tego, co się dzieje. Na pewno nie jest plumkającą przeszkadzajką, a jasnym sygnałem, że w mikroświecie naszych bohaterówdzieją się naprawdę ważne sprawy. 

W muzyce do filmu słychać instrumenty, ale też całą masę innych dźwięków. Szeleści lizbońska ulica, słychać wchodzące w zakręt tramwaje, gadające nad Tagiem mewy. Rozbrzmiewają syreny statków wpływających do portu. To przestrzeń pulsuje życiem.

Instrumenty bardzo fajnie miksują się z naturalnymi dźwiękami. Oczywiście muszą być do nichdopasowane. Na przykładw filmie buty szurające po piachu spełniają funkcję shakera. Można nimi grać. Laska niewidomego uderzająca w kamień, staje się instrumentem perkusyjnym. Jeżeli znajduje się takie dźwięki, to fajnie jest wpleść je w ścieżkę dźwiękową, wtedy nabiera ona głębi. To wszystko buduje magiczny świat. Powstaje większa przestrzeń do tego, aby pobudzić wyobraźnię i mocniej wejść w opowieść.  

Pozwól, że wyjmuję cię teraz z roli kompozytora i posadzę w fotelu widza. Pamiętasz swoje pierwsze wrażenia po zobaczeniu filmu w całości? 

Kiedy tworzy się film, to ciężko, szczególnie pod koniec, złapać do niego dystans. Koncentrujesz sięna mniejszych lub większych błędach, których nie udało się uniknąć  i to przesłania dobre rzeczy. Mam w głowie jakieś kolaudacje, które zawsze były obarczone zastanawianiem się, czy czegoś nie trzeba jeszcze zmienić. Jacek Hamela odpowiedzialny za całość dźwiękuzaprosił mnie do Studia Toya w Łodzi na spotkanie ze swoimistudentami. Chciał porozmawiać z nimi na temat wzorcowej, jego zdaniem, współpracy pomiędzy reżyserem, realizatorem dźwięku i kompozytorem właśnie na przykładzie filmu „Imagine”. Rzeczywiście bardzo mocno dbaliśmy o to, żeby muzyka pomagała a zarazem, żebynie przeszkadzała tym dźwiękom,któreniezależnie od obrazu prowadziływidza. Przygotowując się do tego wykładu, zamierzałem tylko przelecieć film na przyspieszonych obrotach, żeby zaznaczyć sobie miejsca, do których będę się odnosił podczas spotkania ze studentami. Taki był plan, ale…zobaczyłem go od początku do końca, z otwartą buzią. Byłem już wtedy absolwentem reżyserii w Szkole Wajdy i po tym domowym seansie doceniłem w pełni całą pracę Andrzeja. Prowadzenie kamery, cały timing filmu, jego urok. Oglądałem i myślałem: „to jest film!”Dopiero wtedy to do mnie dotarło. Dwa lata po jego premierze. 

O czym według Ciebie opowiada „Imagine?  Kompozytora chyba wypadałoby zapytać: co zagrało w Tobie najmocniej? Pytam o to, bo każdy z nas widzi na ekranie coś innego. Przefiltrowuje opowieść przez własne doświadczenia i wrażliwość. 

Dla mnie to jest film o tym, że warto mieć własne zdanie, pomimo tego, co różni ludzie, często autorytatywnie, opowiadają. To także opowieść o tym, że nie zawsze wszystko udaje się idealnie i kiedy tak się dzieje, trzeba się podnosić i próbować od nowa. To jest troszeczkę tak, jak w „Locie nad kukułczym gniazdem”, kiedy McMurphy stara się wyrwać ze ściany umywalkę w zakładzie psychiatrycznym. To mu się nie udaje, ale mówi ważne zdanie: „ale próbowałem”. W „Imagine” Ian, który chce uczyć niewidomych większej samodzielności, jest bardzo samotny. Przełożeni podważają jego pomysły, ale to go nie zatrzymuje. On próbuje zmienić myślenie, dodać swoim uczniom odwagi, która pozwoli im  wyjść z obowiązujących schematów. I to jest piękne w tym filmie.  Kiedy zostaje wyrzucony z ośrodka, idzie dalej z podniesionym czołem. Chce sam być wolny i pokazywać innym, że to możliwe, nawet wtedy, kiedy sytuacja narzuca na człowieka wiele ograniczeń. 

„Imagineuświadomiło mi, że nic nas nie chroni przed upadkiem, w nowe sytuacje prawie zawsze wchodzimy z lękiem pod rękę. Ważne jest to, żeby nadmierna asekuracja, nie zabiła w nas ciekawości, która każde sprawdzić, co jest za zakrętem. Zastanawiam się, kiedy Ty znalazłeś w sobie odwagę, żeby wyjść z doskonale znanej branży kompozytorskiej i zacząć przygodę z reżyserią? Spotykamy się w momencie, kiedy masz za sobą świetnie przyjęty krótkometrażowy debiut zatytułowany „Baraż. Film, który poprzez prostą historię rozgrywającą się na lokalnym boisku piłkarskim, z dużym wdziękiem opowiada o zwykłej, ludzkiej przyzwoitości.

U mnie odbywało się to bardzo powoli, potrzebowałem czasu, żeby się ośmielić. Bakcylem reżyserii zaraziłem się podczasrealizacji filmu „Zmruż oczy”, kiedy pomagałem Andrzejowi Jakimowskiemu we wszystkim, w czym tylko potrafiłem. Podobnie było przy „Sztuczkach”. Jakiś czas po tym zacząłem pisać scenariusz. Dla tzw. przyjemności, czyli uprawiałem grafomanię, bo takie pisanie do szuflady właśnie tak wygląda. Potem następuje bolesna weryfikacja, kiedy pokazuje się te rzeczy ludziom, którzy się na tym znają. 

A czy Andrzej Jakimowski wiedział o tymchowanym do szuflady scenariuszu?

Wiedział. To było trudne, bo mi szczerze powiedział, że mu się nie podoba. Teraz kiedy nabrałem większego doświadczenia, wiem, że miał rację. Na szczęście parę lat później,  kiedy pokazałem mu scenariusz „Barażu”, to mimo, że  miał kilka uwag, zgodził się być opiekunem artystycznym mojego debiutu. To było istotne i wspierające, bo miałem takie poczucie, że mogę dużo stracić, biorąc się za reżyserię, zwyczajnie się skompromitować. Obawiałem się informacji od świata: „wracaj chłopie tam, gdzie byłeś i lepiej pisz tę swoją muzykę, a nie bierz się za coś, co nie jest dla ciebie”. To, że zdecydowałem się na to wyzwanie, w dużej mierze zawdzięczam Jackowi Borusińskiemu i Oliwerowi Kozłowskiemu, którzy stworzyli na ekranie postaci ojca i syna. Zaprosiłem ich do realizacji sceny próbnej w Szkole Wajdy. Kiedy zobaczyłem na ekranie efekt, to, jaką relację budują między sobą, zdecydowałem: wchodzę w to. Miałem dużo do stracenia, ale pomyślałem sobie: „Cholera, jeśli ja tego nie zrobię, to ich nie będzie. Zostaną tylko w scenie próbnej. A ta nigdy nie będzie filmem, który ma szansę dotrzeć do widzów”. 

