Bez kategorii, blog, filmy, książki, Ludzie, rozmowy, zdjęcia

Rozmowa z TOMASZEM GĄSSOWSKIM – kompozytorem muzyki do filmu „Imagine”.

Kiedy myślę o filmie „Imagine”, w uszach słyszę muzykę, która towarzyszyła tej produkcji. Była podwójnie ważna ze względu na temat tej opowieści. Świat niewidomych w Lizbonie tworzyły dźwięki, to one uruchamiały w wyobraźni obrazy. Opowiadały o świecie, którego nie widać, ale który jak najbardziej istnieje. Lubię fragment rozmowy filmowej Evy i Iana, kiedy ta niemal wpada pod samochód.

  • Nie słyszałaś, że kończy się chodnik?
  •  Jak można słyszeć, że kończy się chodnik?! 
  • To jest coś pomiędzy szumem podeszwy a krążeniem opon na ulicy. 

Muzykę, która prowadzi bohaterów tej opowieści, stworzył Tomasz Gąssowski – kompozytor, reżyser, producent. Otrzymał za nią m.in. nagrodę „MocArta” radia RMF Classic. Ścieżkę dźwiękową do tego filmu uznano za najlepszą muzykę filmową 2013 roku. Nie mogłam sobie odmówić przyjemności spotkania z  nim. Tym razem Lizbona stała się pretekstem do rozmowy o uważności i nagrodach, jakie życie daje nam za odwagę. 

Muzyka z „Imagineidealnie pasuje do Lizbony, chociaż stworzyłeś ją, nigdy nie będąc w tym mieście. Co istotne, całkowicie zrezygnowałeś z fado. Dlaczego? 

Tomasz Gąssowski: Kiedy Andrzej Jakimowski opowiadał mi o tym, co zawarł w scenariuszu, w mojej głowie pojawiły się skojarzenia z Buena Vista Social Club. Zamiast portugalskiej melancholii, o której tyle się mówi, zacząłem szukać kubańskich brzmień. Lizbona to oczywiście fado, ale ja chciałem go uniknąć. Powiem teraz coś, co może niektórych zbulwersować: ja po prostu nie lubię tego gatunku.

Z mojej strony nie usłyszysz potępienia, stworzyłeś soundtrack, który podczas słuchania daje człowiekowi słońce. Znalazłeś też swój sposób na pokazanie trudnych emocji, które buzowały w bohaterach. 

Udało mi się nagrać wybitnego perkusjonistę Davida Kuckhermanna, którego wielu kojarzy z występów z zespołem Dead Can Dance. David zagrał na jednym z najmłodszych instrumentów na świecie, który ma w sobie coś magicznego, myślę o hang drumie.To jest takie metalowe ufo, które przy uderzeniu palcami wydobywa z siebie bardzo piękny dźwięk. Przypomina trochę czelestę. Poza tym w jego berlińskim studio nagraliśmy jeszcze sporo ciekawych instrumentów, m.in. głębokie, zmysłowe udu, czyli afrykański dzban.

Bardzo często wracam do płyty z muzyką z „Imagine” i za każdym razem mam wrażenie, że instrumenty na niej nie tyle grają, ile ze sobą rozmawiają, krążąc po wąskich uliczkach. Wykorzystałeś m.in. baby piano. Pokazujesz, jaką moc mogą mieć niepozorne, małe instrumenty. Udowadniasz, że nie potrzeba orkiestry filharmonicznej, żeby zachwycić słuchacza. To też współgra z przesłaniem filmu Andrzeja JakimowskiegoUroda życia w dużej mierze polega na drobiazgach i uważności, która pozwala je docenić. 

Bardzo lubię takie kameralne instrumenciki, które tworzą prywatny klimat. Istotna była również vioara. Ten instrument, przedziwne skrzyżowanie skrzypiec i trąbki,  brzmi bardzo zmysłowo, trochę tak, jakbyś słuchała skrzypiec przez stary patefon. Temat grany na tym instrumencie pojawił się w końcówce, w najbardziej emocjonalnym momencie filmu.

Przyznam Ci się, że spersonifikowałam sobie puzon i fagot. Kiedy włączały się do muzycznej rozmowy, dosłownie widziałam starszych mieszkańców Alfamy, przesiadujących godzinami na ławeczkach i komentujących codzienne sprawy.

Te instrumenty idealnie pasowały do grających w warcaby starych ramoli. Dzień w dzień siedzą w tym samym miejscu, a zachowują się tak, jakby wszystko wiedzieli. Nic nie jest w stanie ich zaskoczyć, bezpiecznie czują się w monotonii codzienności. W filmie zdecydowanie zaprzeczają istnieniu statku w okolicy portu, mówią to z przekonaniem, choć nigdy w życiu nie wykroczyli poza fragment najbliższej okolicy. Znamy takich ludzi nie tylko z filmów. Potrafią wypowiadać się autorytatywnie na tematy, o których nie mają pojęcia.

„Imagine” uświadomił mi, jak bardzo ważni są ludzie, którzy uruchamiają w nas odwagę. Czasem ktoś pojawia się w naszym życiu na chwilę, żeby mentalnie dmuchnąć w plecy, zgasić lęk i uruchomić ciekawość. Ta opowieść, zarówno w warstwie obrazkowej, jak i dźwiękowej, ma w sobie dużo czułości. Który z instrumentów według ciebie ma największe zasługi w tej dziedzinie? 

Klasyczna gitara flamenco. Wprowadza dużo emocji. To jest to „dmuchnięcie w plecy”, o którym mówisz. Granie w wirtuozerski sposób na tym instrumencie wymaga precyzji, wrażliwości i delikatności. Jednocześnie muzyka, która rodzi się z tej gry, ma w sobie ogromną siłę. Prowadzi głównego bohatera, podkreśla istotę tego, co się dzieje. Na pewno nie jest plumkającą przeszkadzajką, a jasnym sygnałem, że w mikroświecie naszych bohaterów dzieją się naprawdę ważne sprawy. 

W muzyce do filmu słychać instrumenty, ale też całą masę innych dźwięków. Szeleści lizbońska ulica, słychać wchodzące w zakręt tramwaje, gadające nad Tagiem mewy. Rozbrzmiewają syreny statków wpływających do portu. To przestrzeń pulsuje życiem.

Instrumenty bardzo fajnie miksują się z naturalnymi dźwiękami. Oczywiście muszą być do nich dopasowane. Na przykład w filmie buty szurające po piachu spełniają funkcję shakera. Można nimi grać. Laska niewidomego uderzająca w kamień, staje się instrumentem perkusyjnym. Jeżeli znajduje się takie dźwięki, to fajnie jest wpleść je w ścieżkę dźwiękową, wtedy nabiera ona głębi. To wszystko buduje magiczny świat. Powstaje większa przestrzeń do tego, aby pobudzić wyobraźnię i mocniej wejść w opowieść.  

Pozwól, że wyjmuję cię teraz z roli kompozytora i posadzę w fotelu widza. Pamiętasz swoje pierwsze wrażenia po zobaczeniu filmu w całości? 

Kiedy tworzy się film, to ciężko, szczególnie pod koniec, złapać do niego dystans. Koncentrujesz się na mniejszych lub większych błędach, których nie udało się uniknąć  i to przesłania dobre rzeczy. Mam w głowie jakieś kolaudacje, które zawsze były obarczone zastanawianiem się, czy czegoś nie trzeba jeszcze zmienić. Jacek Hamela odpowiedzialny za całość dźwięku zaprosił mnie do Studia Toya w Łodzi na spotkanie ze swoimi studentami. Chciał porozmawiać z nimi na temat wzorcowej, jego zdaniem, współpracy pomiędzy reżyserem, realizatorem dźwięku i kompozytorem właśnie na przykładzie filmu „Imagine”. Rzeczywiście bardzo mocno dbaliśmy o to, żeby muzyka pomagała a zarazem, żeby nie przeszkadzała tym dźwiękom, które niezależnie od obrazu prowadziły widza. Przygotowując się do tego wykładu, zamierzałem tylko przelecieć film na przyspieszonych obrotach, żeby zaznaczyć sobie miejsca, do których będę się odnosił podczas spotkania ze studentami. Taki był plan, ale…zobaczyłem go od początku do końca, z otwartą buzią. Byłem już wtedy absolwentem reżyserii w Szkole Wajdy i po tym domowym seansie doceniłem w pełni całą pracę Andrzeja. Prowadzenie kamery, cały timing filmu, jego urok. Oglądałem i myślałem: „to jest film!” Dopiero wtedy to do mnie dotarło. Dwa lata po jego premierze. 

O czym według Ciebie opowiada „Imagine?  Kompozytora chyba wypadałoby zapytać: co zagrało w Tobie najmocniej? Pytam o to, bo każdy z nas widzi na ekranie coś innego. Przefiltrowuje opowieść przez własne doświadczenia i wrażliwość. 

Dla mnie to jest film o tym, że warto mieć własne zdanie, pomimo tego, co różni ludzie, często autorytatywnie, opowiadają. To także opowieść o tym, że nie zawsze wszystko udaje się idealnie i kiedy tak się dzieje, trzeba się podnosić i próbować od nowa. To jest troszeczkę tak, jak w „Locie nad kukułczym gniazdem”, kiedy McMurphy stara się wyrwać ze ściany umywalkę w zakładzie psychiatrycznym. To mu się nie udaje, ale mówi ważne zdanie: „ale próbowałem”. W „Imagine” Ian, który chce uczyć niewidomych większej samodzielności, jest bardzo samotny. Przełożeni podważają jego pomysły, ale to go nie zatrzymuje. On próbuje zmienić myślenie, dodać swoim uczniom odwagi, która pozwoli im  wyjść z obowiązujących schematów. I to jest piękne w tym filmie.  Kiedy zostaje wyrzucony z ośrodka, idzie dalej z podniesionym czołem. Chce być wolny i pokazywać innym, że to możliwe, nawet wtedy, kiedy sytuacja narzuca na człowieka wiele ograniczeń. 