Trzeba dać losowi szansę

Tak. To pragnienie, żeby ich jakoś zdeponować w świecie filmu na zawsze, było przeważające. Przy okazji ze mną w tle, bo jesteśmy już złączeni tą produkcją na zawsze. „Baraż”był pokazywany w kinach, przyjechał się już na ponad 30 festiwali, otrzymał sporo ważnych nagród. Dostałem od świata bardzo dużo pozytywnej energii w związku z tym filmem.

Kiedy skończyłam oglądać „Baraż, pomyślałam sobie, że czuć waszą wspólną wrażliwość z Andrzejem Jakimowskim. Opowiadacie o bardzo ważnych sprawach z dużą czułością i poczuciem humoru. Zaskoczyłeś mnie Jackiem Borusińskim w głównej roli. Podejrzewam, że znaliście się wcześniej, skoro wiedziałeś, że ma w sobie potencjał dramatyczny. Cała Polska zna go raczej z komediowej strony. Myślę m.in. o reklamach z udziałem kabaretu Mumio, w których grał pierwsze skrzypce. 

Dobra intuicja, faktycznie znaliśmy się wcześnie. To było moje wielkie marzenie, żeby zrobić film z Jackiem. On ma w sobie coś takiego, że chce się na niego patrzeć. Kiedy milczy, wiadomo, że coś ważnego dzieje się w jego wnętrzu.I to jest bardzo wdzięczne dla filmu, bo można bardzo dużo opowiedzieć bez słów. Nie chcę tutaj używać porównań z grubej rury, ale trochę przypomina mi Alla Pacino ze „Stracha na wróble”. Jego jedno spojrzenie powoduje, że chce się poznać historię głównego bohatera. 

Zaproszenie Borusińskiego do „Barażuwymagało od Ciebie odwagi. Widzowie są przyzwyczajeni do aktora, który dla roli potrafi być wręcz karykaturalny. Jeden grymas twarzy tego człowieka powodował, że śmiała się cała Polska. 

Ja też czasem korzystałem z tych jego umiejętności. Jeśli próbujesz zrobić film o tym, że warto  być przyzwoitym, to nie możesz tworzyć go całkowicie na poważnie, bo byłby nie do zniesienia. Komizm Jacka był tutaj nieoceniony. Dzięki niemu temat filmu: przyzwoitość, jest trochę jak pastylka podana psu w kiełbasie. Chodzi mi o sposób, w jaki przemycamy lekarstwa zwierzętom. Pies zjada kiełbasę i nawet nie wie, że połknął tabletkę.

I jeszcze jest zadowolony! 

Dokładnie tak to działa. Po pokazach filmowych podchodzili do mnie ludzie i mówili: jak to dobrze, że o ważnych sprawach, opowiedział pan w lekki sposób. 

A jak wygląda komponowanie dla samego siebie? To jest chyba komfortowa sytuacja, kiedy kompozytor jest jednocześnie reżyserem, z nikim nie musisz przedyskutowywać swoich pomysłów, chodzić na kompromisy. 

Przeciwnie, dla siebie tworzy się najgorzej!Masz taką dowolność, że możesz zrobić praktycznie wszystko, co wcale nie pomaga. Jeszcze o godzinie dziewiątej rano w dniu zgrania dźwięku, przemiksowywałem coś, co mi nie pasowało. 

A ja sobie naiwnie myślałam: ale ma fajnie, nie dość, że reżyseruje film, to sobie jeszcze sam muzykę do niego  stworzy. Dwa w jednym.

Jak robisz muzykę dla kogoś, to ten ktoś daje ci jakieś ograniczenia, mówi, co mu się podoba, jakiego klimatu oczekuje.  Dostajesz konkretne wskazówki, a jak robisz dla siebie…

Wolność staje się ograniczeniem?

Non stop przed zaśnięciem prowadzisz w głowie rozmowy reżysera z kompozytorem. Czy zostawić pierwszą wersję, która wpadła ci do głowy, czy przeciwnie, zrobić coś na kontrze. Następnego dnia wieczorem zastanawiasz się, czy to, co postanowiłeś wczoraj, na pewno jest dobrą decyzją, czy muzyka wystarczająco chwyta za serce. I tak sobie można dyskutować w nieskończoność. Jako kompozytor przy „Barażu”miałem za dużo dowolności. 

Złapałam się teraz na myśli, że cały czas rozmawiamy o odwadze wypowiadania swojego zdania. To ona otwiera nowe drzwi, ale też pozwala zabierać w tę podróż innych. Ian z filmu Andrzeja Jakimowskiego mentalnie otwiera oczy niewidomym, dzięki niemu wychodzą z zamkniętego ośrodka i oswajają Lizbonę na swój sposób. Ty opuściłeś znany kompozytorski świat, żeby dać widzowi ciekawą opowieść o przyzwoitości. Powiedz mi na koniec, czy Ty się wybierasz do Lizbony? Wypadałoby dotrzeć do miejsca, które tak pięknie dźwiękowo skonstruowałeś w „Imaginie.

Pewnie kiedyś dotrę. Chociaż kiedy tworzyłem muzykę do tego filmu, miałem trudny czas w swoim życiu.Bardzo się bałem, że nie zdążę napisać tej muzyki i że nie będzie ona tak dobra, jakbym chciał. Wszyscy moi przyjaciele byli wtedy w Lizbonie, ja siedziałem i tworzyłem. Zdarzył się taki wieczór, kiedy po pracy poszedłem sam do kina na „Melancholię”Larsa von Triera… 

Chyba, żeby się dobić…

I przeżyłem koniec świata. Wyszedłem z kina i naprawdę poczułem, że jestem sam na świecie. Kiedy myślę o Lizbonie, wraca do mnie melancholia, w jaką wpadłem, pisząc muzykę do „Imagine”. Trochę mnie tam ciągnie, a jednocześnie wspomnienie tego, co wtedy działo się w moim życiu, wywołuje jakiś delikatny ból. Nie wiem, jak to się skończy, może nie powinienem tam jechać, może to nie jest miejsce dla mnie? Nie wiem.