„Imagineuświadomiło mi, że nic nas nie chroni przed upadkiem, w nowe sytuacje prawie zawsze wchodzimy z lękiem pod rękę. Ważne jest to, żeby nadmierna asekuracja, nie zabiła w nas ciekawości, która każde sprawdzić, co jest za zakrętem. Zastanawiam się, kiedy Ty znalazłeś w sobie odwagę, żeby wyjść z doskonale znanej branży kompozytorskiej i zacząć przygodę z reżyserią? Spotykamy się w momencie, kiedy masz za sobą świetnie przyjęty krótkometrażowy debiut zatytułowany „Baraż. Film, który poprzez prostą historię rozgrywającą się na lokalnym boisku piłkarskim, z dużym wdziękiem opowiada o zwykłej, ludzkiej przyzwoitości.

U mnie odbywało się to bardzo powoli, potrzebowałem czasu, żeby się ośmielić. Bakcylem reżyserii zaraziłem się podczas realizacji filmu „Zmruż oczy”, kiedy pomagałem Andrzejowi Jakimowskiemu we wszystkim, w czym tylko potrafiłem. Podobnie było przy „Sztuczkach”. Jakiś czas po tym zacząłem pisać scenariusz. Dla tzw. przyjemności, czyli uprawiałem grafomanię, bo takie pisanie do szuflady właśnie tak wygląda. Potem następuje bolesna weryfikacja, kiedy pokazuje się te rzeczy ludziom, którzy się na tym znają. 

A czy Andrzej Jakimowski wiedział o tym chowanym do szuflady scenariuszu?

Wiedział. To było trudne, bo mi szczerze powiedział, że mu się nie podoba. Teraz kiedy nabrałem większego doświadczenia, wiem, że miał rację. Na szczęście parę lat później,  kiedy pokazałem mu scenariusz „Barażu”, to mimo, że  miał kilka uwag, zgodził się być opiekunem artystycznym mojego debiutu. To było istotne i wspierające, bo miałem takie poczucie, że mogę dużo stracić, biorąc się za reżyserię, zwyczajnie się skompromitować. Obawiałem się informacji od świata: „wracaj chłopie tam, gdzie byłeś i lepiej pisz tę swoją muzykę, a nie bierz się za coś, co nie jest dla ciebie”. To, że zdecydowałem się na to wyzwanie, w dużej mierze zawdzięczam Jackowi Borusińskiemu i Oliwierowi Kozłowskiemu, którzy stworzyli na ekranie postaci ojca i syna. Zaprosiłem ich do realizacji sceny próbnej w Szkole Wajdy. Kiedy zobaczyłem na ekranie efekt, to, jaką relację budują między sobą, zdecydowałem: wchodzę w to. Miałem dużo do stracenia, ale pomyślałem sobie: „Cholera, jeśli ja tego nie zrobię, to ich nie będzie. Zostaną tylko w scenie próbnej. A ta nigdy nie będzie filmem, który ma szansę dotrzeć do widzów”. 

Trzeba dać losowi szansę

Tak. To pragnienie, żeby ich jakoś zdeponować w świecie filmu na zawsze, było przeważające. Przy okazji ze mną w tle, bo jesteśmy już złączeni tą produkcją na zawsze. „Baraż” był pokazywany w kinach, przyjechał się już na ponad 30 festiwali, otrzymał sporo ważnych nagród. Dostałem od świata bardzo dużo pozytywnej energii w związku z tym filmem.

Kiedy skończyłam oglądać „Baraż, pomyślałam sobie, że czuć waszą wspólną wrażliwość z Andrzejem Jakimowskim. Opowiadacie o bardzo ważnych sprawach z dużą czułością i poczuciem humoru. Zaskoczyłeś mnie Jackiem Borusińskim w głównej roli. Podejrzewam, że znaliście się wcześniej, skoro wiedziałeś, że ma w sobie potencjał dramatyczny. Cała Polska zna go raczej z komediowej strony. Myślę m.in. o reklamach z udziałem kabaretu Mumio, w których grał pierwsze skrzypce. 

Dobra intuicja, faktycznie znaliśmy się wcześniej. To było moje wielkie marzenie, żeby zrobić film z Jackiem. On ma w sobie coś takiego, że chce się na niego patrzeć. Kiedy milczy, wiadomo, że coś ważnego dzieje się w jego wnętrzu. I to jest bardzo wdzięczne dla filmu, bo można dużo opowiedzieć bez słów. Nie chcę tutaj używać porównań z grubej rury, ale trochę przypomina mi Alla Pacino ze „Stracha na wróble”. Jego jedno spojrzenie powoduje, że chce się poznać historię głównego bohatera. 

Zaproszenie Borusińskiego do „Barażuwymagało od Ciebie odwagi. Widzowie są przyzwyczajeni do aktora, który dla roli potrafi być wręcz karykaturalny. Jeden grymas twarzy tego człowieka powodował, że śmiała się cała Polska. 

Ja też czasem korzystałem z tych jego umiejętności. Jeśli próbujesz zrobić film o tym, że warto  być przyzwoitym, to nie możesz tworzyć go całkowicie na poważnie, bo byłby nie do zniesienia. Komizm Jacka był tutaj nieoceniony. Dzięki niemu temat filmu: przyzwoitość, jest trochę jak pastylka podana psu w kiełbasie. Chodzi mi o sposób, w jaki przemycamy lekarstwa zwierzętom. Pies zjada kiełbasę i nawet nie wie, że połknął tabletkę.

I jeszcze jest zadowolony! 

Dokładnie tak to działa. Po pokazach filmowych podchodzili do mnie ludzie i mówili: jak to dobrze, że o ważnych sprawach, opowiedział pan w lekki sposób. 

A jak wygląda komponowanie dla samego siebie? To jest chyba komfortowa sytuacja, kiedy kompozytor jest jednocześnie reżyserem, z nikim nie musisz przedyskutowywać swoich pomysłów, chodzić na kompromisy. 

Przeciwnie, dla siebie tworzy się najgorzej! Masz taką dowolność, że możesz zrobić praktycznie wszystko, co wcale nie pomaga. Jeszcze o godzinie dziewiątej rano w dniu zgrania dźwięku, przemiksowywałem coś, co mi nie pasowało. 

A ja sobie naiwnie myślałam: ale ma fajnie, nie dość, że reżyseruje film, to sobie jeszcze sam muzykę do niego  stworzy. Dwa w jednym.

Jak robisz muzykę dla kogoś, to ten ktoś daje ci jakieś ograniczenia, mówi, co mu się podoba, jakiego klimatu oczekuje.  Dostajesz konkretne wskazówki, a jak robisz dla siebie…

Wolność staje się ograniczeniem?

Non stop przed zaśnięciem prowadzisz w głowie rozmowy reżysera z kompozytorem. Czy zostawić pierwszą wersję, która wpadła ci do głowy, czy przeciwnie, zrobić coś na kontrze. Następnego dnia wieczorem zastanawiasz się, czy to, co postanowiłeś wczoraj, na pewno jest dobrą decyzją, czy muzyka wystarczająco chwyta za serce. I tak sobie można dyskutować w nieskończoność. Jako kompozytor przy „Barażu” miałem za dużo dowolności. 

Złapałam się teraz na myśli, że cały czas rozmawiamy o odwadze wypowiadania swojego zdania. To ona otwiera nowe drzwi, ale też pozwala zabierać w tę podróż innych. Ian z filmu Andrzeja Jakimowskiego mentalnie otwiera oczy niewidomym, dzięki niemu wychodzą z zamkniętego ośrodka i oswajają Lizbonę na swój sposób. Ty opuściłeś znany kompozytorski świat, żeby dać widzowi ciekawą opowieść o przyzwoitości. Powiedz mi na koniec, czy Ty się wybierasz do Lizbony? Wypadałoby dotrzeć do miejsca, które tak pięknie dźwiękowo skonstruowałeś w „Imaginie.

Pewnie kiedyś dotrę. Chociaż kiedy tworzyłem muzykę do tego filmu, miałem trudny czas w swoim życiu. Bardzo się bałem, że nie zdążę napisać tej muzyki i że nie będzie ona tak dobra, jakbym chciał. Wszyscy moi przyjaciele byli wtedy w Lizbonie, ja siedziałem i tworzyłem. Zdarzył się taki wieczór, kiedy po pracy poszedłem sam do kina na „Melancholię” Larsa von Triera… 

Chyba, żeby się dobić…

I przeżyłem koniec świata. Wyszedłem z kina i naprawdę poczułem, że jestem sam na świecie. Kiedy myślę o Lizbonie, wraca do mnie melancholia, w jaką wpadłem, pisząc muzykę do „Imagine”. Trochę mnie tam ciągnie, a jednocześnie wspomnienie tego, co wtedy działo się w moim życiu, wywołuje jakiś delikatny ból. Nie wiem, jak to się skończy, może nie powinienem tam jechać, może to nie jest miejsce dla mnie? Nie wiem.

Często powtarzam, że „każdy ma swoją Lizbonę”, gdzie w takim razie jest Twoja?

Dobrze czuję się nad polskim morzem, tym samym nie muszę daleko jeździć po swój spokój. 

Tomasz Gąssowski fot. archiwum prywatne kompozytora

Bez kategorii, książki

Słowem można przytulać i ona to robi. Opowiada o sobie tak, że daje siłę innym. Urszula Dudziak dzieli się swoimi doświadczeniami i pokazuje drogę od zakompleksionej, zalęknionej dziewczyny, do kobiety, które wie, czego chce i potrafi cieszyć się życiem. Zakochana, pełna energii, z ciekawością świata i swoich czytelników rusza w trasę.

Jej życie to materiał na niejedną książkę, dlatego teraz artystka „wyśpiewa jeszcze więcej” na wyjątkowych koncertach łączących muzykę z autobiograficzną opowieścią. 

Wybierzcie się po muzykę i historie, które zmotywują do zmieniania tego, co Was w życiu uwiera.  Jej książka „Wyśpiewam Wam więcej” jest jak podręcznik uruchamiania czułości wobec samego siebie. To często najtrudniejsze zadanie, ale kiedy człowiek się go podejmie, świat zaczyna się w końcu uśmiechać.

Wzruszająca część tej książki to pamiętniki, do których wraca wybitna wokalistka. To, co myślała o sobie 30-letnia Urszula Dudziak diametralnie się różni od tego, co mówi o sobie dziś. I bardzo dobrze, to dobitny przykład na to, że można urodzić się na nowo.