Często powtarzam, że „każdy ma swoją Lizbonę”, gdzie w takim razie jest Twoja?

Dobrze czuję się nad polskim morzem, tym samym nie muszę daleko jeździć po swój spokój. 

Tomasz Gąssowski fot. archiwum prywatne kompozytora

Bez kategorii, filmy

Wręczono Kryształowe Żagle – nagrody Giżyckiego Festiwalu Filmowego prezentującego najciekawsze etiudy i debiuty reżyserskie. Doceniono pierwszy pełnometrażowy film Aleksandra Pietrzaka pt. Juliusz”, a Honorowy Kryształowy Żagiel trafił w ręce Zygmunta Malanowicza. 80-letni dziś aktor w 1961 roku zadebiutował w filmie „Nóż w wodzie” Romana Polańskiego. Wówczas nie mógł przypuszczać, że zrealizowana na Mazurach produkcja, zostanie nominowana do Oscara.

Zygmunt Malanowicz w Kinie Nowa Fala w 2018 roku i 57 lat wcześniej na łodzi podczas realizacji filmu „Nóż w wodzie” Romana Polańskiego. Reżyser uparł się, żeby przefarbować go na blondyna. fot. T.Nasternak

Fotosy z „Noża w wodzie” na co dzień można podziwiać w giżyckim kinie Nowa Fala. To ono przez dwa dni od 5 do 6 października stało się centrum filmowego świata debiutantów. Widzowie mieli okazję zobaczyć najciekawsze etiudy z Warszawskiej Szkoły Filmowej, a także najlepsze trzydziestominutowe debiuty ze Studia Munka, wśród nich m.in. nagrodzone na festiwalu w Cannes „Najpiękniejsze fajerwerki ever” w reż. Aleksandry Terpińskiej i „60 kilo niczego” Piotra Domalewskiego, niekwestionowanego zwycięzcy ubiegłorocznego festiwalu w Gdyni.

Pierwszy w historii Kryształowy Żagiel trafił do Aleksandra Pietrzaka, reżysera brawurowej komedii Juliusz” Aleksandra Pietrzaka. Widzowie zobaczyli też jego szkolną etiudę „Mocna kawa wcale nie jest taka zła”. Nagroda Giżyckiego Festiwalu Filmowego to wyróżnienie, które docenia tych, którzy znaleźli się na dobrej filmowej fali. 

Nasz Kryształowy Żagiel ma dodać debiutantom energii, tak by poczuli wiatr w żaglach – mówił Paweł Adamski, prezes Outdoor Cinema, organizator festiwalu. Potrzeba dużej odwagi, aby zadebiutować, dlatego taki pierwszy krok należy nagrodzić. Życzymy wszystkim, którzy będą pojawiać się na Giżyckim Festiwalu Filmowym, aby ich pierwsze filmy, tak jak Nóż w wodzie,” po latach mogły być określone mianem kultowych – podsumował.

Mazurska publiczność jako jedna z pierwszych w Polsce mogła zobaczyć międzynarodową animację „Jeszcze dzień życia” na podstawie prozy Ryszarda Kapuścińskiego. Film przyjechał do Giżycka prosto z festiwalu w San Sebastian, gdzie otrzymał nagrodę publiczności.

Reżyser Tomasz Śliwiński podczas festiwalowego rejsu po jeziorze Niegocin. fot. Tomasz Nasternak

Wyjątkowym projekcjom towarzyszyły pasjonujące rozmowy o kinie. Z widzami spotkał się Tomasz Śliwiński – reżyser nominowanego do Oscara osobistego dokumentu Nasza klątwa”. Absolwent Warszawskiej Szkoły Filmowej zdradził, że właśnie przygotowuje się do kolejnego debiutu, tym razem w roli reżysera filmu fabularnego. Najprawdopodobniej w przyszłym roku na ekranie pojawi się jego „Ondyna”.

Zygmunt Malanowicz  fot. T. Nasternak

Laureat Honorowego Kryształowego Żagla Zygmunt Malanowicz odbył sentymentalny rejs statkiem Bełdany po mazurskich jeziorach, odwiedzając plenery, które pamiętał sprzed 57 lat.

Kulminacją festiwalowych emocji było spotkanie z publicznością w kinie Nowa Fala. Aktor z ponad 50-letnim doświadczeniem w zawodzie wspominał swoje początki w świecie filmu. Dzięki jego opowieści publiczność mogła wrócić do 1961 roku, kiedy to na planie w Giżycku spotkali się dwaj debiutanci – reżyser Polański i aktor Malanowicz. W obsadzie kultowego dziś „Noża w wodzie” zagrali jeszcze doskonale znany publiczności Leon Niemczyk, a także Jolanta Umecka – amatorka, którą na basenie wypatrzył i zaprosił do filmu Roman Polański. Jak zdradził Zygmunt Malanowicz, w mazurskich jeziorach spoczywa do dziś kamera Arriflex, którą z wysokości masztu wypuścił z rąk operator Jerzy Lipman. Po latach trudno uwierzyć, w jak spartańskich warunkach kręcony był ten film. Nikt nie śnił jeszcze o latających dronach czy szeregu udogodnień technicznych, a przeważająca część akcji toczyła się na wodzie. Na czym polegała recepta na sukces twórców z lat 60.?

– Mieliśmy dwie najważniejsze rzeczy w świecie filmu: wyobraźnię i wrażliwość. To te dwa elementy w patrzeniu na świat są najważniejsze – mówił laureat Honorowego Kryształowego Żagla Zygmunt Malanowicz. Dziękując za nagrodę, aktor docenił nową inicjatywę na filmowej mapie Polski, jaką jest Giżycki Festiwal Filmowy. Bardzo dziękuję organizatorom, którzy w przygotowanie tej imprezy włożyli tyle pracy, a przede wszystkim pasji. Kino jest czymś, co jest poza jakimkolwiek programem, poza jakimkolwiek zamknięciem. Kino to wolność naszych myśli, serc, uczuć i marzeńpodsumował pierwszy laureat Honorowego Kryształowego Żagla.

 Giżycka publiczność nagrodziła go długimi oklaskami. Po spotkaniu z aktorem odbyła się projekcja etiudy „Dwaj ludzie z szafą” Romana Polańskiego, a także pokaz zrekonstruowanego cyfrowo „Noża w wodzie”.