Artystka zdiagnozowała u siebie  coś, co nazywa nieuleczalnym umiłowaniem życia. Marzy mi się taka pozytywna epidemia. Dajcie się zarazić jej energią!

Bez kategorii, filmy

Wręczono Kryształowe Żagle – nagrody Giżyckiego Festiwalu Filmowego prezentującego najciekawsze etiudy i debiuty reżyserskie. Doceniono pierwszy pełnometrażowy film Aleksandra Pietrzaka pt. Juliusz”, a Honorowy Kryształowy Żagiel trafił w ręce Zygmunta Malanowicza. 80-letni dziś aktor w 1961 roku zadebiutował w filmie „Nóż w wodzie” Romana Polańskiego. Wówczas nie mógł przypuszczać, że zrealizowana na Mazurach produkcja, zostanie nominowana do Oscara.

Zygmunt Malanowicz w Kinie Nowa Fala w 2018 roku i 57 lat wcześniej na łodzi podczas realizacji filmu „Nóż w wodzie” Romana Polańskiego. Reżyser uparł się, żeby przefarbować go na blondyna. fot. T.Nasternak

Fotosy z „Noża w wodzie” na co dzień można podziwiać w giżyckim kinie Nowa Fala. To ono przez dwa dni od 5 do 6 października stało się centrum filmowego świata debiutantów. Widzowie mieli okazję zobaczyć najciekawsze etiudy z Warszawskiej Szkoły Filmowej, a także najlepsze trzydziestominutowe debiuty ze Studia Munka, wśród nich m.in. nagrodzone na festiwalu w Cannes „Najpiękniejsze fajerwerki ever” w reż. Aleksandry Terpińskiej i „60 kilo niczego” Piotra Domalewskiego, niekwestionowanego zwycięzcy ubiegłorocznego festiwalu w Gdyni.

Pierwszy w historii Kryształowy Żagiel trafił do Aleksandra Pietrzaka, reżysera brawurowej komedii Juliusz” Aleksandra Pietrzaka. Widzowie zobaczyli też jego szkolną etiudę „Mocna kawa wcale nie jest taka zła”. Nagroda Giżyckiego Festiwalu Filmowego to wyróżnienie, które docenia tych, którzy znaleźli się na dobrej filmowej fali. 

Nasz Kryształowy Żagiel ma dodać debiutantom energii, tak by poczuli wiatr w żaglach – mówił Paweł Adamski, prezes Outdoor Cinema, organizator festiwalu. Potrzeba dużej odwagi, aby zadebiutować, dlatego taki pierwszy krok należy nagrodzić. Życzymy wszystkim, którzy będą pojawiać się na Giżyckim Festiwalu Filmowym, aby ich pierwsze filmy, tak jak Nóż w wodzie,” po latach mogły być określone mianem kultowych – podsumował.

Mazurska publiczność jako jedna z pierwszych w Polsce mogła zobaczyć międzynarodową animację „Jeszcze dzień życia” na podstawie prozy Ryszarda Kapuścińskiego. Film przyjechał do Giżycka prosto z festiwalu w San Sebastian, gdzie otrzymał nagrodę publiczności.

Reżyser Tomasz Śliwiński podczas festiwalowego rejsu po jeziorze Niegocin. fot. Tomasz Nasternak

Wyjątkowym projekcjom towarzyszyły pasjonujące rozmowy o kinie. Z widzami spotkał się Tomasz Śliwiński – reżyser nominowanego do Oscara osobistego dokumentu Nasza klątwa”. Absolwent Warszawskiej Szkoły Filmowej zdradził, że właśnie przygotowuje się do kolejnego debiutu, tym razem w roli reżysera filmu fabularnego. Najprawdopodobniej w przyszłym roku na ekranie pojawi się jego „Ondyna”.

Zygmunt Malanowicz  fot. T. Nasternak

Laureat Honorowego Kryształowego Żagla Zygmunt Malanowicz odbył sentymentalny rejs statkiem Bełdany po mazurskich jeziorach, odwiedzając plenery, które pamiętał sprzed 57 lat.

Kulminacją festiwalowych emocji było spotkanie z publicznością w kinie Nowa Fala. Aktor z ponad 50-letnim doświadczeniem w zawodzie wspominał swoje początki w świecie filmu. Dzięki jego opowieści publiczność mogła wrócić do 1961 roku, kiedy to na planie w Giżycku spotkali się dwaj debiutanci – reżyser Polański i aktor Malanowicz. W obsadzie kultowego dziś „Noża w wodzie” zagrali jeszcze doskonale znany publiczności Leon Niemczyk, a także Jolanta Umecka – amatorka, którą na basenie wypatrzył i zaprosił do filmu Roman Polański. Jak zdradził Zygmunt Malanowicz, w mazurskich jeziorach spoczywa do dziś kamera Arriflex, którą z wysokości masztu wypuścił z rąk operator Jerzy Lipman. Po latach trudno uwierzyć, w jak spartańskich warunkach kręcony był ten film. Nikt nie śnił jeszcze o latających dronach czy szeregu udogodnień technicznych, a przeważająca część akcji toczyła się na wodzie. Na czym polegała recepta na sukces twórców z lat 60.?