Debiut Giżyckiego Festiwalu Filmowego za nami, zaczynają się przygotowania do drugiej edycji. Za rok oprócz projekcji i rozmów o filmach mają pojawić się m.in. tygodniowe warsztaty dla kinowych twórców. Debiutanci będą mogli stawiać swoje pierwsze kroki u boku doświadczonych aktorów, reżyserów i operatorów. A wszystko to w najpiękniejszych plenerach w Polsce, czyli w Giżycku na Mazurach!

Ekipa Giżyckiego Festiwalu Filmowego, debiut za nami, teraz cała naprzód ku nowej przygodzie!

Do zobaczenia za rok!

 

Bez kategorii, filmy

Wyjątkowo często odwiedzam w tym roku Mazury, zawsze z radością.  Nad jezioro Niegocin wracam już w ten weekend. W najbliższy piątek  5 października wystartuje tam pierwszy Giżycki Festiwal Filmowy. Na ekranie Kina Nowa Fala debiuty i etiudy uznanych reżyserów, a także tych, którzy dopiero zaczynają swoją filmową przygodę. W repertuarze m.in. nominowany do Oscara pełnometrażowy debiut Romana Polańskiego Nóż w wodzie”. Ten film będzie można zobaczyć w towarzystwie legendy polskiego kina – Zygmunta Malanowicza. Z dziką przyjemnością porozmawiam z aktorem w sobotę o godz. 20:30. 

GFF

 Kraina Wielkich Jezior Mazurskich przez dwa dni od 5-6 października będzie zachwycać nie tylko pięknym krajobrazem. Nieprzypadkowo to Giżycko stało się stolicą nowej inicjatywy na filmowej mapie Polski. To tutaj powstał kultowy „Nóż w wodzie” Romana Polańskiego, a w pobliskich Wilkasach Krzysztof Kieślowski zdobył uprawnienia żeglarskie. Aby móc wypłynąć na szerokie filmowe wody, trzeba uruchomić odwagę i zadebiutować. Kino Nowa Fala stanie się miejscem oglądania najciekawszych etiud i debiutów filmowych, a także przestrzenią dla interesujących rozmów o kinie.

Gośćmi pierwszej edycji Giżyckiego Festiwalu Filmowego będą:

Tomasz Śliwiński – reżyser i operator nominowanego do Oscara osobistego dokumentu „Nasza klątwa”;

Aleksander Pietrzak – reżyser najgłośniejszego debiutu tego roku, filmu „Juliusz” z Wojciechem Mecwaldowskim w roli głównej;

Zygmunt Malanowicz – odtwórca jednej z głównych ról w filmie „Nóż w wodzie”. Przy okazji tej produkcji uruchomimy filmowy wehikuł czasu i zobaczymy, jak w 1961 roku wyglądało spotkanie 28-letniego reżysera Polańskiego z 23-letnim aktorem Zygmuntem Malanowiczem.

W pierwszy weekend października Kryształowe Żagle – nagrody festiwalu trafią do najciekawszych twórców, których filmy zaprezentujemy w Giżycku. To wyróżnienie z pewnością pozwoli poczuć wiatr w żaglach i znaleźć się na dobrej, filmowej fali.

Partnerem pierwszej edycji festiwalu jest Warszawska Szkoła Filmowa, dzięki temu będzie można zobaczyć najlepsze etiudy, jakie powstały w tej uczelni. Równie ciekawie zapowiada się przegląd zatytułowany: „Najlepsze polskie 30’” ze Studia Munka. Widzowie zobaczą m.in. nagrodzone w Cannes „Najpiękniejsze fajerwerki ever” w reżyserii Aleksandry Terpińskiej, a także „60 kilo niczego” Piotra Domalewskiego, reżysera, który był niekwestionowanym zwycięzcą ubiegłorocznego festiwalu filmowego w Gdyni. W Giżycku będzie można także zobaczyć, jakie filmy na początku swojej drogi tworzyła Dorota Kobiela, autorka jednej z najgłośniejszych animacji ostatnich lat, filmu Twój Vincent”. Na Mazurach pokażemy jej fabularną etiudę „Serce na dłoni”.

W programie festiwalu znalazły się zarówno filmy dokumentalne, fabuły, jak i animacje. W tej ostatniej kategorii na szczególną uwagę zasługuje „Jeszcze dzień życia” – spektakularny debiut na podstawie reportażu Ryszarda Kapuścińskiego. Za tę produkcję odpowiada międzynarodowy duet – Damian Nenow i Raul de la Fuente. 

Zapraszam na spotkanie z Zygmuntem Malanowiczem, a także na rozmowy prowadzone przez Ajkę Tarasow i Magdalenę Felis. Za zaproszenie do udziału w festiwalu dziękuję Pawłowi Adamskiemu i Adrianowi Jagielińskiemu z Outdoor Cinema.

Kino to połączona energia twórców i widzów, mam nadzieję, że Was nie zabraknie. Zacumujcie na Mazurach i zanurzcie się w filmowych opowieściach. Do zobaczenia!

Swój udział już dziś możecie zameldować na facebooku:

https://www.facebook.com/events/400631530468278/

 

 

 

blog, filmy, Ludzie

Trwa festiwal Visa Kino Letnie, codzienne projekcje do końca sierpnia na Kulturalnym Placu Niepodległości w Zakopanem i Sopocie. Dodatkowo, w wakacyjne środy i czwartki festiwal cumuje na Mazurach.  Seanse pod gwiazdami w Ekomarinie w Giżycku. Oprócz filmów spotkania z ludźmi kina.

Widzimy się 3 sierpnia w Sopocie.

W festiwalowej kawiarni „Koło Molo” pojawią się aktorzy „Ataku paniki”:

BARTŁOMIEJ KOTSCHEDOFF i ARTUR ŻMIJEWSKI 

o godz. 16 porozmawiamy o scenariuszach tworzonych do filmów i tych pisanych przez życie.

Spotkanie ma charakter otwarty, wystarczy przyjść i przysiąść się do rozmowy. Mile widziane – dobry humor i ciekawość, którą będzie słychać w zadawanych pytaniach. Do zobaczenia!

 

Artur Żmijewski – czyli filmowy Andrzej, w „Ataku paniki” zdecydowanie zrywa z wizerunkiem dobrotliwego ojca Mateusza 😉

 

Bartłomiej Kotschedoff – odtwórca roli Miłosza, który traci kontakt z analogową rzeczywistością. Bartek w Sopocie w podwójnej roli aktora i współscenarzysty „Ataku paniki”.

 

filmy, Ludzie

Kocham kino za to, że przez godzinę, dwie, można pobyć w innej rzeczywistości. Często bywa tak, że oglądam odległą od siebie historię, a jednak odnajduję w niej fragmenty swojej wrażliwości. To właśnie na wspólnocie doświadczeń można budować. Siła kina to przecież połączenie dwóch energii – twórców i widzów. Lubię ten moment, kiedy konkretne produkcje się w nas „zadomawiają”, siedzą w człowieku i stają się pretekstem do poukładania emocji. A te najlepiej porządkuje się podczas rozmowy. Zapraszam na festiwalowe relacje na facebookowy profil Rozmawiam, bo lubię i do oglądania filmów przez 62 dni najdłuższego wakacyjnego festiwalu filmowego w Polsce. Visa Kino Letnie zaprasza do Zakopanego, Sopotu i Giżycka. Szczegółowy repertuar znajdziecie na www.Kino.Visa.pl Co istotne, to projekt dostępny dla wszystkich, nie ograniczy Was budżet, ponieważ wszystkie seanse są bezpłatne.

W Zakopanem w Rezydencji Gubałówka przywitały mnie piękne czarne kierpce, pakuję je do walizki i jadą ze mną dalej, przeniosę na stopach góralską serdeczność na Mazury. 4 lipca uroczyście otwieramy festiwal w Giżycku, który cumuje w Ekomarinie we wszystkie wakacyjne środy i czwartki. Tutaj wyjątkowa możliwość oglądania filmów bezpośrednio z zacumowanych jachtów. Dla żeglarzy przygotowano specjalną częstotliwość radiową – 90,1 MHz, dzięki której dźwięk będzie niósł się po wodzie. Dzień później przenosimy się na najdłuższe drewniane molo w Europie, gdzie 5 lipca odbędzie się Oficjalna Gala wręczenia nagrody festiwalu – Diamentowego Klapsa Filmowego. 

Repertuar skonstruowano tak, by każdy mógł wybrać coś dla siebie.  W filmowym kalendarzu pojawiają się „Muzyczne poniedziałki”, „Wtorki z Cannes”, środowe „Super hity”, czwartki „Made in Poland”, „Komediowe piątki” i sobotnie „Oscary”. Tydzień zamykamy „Kobiecymi niedzielami”.

W Zakopanem termometr pokazywał 8 stopni, ale uruchomiliśmy wewnętrzną pogodę ducha. Miałam okazję przekonać się, że  ludziach z Podhala płynie gorąca krew, a serdeczny uśmiech rozgrzewa najlepiej. Na swoim szlaku spotkałam parę fantastycznych ratowników górskich – Ewelinę i Grzegorza Wierciochów. Ona jest pierwszą od 30 lat kobietą w Tatrzańskim Ochotniczym Pogotowiu Ratunkowym. Od razu pomyślałam, że musicie ich poznać.

Zdążyłam pospacerować z Krzysztofem Trebunią-Tutką – liderem góralskiego zespołu, który nie boi się zaglądania do różnych muzycznych bajek. Grupa współpracowała m.in. z jamajską grupą The Twinkle Brothers, a w rozmowie pojawiło się marzenie o współpracy z Almodovarem.

fot. Maciej Cioch

W weekendowym biegu zajrzałam też do Galerii Hasiora, po której oprowadziła mnie promienna Emilia Pomiankiewicz. Przekroczenie progu przy Jagiellońskiej spowodowało, że poczułam się, jakbym weszła do głowy artysty, a działo się w niej naprawdę dużo. Przedstawimy Wam kilka twarzy Hasiora – rzeźbiarza, scenografa, biegacza. Człowieka, który lubił łączyć ze sobą ludzi o skrajnie różnych poglądach.  (nagranie wkrótce).

fot. Maciej Cioch

Nie ma produkcji filmowej bez klapsa filmowego. To on wyznacza rytm poszczególnych ujęć. Na scenie w Zakopanem pierwsze ujęcie wyznaczyli:

Paweł Adamski – prezes Outodoor Cinema – pomysłodawca i organizator festiwalu, Katarzyna Jezierska – szefowa marketingu Visa w Polsce, Leszek Dorula – burmistrz miasta Zakopane i Katarzyna Figura – aktorka, bez której nie można wyobrazić sobie polskiego kina. (w październiku nowy film Marka Koterskiego z jej udziałem).

fot. Maciej Cioch

Na Podhalu ludzie udowadniają, że uśmiech ma właściwości rozgrzewające! Mam takie same kierpce jak urocza pani ze zdjęcia. Założę je w Giżycku, już jestem ciekawa, do kogo tym razem zaprowadzą mnie moje stopy. Pewne jest to, że widzimy się z PIOTREM GŁOWACKIM w Kinie Nowa Fala w Giżycku 4 lipca. Tam bezpłatny seans filmu „Tarapaty” o godz. 15, a potem spotkanie z widzami. Piotr to człowiek, który wie, jak realizować marzenia, do różnych szkół aktorskich zdawał wielokrotnie w ciągu 4 lat. Udało się za dziesiątym razem! Powspominamy jego role m.in. w takich filmach jak: „Oda do radości” Jana Komasy, „Bogowie” Łukasza Palkowskiego czy „80 milionów” Waldemara Krzystka. Do zobaczenia!

filmy

Gdybym zobaczyła trailer „Ataku paniki”, raczej nie poszłabym do kina. Na szczęście, nie widziałam.  Obejrzałam film i jestem zdecydowanie na tak. 

„Wiesz, trochę się zdziwiłam, że polecasz ten tytuł. Widziałam zwiastun i jakoś mi do Ciebie nie pasuje” – zastanowiło mnie to zdanie usłyszane od koleżanki.  Po takim wstępie musiałam sprawdzić, co mnie ominęło.  I faktycznie – skrót filmu nie był z mojej bajki. Dwuminutowy zwiastun debiutu fabularnego Maślony zasiedlają „chuje” (dwa), „rozpierdol”, „kurwa” i strach przed tym, że sytuacja się „spierdoli”. Nie, żebym nie znała tych słów, ale przyznaję, że reaguję alergicznie, kiedy magnesem na widza ma być kumulacja bluzgów, które wylewają się z ekranu. Szczęśliwie ten mięsny koncentrat rozpuszcza się w fabule, które smakuje. Tym bardziej, że pod płaszczykiem chojrakowania i  pozornej mocy, jaką dają słowa na  k i ch… kryje się strach i kompletna bezradność bohaterów.

 

Moja relacja z „Atakiem paniki” nie była miłością od pierwszego wejrzenia. Przyznam szczerze, że po pierwszej scenie (nie mogę zdradzić jakiej) jęknęłam cicho: „no nie, czy w polskim filmie zawsze to tak musi wyglądać?.” Ale – tu czas na zmianę frontu – to, co wydawało mi się przesadą, otworzyło niesztampową opowieść. Po drugiej scenie byłam już widzem Maślony, takim, który z niecierpliwością czeka na rozwój wydarzeń.