– Mieliśmy dwie najważniejsze rzeczy w świecie filmu: wyobraźnię i wrażliwość. To te dwa elementy w patrzeniu na świat są najważniejsze – mówił laureat Honorowego Kryształowego Żagla Zygmunt Malanowicz. Dziękując za nagrodę, aktor docenił nową inicjatywę na filmowej mapie Polski, jaką jest Giżycki Festiwal Filmowy. Bardzo dziękuję organizatorom, którzy w przygotowanie tej imprezy włożyli tyle pracy, a przede wszystkim pasji. Kino jest czymś, co jest poza jakimkolwiek programem, poza jakimkolwiek zamknięciem. Kino to wolność naszych myśli, serc, uczuć i marzeńpodsumował pierwszy laureat Honorowego Kryształowego Żagla.

 Giżycka publiczność nagrodziła go długimi oklaskami. Po spotkaniu z aktorem odbyła się projekcja etiudy „Dwaj ludzie z szafą” Romana Polańskiego, a także pokaz zrekonstruowanego cyfrowo „Noża w wodzie”.

Debiut Giżyckiego Festiwalu Filmowego za nami, zaczynają się przygotowania do drugiej edycji. Za rok oprócz projekcji i rozmów o filmach mają pojawić się m.in. tygodniowe warsztaty dla kinowych twórców. Debiutanci będą mogli stawiać swoje pierwsze kroki u boku doświadczonych aktorów, reżyserów i operatorów. A wszystko to w najpiękniejszych plenerach w Polsce, czyli w Giżycku na Mazurach!

Ekipa Giżyckiego Festiwalu Filmowego, debiut za nami, teraz cała naprzód ku nowej przygodzie!

Do zobaczenia za rok!

 

Bez kategorii, filmy

Wyjątkowo często odwiedzam w tym roku Mazury, zawsze z radością.  Nad jezioro Niegocin wracam już w ten weekend. W najbliższy piątek  5 października wystartuje tam pierwszy Giżycki Festiwal Filmowy. Na ekranie Kina Nowa Fala debiuty i etiudy uznanych reżyserów, a także tych, którzy dopiero zaczynają swoją filmową przygodę. W repertuarze m.in. nominowany do Oscara pełnometrażowy debiut Romana Polańskiego Nóż w wodzie”. Ten film będzie można zobaczyć w towarzystwie legendy polskiego kina – Zygmunta Malanowicza. Z dziką przyjemnością porozmawiam z aktorem w sobotę o godz. 20:30. 

GFF

 Kraina Wielkich Jezior Mazurskich przez dwa dni od 5-6 października będzie zachwycać nie tylko pięknym krajobrazem. Nieprzypadkowo to Giżycko stało się stolicą nowej inicjatywy na filmowej mapie Polski. To tutaj powstał kultowy „Nóż w wodzie” Romana Polańskiego, a w pobliskich Wilkasach Krzysztof Kieślowski zdobył uprawnienia żeglarskie. Aby móc wypłynąć na szerokie filmowe wody, trzeba uruchomić odwagę i zadebiutować. Kino Nowa Fala stanie się miejscem oglądania najciekawszych etiud i debiutów filmowych, a także przestrzenią dla interesujących rozmów o kinie.

Gośćmi pierwszej edycji Giżyckiego Festiwalu Filmowego będą:

Tomasz Śliwiński – reżyser i operator nominowanego do Oscara osobistego dokumentu „Nasza klątwa”;

Aleksander Pietrzak – reżyser najgłośniejszego debiutu tego roku, filmu „Juliusz” z Wojciechem Mecwaldowskim w roli głównej;

Zygmunt Malanowicz – odtwórca jednej z głównych ról w filmie „Nóż w wodzie”. Przy okazji tej produkcji uruchomimy filmowy wehikuł czasu i zobaczymy, jak w 1961 roku wyglądało spotkanie 28-letniego reżysera Polańskiego z 23-letnim aktorem Zygmuntem Malanowiczem.

W pierwszy weekend października Kryształowe Żagle – nagrody festiwalu trafią do najciekawszych twórców, których filmy zaprezentujemy w Giżycku. To wyróżnienie z pewnością pozwoli poczuć wiatr w żaglach i znaleźć się na dobrej, filmowej fali.

Partnerem pierwszej edycji festiwalu jest Warszawska Szkoła Filmowa, dzięki temu będzie można zobaczyć najlepsze etiudy, jakie powstały w tej uczelni. Równie ciekawie zapowiada się przegląd zatytułowany: „Najlepsze polskie 30’” ze Studia Munka. Widzowie zobaczą m.in. nagrodzone w Cannes „Najpiękniejsze fajerwerki ever” w reżyserii Aleksandry Terpińskiej, a także „60 kilo niczego” Piotra Domalewskiego, reżysera, który był niekwestionowanym zwycięzcą ubiegłorocznego festiwalu filmowego w Gdyni. W Giżycku będzie można także zobaczyć, jakie filmy na początku swojej drogi tworzyła Dorota Kobiela, autorka jednej z najgłośniejszych animacji ostatnich lat, filmu Twój Vincent”. Na Mazurach pokażemy jej fabularną etiudę „Serce na dłoni”.