Nicolas Bro, Dorota Segda, Artur Żmijewski fot. Hubert Komerski

Film składa się z kilku różnych historii, które łączą się w nieoczywisty sposób. Śledzimy m.in. losy trzydziestolatków, których małżeństwo dawno się skończyło, choć zabrakło czasu na rozwód. Parę pięćdziesięciolatków wracających z wakacji, na której losy wpływa przypadkowy współtowarzysz podróży. (Po tym filmie nigdy nie zamienię się miejscem w samolocie!) Dziewczynę, która zarabia pieniądze, pokazując ciało przez internet i gracza komputerowego, który traci powoli kontakt z analogową rzeczywistością. Wszyscy nie radzą sobie z życiem, choć podejmują desperackie próby kontrolowania codzienności. Tragikomiczne.

Funkcjonują w świecie, w którym wstydem jest przyznanie się do niepowodzenia czy słabości, poddają się pędowi życia, bo boją się momentu zatrzymania. Chwila na refleksję może okazać się niebezpieczna. Przed nią uciekają. Paniczny lęk zagłuszają pigułki, ucieczka do wirtualnego świata, czy samookłamywanie się.  Momenty szczerości, które się zdarzają, bardzo szybko trzeba obrócić w żart. O lęku mówi się szeptem, perlisty śmiech ma przekonać resztę, że wszystko jest w porządku, a przynajmniej pod kontrolą.

Aleksandra Pisula – filmowa Kamila, współscenarzystka filmu. fot. H.Komerski

Bohaterowie Maślony  wywołują śmiech, a jednocześnie są przerażająco samotni. Łatwo w nich zobaczyć  fragmenty własnej rzeczywistości.  Chodzi o ten moment, kiedy dociera do człowieka, że  traci masę energii na pozorowanie udanego życia.  Wszystko po to, by uniknąć pokazania miękkiego podbrzusza. Codzienna zbroja ma zasłonić delikatny środek. Bezsilność wywołuje nieodwracalność życiowych decyzji, pojawia się żal za czymś, co się przegapiło. W powietrzu czuć uniwersalny strach przed odrzuceniem, końcem świata, demaskacją.

fot. Hubert Komerski

Ten film potęguje moje uwielbienie dla Magdaleny Popławskiej. (Świetnie współgrają w duecie z Grzegorzem Damięckim). Nikt tak jak ona nie potrafi zagrać kobiety, która świadoma własnej nerwicy, próbuje nie stracić gruntu pod nogami.  Kompletnie bezradna gra  rolę twardzielki do końca. Tyle tylko, że jak wiadomo „zimne kobiety” płaczą potem gorąco w poduszkę.

Słyszałam już, że do debiutu Maślony przypięto etykietkę rodzimego odpowiednika „Dzikich historii” – szalonego filmu wyprodukowanego przez Pedro Almodovara. Bardzo lubię tę produkcję, ale nie przypominam sobie, by miała tak świetną muzykę, jak polski film. I tu brawa dla Jimka – dzięki niemu „Atak paniki”  ma swój rytm i tempo.

Ta historia pootwierała sporo szuflad w mojej głowie. Wróciło do mnie zdanie, które w „Projekcie prawda” zapisał Mariusz Szczygieł.  Zanotował zdanie, które ktoś nabazgrał na Moście Gdańskim:  „Zanim umrzesz, upewnij się, że żyjesz”. Zaczynam sprawdzać, czyj scenariusz na życie realizuję i jak mi  jest w tej roli.

„Atak paniki”, reż. Paweł Maślona, premiera 19 stycznia

filmy

Jeżeli chcecie nakarmić swoją duszę, koniecznie wybierzcie się na „Long way” Weroniki Mliczewskiej. Usiądźcie w kinowym fotelu i pozwólcie sobie na podróż. Ruszamy do Indii w poszukiwaniu kobiety ze zdjęcia, a przy okazji – a może przede wszystkim – wędrujemy po zakamarkach własnego serca.

Ta opowieść idealnie trafia w mój aktualny stan ducha. Moment, kiedy mocniej niż dotąd słucham intuicji. Ten etap nazywam zaufaniem do życia. Nie wiesz, w którą pójdziesz stronę, wstajesz i dajesz się nieść energii ludzi i zdarzeń.

Reżyserka tego filmu chce odnaleźć kobietę, którą spotkała 6 lat wcześniej w Izraelu. Rozmawiały ze sobą tylko przez chwilę, Weronika otrzymała od niej różaniec.  Energia tego spotkania została zapisana na fotografii, ale jeszcze wyraźniej na twardym dysku w głowie, choć w zasadzie wypadałoby mówić o „pamięci serca”.  Mliczewska nie zna nawet imienia tej kobiety, wie jedynie, że pochodzi z Indii. Pomysł na poszukiwanie kogoś w tak zaludnionym państwie, jedynie ze zdjęciem w ręku, wydaje się szaleństwem. I co z tego? Mamy prawo do irracjonalnych decyzji, tym bardziej, że po drodze może się okazać, że nadmierne przywiązanie do logicznego myślenia zubaża odbiór świata.

Razem z autorką dokumentu wsiadam do hinduskiego pociągu, podróżuję tuk-tukami. Kiedy patrzę na szalony ruch uliczny, przypominają mi się słowa Henry’ego Millera – „chaos to porządek, którego nie rozumiemy”. I tak tam jest. Samochody, riksze, piesi mijają się na milimetry, a jednak wszystko działa tak jak trzeba. Ten rytm warto poczuć, dostosować się. Przestroić europejski sposób odbioru świata na azjatyckie fale.  Tylko wtedy inność nie będzie zagrożeniem, a szansą. Na spotkanie, dialog, połączenie energii. Niepewni celu, zaczynamy cieszyć się drogą.

fot.  materiały prasowe dystrybutora Kondrat Media

Jest w tym filmie scena, którą uwielbiam. Jedna ze spotkanych przez reżyserkę  kobiet nazywa siebie wolnym ptakiem. Wskazując na podręczny worek, który jest jej jedynym bagażem, wypowiada zdanie, które chowam do kieszeni. Tak, aby mieć je blisko.

„Mam tu torbę pełną różnych rzeczy, jeżeli ich nie rozdam, nie będę miała miejsca, aby ją czymś zapełnić”.