W programie festiwalu znalazły się zarówno filmy dokumentalne, fabuły, jak i animacje. W tej ostatniej kategorii na szczególną uwagę zasługuje „Jeszcze dzień życia” – spektakularny debiut na podstawie reportażu Ryszarda Kapuścińskiego. Za tę produkcję odpowiada międzynarodowy duet – Damian Nenow i Raul de la Fuente. 

Zapraszam na spotkanie z Zygmuntem Malanowiczem, a także na rozmowy prowadzone przez Ajkę Tarasow i Magdalenę Felis. Za zaproszenie do udziału w festiwalu dziękuję Pawłowi Adamskiemu i Adrianowi Jagielińskiemu z Outdoor Cinema.

Kino to połączona energia twórców i widzów, mam nadzieję, że Was nie zabraknie. Zacumujcie na Mazurach i zanurzcie się w filmowych opowieściach. Do zobaczenia!

Swój udział już dziś możecie zameldować na facebooku:

https://www.facebook.com/events/400631530468278/

 

 

 

Bez kategorii

To jest ten moment, kiedy mogę Państwu przedstawić moje nowe „dziecko” i zaprosić do cieszenia się tym, jak będzie się rozwijać. Powiem więcej – Wasza obecność będzie niezbędna do tego, by rosło.  O co chodzi? O „Rozmawiam, bo lubię”.

To cykl spotkań, które pokazują, że nie wymyślono nic ciekawszego od spokojnej rozmowy. Takiej, w której jest miejsce na autentyczną ciekawość, wymianę emocji i wrażeń. Bez fajerwerków i przerostu formy nad treścią. Spotykamy się, aby pobyć ze sobą, bez pośpiechu, z uwagą i wzajemną ciekawością. Te rozmowy to jak uchylenie drzwi do cudzej codzienności.

Chcę pokazać ludzi, którzy od lat konsekwentnie idą swoją drogą, a to, co robią, jest dla nich źródłem nieustającej radości. Cechy wspólne bohaterów cyklu to: pasja i wierność sobie. To także wiara w to, że każdy ma swój talent,  a siła polega na współdziałaniu, a nie „graniu na siebie”.

Zaczynamy od spotkania z ANDRZEJEM PĄGOWSKIM

W minionym roku obchodził 40 lecie pracy artystycznej.  Współpracował m.in. z Agnieszką Holland, Andrzejem Wajdą i Krzysztofem Kieślowskim. To jeden z jego plakatów („Po godzinach”)  Robert De Niro zawiózł swojemu przyjacielowi Martinowi Scorsese. Prace artysty znajdują się w m.in. w  Museum of Modern Art w Nowym Jorku czy Centrum Pompidou w Paryżu.

Spotykamy się, aby porozmawiać o sztuce, a także o niesłabnącym apetycie na życie. 

Dzięki Warszawskiej Szkole Filmowej i Liceum Filmowemu zapraszam

28 lutego do warszawskiego Kina Elektronik. Startujemy o godz. 18.

Wstęp jest bezpłatny.

Przyjdź, posłuchaj i poczuj, jaką przygodą może być drugi człowiek!

***

Moją nieocenioną akuszerką przy narodzinach cyklu w Kinie Elektronik była Dorota Bąk-Hardami z Warszawskiej Szkoły Filmowej.  Kiedyś słuchała mnie w radiu, potem zaprosiła z jednorazowym wykładem do swojej klasy w Liceum Filmowym, gdzie miałam okazję opowiadać o książkach, które uruchamiają wyobraźnię. Teraz zadbała o materialną przestrzeń, w której można się spotkać i zrobić to, co najbardziej lubię, czyli porozmawiać. DZIĘKUJĘ!

 

Bez kategorii

Film, podróż, rozmowa – to  fundamenty Objazdowego Kina Visa. W minionym roku przejechało 25 tys. kilometrów, aby dotrzeć z premierowymi produkcjami do 70 tys. widzów. Tegoroczna edycja ma równie ambitne plany.  Cieszę się, że stałam się częścią tego przedsięwzięcia. W minionym tygodniu miałam przyjemność otworzyć cykl rozmów, jakie odbywają się po wybranych seansach. Drugą odsłonę filmowych spotkań otworzyli ALEKSANDRA PISULA – aktorka i współscenarzystka „Ataku paniki” oraz reżyser i współtwórca scenariusza tego filmu – PAWEŁ MAŚLONA .  Ta produkcja to jego debiut pełnometrażowy. Czarną komedię, w której bohaterowie  w tragikomiczny sposób próbują radzić sobie z codziennością, zobaczyło już ponad 150 tysięcy widzów.

Spotkanie w Miejskim Domu Kultury w Szczytnie pokazało, że droga filmowa często zaczyna się w małej miejscowości od pasji, którą później konsekwentnie się rozwija. Paweł Maślona wspominał:

Startowałem w Klubie Filmowym „Groteska”, który istniał przy Domu Kultury w  moim rodzinnym Kędzierzynie – Koźlu. Tam robiłem swoje pierwsze licealne filmy. Miałem specjalny zeszyt z napisem: „reżyser”.  Wklejałem do niego zdjęcia z gazet, pisałem recenzje filmów, felietony o kinie. To był mój prywatny magazyn filmowy.

Wówczas nie mógł jeszcze przypuszczać, że za swój fabularny debiut otrzyma nominację do Paszportów Polityki –nagrody, która docenia najciekawszych artystów w Polsce. Nie przewidział też, że jego nazwisko znajdzie się w tytule książki, która przedstawia sylwetki wybitnych polskich reżyserów. Mowa o tekście „Od Munka do Maślony“ znanej krytyczki filmowej Barbary Hollender. Twórca mimo młodego wieku (6 lutego skończy 35 lat) zaskakuje reżyserką dojrzałością.  Jak mówi  – kręci filmy po to, aby ci, którzy je oglądają, poczuli się mniej samotni.

Dom kultury był istotnym miejscem również dla Aleksandry Pisuli. Absolwentka PWST w Krakowie,  znana widzom m.in. z serialu „Wojenne dziewczyny” opowiadała:

Wychowywałam się w grupie teatralnej od 11 roku życia, jeździłam w różne miejsca  np. z mikołajkowymi występami. Nie zdziwiłabym, gdybym już tu kiedyś była, np. jako Królowa Śniegu – śmiała się aktorka. Ta sala wydaje mi się znajoma.

Widzowie w Szczytnie oprócz projekcji „Ataku paniki”zobaczyli fotosy z planu, pokazujące, jak powstaje filmowa produkcja. Na ekranie pojawił się m.in. Nicolas Bro – duński aktor, który sprawił, że obsada debiutu Maślony stała się międzynarodowa. Ciekawa była historia tego, jak pojawił się na planie:

Nicolasa znałam z „Jabłek Adama, „Nimfomanki. Oglądałam go z zapartym tchem w serialu „Most nad Sundem”– opowiadała Ola Pisula.  Kiedy rozmawialiśmy z reżyserem o różnych postaciach, wysyłaliśmy sobie ich fizyczne referencje. Paweł zapisał w scenariuszu, że ma to być człowiek, na którego widok nie jesteś w stanie się nie uśmiechnąć.  Kiedy przeczytałam ten opis, pomyślałam: ja znam takiego człowieka! On się na pewno nie zgodzi, ale wyślę Pawłowi chociaż jego zdjęcie, może znajdziemy podobnego aktora w Polsce. Bartek z Jankiem Kwiecińskim (producentem) napisali do niego, a  agentka aktora bardzo szybko odpisała, że jest zainteresowany.

 Okazało się, że czasami to, co wydaje się mało realne, staje się prostsze niż przypuszczaliśmy. Tak się dzieje, kiedy ludzie czują dobrą energię i mają przekonanie , że uczestniczą w czymś, co jest dla kogoś ważne spuentował historię Paweł Maślona. Mieliśmy dużo szczęścia z obsadą, nikt nam nie odmówił.

A „Ataku paniki” oglądamy m.in.: Dorota Segdę , Artura Żmijewskiego, Magdalenę Popławska i Grzegorza Damięckiego.

Podczas spotkania w Szczytnie pojawił się wątek codzienności aktora i reżysera. Ich „ataków paniki”. Ola szczerze opowiadała:

Wszyscy aktorzy są pełni strachu, że nie będzie następnej roli. To jest czekanie, aż ktoś cię zaprosi, aż ktoś  cię pokocha.  Wieczne chodzenie na castingi, gdzie się nie podobasz. Słyszysz, że powinnaś być blondynką, mieć niebieskie oczy, lepiej wyglądać. Na początku ta droga jest nieznośna, ale kiedy wchodzisz  już w projekt, z którym się utożsamiasz i możesz eksplorować ten świat, aktorstwo  staje się jednym z najpiękniejszych zawodów.

 – Plan jest najciekawszym miejscem pracy nad filmem – dodał Paweł.  Pisanie scenariusza  jest frustrujące  i męczące, mocno samotnicze, a plan to zabawa. Najwięcej nerwów, największa adrenalina, ale też największa satysfakcja z wykonanej  pracy.

 Goście Objazdowego Kina Visa żegnając się z widzami, podzielili się filmowymi marzeniami. Poproszeni o niestawianie granic swojej wyobraźni powiedzieli:

 Chciałabym zagrać z Leonardo di Caprio, marzę też o pojawieniu się na planie u Paula Thomasa Andersona, uwielbiam tego reżysera – mówiła Ola.  U niego mogłabym zagrać nawet drzewo – żartowała.

 Chciałbym – i to byłoby dla mnie bardzo wzruszające – zrobić film z Januszem Gajosem – zdradził  Paweł Maślona. Chętnie wróciłbym też do współpracy z Łukaszem Simlatem. (panowie pracowali razem przy filmie „Magma”).

 W lutym reżyser zabiera się do pisania adaptacji książki „Lubiewo” Michała Witkowskiego. Będzie też rozwijał serial dla HBO. Aleksandra  Pisula w marcu pojawi się w drugim sezonie „Wojennych dziewczyn”. Pracuje też  nad Teatrem Telewizji w reżyserii  Tomasza Jurkiewicza.

***

To tylko fragmenty spotkania w Szczytnie, jeśli chcecie posłuchać całej rozmowy, zapraszam tutaj:

 

Jak widać na załączonym obrazku, rozmowa sprawia mi autentyczną frajdę, mam nadzieję, że radość udzieli się słuchającym 🙂