Jest przekonana, że kiedy daje innym to, co posiada,  Bóg – w którego wierzy – napełnia torbę z powrotem. Uliczna lekcja pokory i wdzięczności. Niezależnie od tego, czy wierzysz w Boga, energię, los, czujesz sens tego prostego przekazu. Nie mam wątpliwości, że karma do nas wraca. Przy okazji filmu przypomniały mi się słowa prof. Ewy Łętowskiej, która powiedziała kiedyś w rozmowie z Teresą Torańską:

„(…) to nie jest tak, że coś się należy i dostaje się to coś – z nieba.  Na dobry los za bardzo liczyć nie można. Trzeba przy nim porządnie pomajstrować. Zawsze uważałam, że tyle mam od życia, ile włożę.”

Kluczem okazuje się dawanie. Prezentem może być mocny uścisk dłoni, czy życzliwe zdanie rzucone w biegu. W gruncie rzeczy mamy niewiele więcej niż słowa. Warto przyjrzeć się temu, czy dają komuś siłę, czy podcinają skrzydła.

Świat rzeczy należy do rzeczywistości nadmiaru,  często kradnie czas i energię. Świat emocji nie powinien siedzieć na półce z napisem: abstrakcja.  One są obecne, wbrew pozorom bardzo namacalne,  konkretnie zakorzenione w ciele.  Strach potrzebuje przecież ściśniętego żołądka, a radość rozwibrowanych strun głosowych, kiedy śmiejesz się całym sobą.

W podróży, w jaką zabiera nas Weronika Mliczewska, na próbę wystawiana jest nadzieja, pojawia się lęk przed rozczarowaniem, w końcu radość z bycia w drodze, niepozbawiona znaków zapytania. Ten dokument ma w sobie to, co najbardziej lubię: uważność, czułość i magię codzienności. Ta pojawia się razem z odwagą pójścia za głosem serca.

W poszukiwaniu smaku życia wyruszajcie do kina! Najbliższy seans już we wtorek w ramach Azjatyckiego Festiwalu Filmów Pięć Smaków.

Kino Muranów, 21 listopada, godz. 19:30

filmy

Wróciłam z premiery „Najlepszego” wzruszona. Po seansie, kiedy zapalono światło, okazało się, że na sali jest Jerzy Górski. To jego historia zainspirowała Łukasza Palkowskiego do stworzenia tego filmu.  Sala zareagowała błyskawicznie – najpierw rozległy się brawa, a potem wszyscy wstali z miejsc. Prosty i mocny wyraz uznania dla człowieka, który w imponujący sposób wyszedł z uzależniania. Film pokazuje jego drogę z narkomańskiego squotu, poprzez ośrodek Monaru, do zwycięstwa na mecie zawodów podwójnego Ironmana. Pan Jurek wszedł na scenę i powiedział m.in. : „Ja nie jestem mocniejszy od Państwa, jestem taki sam jak Wy”. Jedno krótkie zdanie, które daje kopa do działania i wytrąca z ręki kiepskie usprawiedliwienia.

„Najlepszy” to opowieść o koszmarze uzależnienia, ciężarze poczucia winy, które niesie się przez całe życie, w końcu o polskim „ze mną się nie napijesz?” / uzupełnianym o : „nie zapalisz”?  „nie dasz w żyłę”?  Jednocześnie to uniwersalna historia o sile. Ta jest jak fabrycznie wmontowany w człowieka guzik. Są tacy, którzy nie wiedzą o jego istnieniu, tacy, którzy szukają i tacy, którzy nie odpuszczają, kiedy raz odkryją swój potencjał. Często to inni – niekoniecznie najbliżsi – uruchamiają w nas przycisk mocy.  Tutaj zaczyna się opowieść o tym, jak wiele mogą zwykłe/niezwykłe słowa, które słyszymy od ludzi. Są zdania, które działają jak trampolina, i teksty, które przez całe życie podważają wiarę w siebie.

„Najlepszy” ma fantastyczną aktorską obsadę. Na pierwszym planie Jakub Gierszał,  ale tego filmu nie byłoby bez partnerujących mu aktorów. W głowie zostają  świetny Adam Woronowicz – w roli komendanta milicji,  Janusz Gajos – wcielający się w postać Marka Kotańskiego, czy mój ulubieniec – Arek Jakubik – jako samozwańczy trener.  Jestem bardzo ciekawa kolejnych propozycji dla Kamili Kamińskiej. Ta dziewczyna ma w sobie magnes, wierzę jej na ekranie.

Lubię seanse, które dają siłę na kolejny miesiąc, akurat w dniu, kiedy masz kryzys objawiający się pytaniem: czy warto walczyć o swoje marzenia?  Idźcie do kina i poszukajcie własnego guzika mocy! Obite kolana i blizny wyostrzają charakter.

„Najlepszy” w reżyserii Łukasza Palkowskiego od 17 listopada w kinach.

filmy

Dzięki przygotowaniom do debaty w kinie Muranów poznałam Amandę Kernell. Mocny, kobiecy głos w kinie. Zobaczcie „Krew Saamów” i zapomnijcie o pocztówkach z reniferami z Laponii. Zamiast sielskiego obrazka, lata 30. i rasizm wobec Saamów. Niepokojąco aktualny ten film, kiedy każda odrębność, zamiast ciekawić, jest pojmowana jako zagrożenie. Patrząc na tę historię wyraźnie widać, że wielu ludziom nadal potrzeba „Innych”, żeby się dowartościować. Na plakacie fantastyczna Lene Cecilia Sparrok – dziewczyna bez aktorskiego doświadczenia, której wierzy się od pierwszego kadru. Jest w tym filmie scena, kiedy do Lapończyków przyjeżdza komisja ze Szwecji – wchodzi do dziecięcej klasy, dokonuje „pomiarów” mających potwierdzić odrębność rasy. Błysk lampy błyskowej, która strzela w oczy nagiej, zawstydzonej dziewczynki jest jak strzał. Zabija godność. 


Oglądałam ten film myśląc o granicach, podziałach, a jednoczesnie wspólnocie emocji. Przecież strach, wstyd, czy tęsknotę za przynależnością odczuwa się podobnie, niezależnie od szerokości geograficznej.
„Krew Saamów” możecie zobaczyć w ramach Dni Nagrody Lux – przeglądu filmów walczących o Nagrodę Filmową Parlamentu Europejskiego. Bezpłatne wejściówki do odebrania od piątku w kasie kina Muranów. Warto się pospieszyć, bo ilość miejsc jest ograniczona. Przed projekcją „Krwi Saamów” debata, którą będę mieć przyjemność prowadzić. Spotkają się z Państwem Grażyna Torbicka, Magda Sendecka, Bogdan Wenta i Łukasz Ronduda. 27 października o godz. 19.

filmy

                Wspomnienie seansu „The Square” od razu odpala w mojej głowie Genesis” duetu Justice, a  hasło – „nadjeżdża Tesla sprawiedliwości”, na stałe weszło do domowego słownika. Spokojnie – stanie się zrozumiałe po zobaczeniu filmu. Justice słuchany w samochodzie automatycznie powoduje przyciśnięcie pedału gazu. Silnik wchodząc na większe obroty, przyjemnie mruczy, ale wiadomo, jak to może się skończyć. I w sumie wszystko się zgadza – ten film pokazuje, do czego prowadzi pęd, w którym nie ma miejsce na refleksję. Pytanie, czy wyznawcy religii klikalności (dla której sens nie ma większego znaczenia), zdobędą się na dystans i zobaczą w nim siebie.

Wyhamujcie w kinie i dopuśćcie do siebie myśl, że śmiech może być odreagowaniem tego, co właśnie się dzieje. Film Rubena Östlunda to wcale nie jest odległa wizja przyszłości. W moim odczuciu reżyser podchodzi z kamerą do tego, co właśnie się dzieje. Myślę o epidemii głupoty i obojętności. Zachowajcie czujność!

Niebezpieczeństwo czai się wszędzie. Inteligencja i wykształcenie wcale nie powodują, że jesteś bezpieczny. Wyszukane konstrukcje słowne, którymi się posługujesz, nie gwarantują posiadania empatii. Zdolność opowiadania o egzystencjalizmie, nie jest jednoznaczna z umiejętnością wypowiedzenia słowa: przepraszam. Po wyjściu z kina dzwonił mi w głowie tekst z Gogola: z kogo się śmiejecie? z samych siebie się śmiejecie.

Razem z pierwszymi kadrami filmu wchodzimy do świata kultury wysokiej. Otwierają się drzwi Muzeum Sztuki Nowoczesnej, miejsca, gdzie dobrze jest się pokazać. Nawet jeśli nie czuje się tego, co akurat miał do przekazania światu artysta. Czy w takiej sytuacji wyrazić własne zdanie, wzruszyć ramionami, czy z uznaniem pokiwać głową? W tym momencie  przypominają mi się „Nowe szaty cesarza” Andersena. Pamiętacie? Tylko dziecko miało w sobie odwagę powiedzenia prawdy. W dorosłym świecie posiadanie własnego zdania staje się wyrazem odwagi. Nawet spontaniczność próbuje się upchnąć we wcześniej przygotowane, akceptowalne ramy. Być może chodzi o szybki bilans energetyczny. Milczenie nie wymaga wysiłku, obrona własnego zdania już tak. Zawsze można się schować za skomplikowanymi konstrukcjami myślowymi, wtedy powstają pełne egzaltacji „rusztowania znaczeń”… z których się spada, bo zwyczajnie nie dają oparcia.

Po „The Square” z pewnością zostanie Wam w głowie dzieciak z biednego osiedla niesłusznie oskarżony o kradzież. Wykrzykuje swoje prawo do sprawiedliwości. Nie dopasowuje się do cichego tonu dorosłych. Dzielnie krzyczy. I jest w tym fantastyczny. Mimo młodego wieku doskonale zna swoje nieprzekraczalne granice, kiedy ktoś je narusza, potrafi ich bronić. Dzieciaki w tym filmie to w ogóle osobna historia. Gdyby istniały nagrody za epizody,  przyznałabym jedną z nich najmłodszemu, kilkumiesięcznemu aktorowi – który uczestniczy w zebraniu tzw. kreatywnych. Z oczywistych względów nic nie mówi, ale jego spojrzenie jest bezcenne. Poważna z założenia narada obserwowana z dystansu staje się tragikomiczna. Myślę, że wielu z nas zna podobne zebrania z własnego doświadczenia. Open space czy kameralna salka zarządu i rozmowy, w których odbiorca staje się targetem, a burza mózgów z aspiracjami do myślowego tornado (działamy z rozmachem, a jak!) okazuje się burzą w szklance wody. Co odważniejsi reagują na absurdalne propozycje stłumionym śmiechem.  Pozostała grupa etatowych potakiwaczy, uruchamia  gest kiwania głową, po wcześniejszej skontrolowaniu, jakiej reakcji się od niej oczekuje. Własne zdanie jest postrzegane jako atak personalny. W takich warunkach kreatywność raczej umiera, no, chyba że umówimy się, że jest inaczej…Film szwedzkiego reżysera krąży wokół budowania iluzji. Pokazuje przepaść między tym, co deklarujemy, a tym, jak działamy. Nie chodzi tylko o świat medialny, nie sposób zapomnieć o współczesnej rzeczywistości społeczno-politycznej. Od razu pomyślałam o uchodźcach. Większość otwartych ludzi opowie się za ich przyjęciem. Pytanie, ilu faktycznie otworzy swoje drzwi, czy zrobi przelew z konkretną pomocą.

Zdobywca Złotej Palmy w Cannes świetnie zestawia dwa światy. Klasie wyższej  pogubionej w świecie pozorów przeciwstawia roszczeniową, ale szczerą w swych oczekiwaniach grupę outsiderów. Pierwsza grupa najchętniej odseparowałaby się od plebsu. Tworzy własne enklawy luksusu. Kadry z filmu przypomniały mi fragment książki „Yoro” . Marina Perezagua pisała m.in. o codziennej hipokryzji. W swoim tekście skonfrontowała śmierdzącą bezdomność z bogactwem „pozwalającym na kupno perfum zdolnych zakamuflować bezduszność“. Film Rubena Östlunda ilustruje to zdanie.

Dyrektor muzeum – świetnie grany przez C. Banga – to przystojny, potężny mężczyzna (przyznaję, pomyślałam – aż chce się pojechać do Szwecji!). Człowiek elokwentny, z wdziękiem brylujący w towarzystwie.  Za interesującą fasadą kryje się jednak sterylny do bólu świat, codzienność pozbawiona prawdziwych namiętności. Jest w niej miejsce na mechaniczny seks, o nagości uczuciowej nie ma niestety mowy. Ruben Östlund podsuwa pod nos konkretne schematy zachowań, które dobrze znamy – przerzucanie odpowiedzialności za własne wybory na innych, prowokacje, milczenie, które też bywa konkretnym działaniem. Świat bogaty w bodźce jest jedną wielką iluzją, którą nie sposób się nasycić. Przynależność do grona bywalców bywa zgubna, kiedy w sytuacji zagrożenia zostajesz sam. Dla mnie „The Square” to opowieść o tym, że mamy coraz większy problem z wypełnieniem formy treścią. Niewykonalne staje się zbudowanie prawdziwej relacji, wychodzącej poza umowę międzyludzką. Czas się obudzić, by nie zostać wydmuszką.