Bez kategorii, książki

Słowem można przytulać i ona to robi. Opowiada o sobie tak, że daje siłę innym. Urszula Dudziak dzieli się swoimi doświadczeniami i pokazuje drogę od zakompleksionej, zalęknionej dziewczyny, do kobiety, które wie, czego chce i potrafi cieszyć się życiem. Zakochana, pełna energii, z ciekawością świata i swoich czytelników rusza w trasę.

Jej życie to materiał na niejedną książkę, dlatego teraz artystka „wyśpiewa jeszcze więcej” na wyjątkowych koncertach łączących muzykę z autobiograficzną opowieścią. 

Wybierzcie się po muzykę i historie, które zmotywują do zmieniania tego, co Was w życiu uwiera.  Jej książka „Wyśpiewam Wam więcej” jest jak podręcznik uruchamiania czułości wobec samego siebie. To często najtrudniejsze zadanie, ale kiedy człowiek się go podejmie, świat zaczyna się w końcu uśmiechać.

Wzruszająca część tej książki to pamiętniki, do których wraca wybitna wokalistka. To, co myślała o sobie 30-letnia Urszula Dudziak diametralnie się różni od tego, co mówi o sobie dziś. I bardzo dobrze, to dobitny przykład na to, że można urodzić się na nowo.

Artystka zdiagnozowała u siebie  coś, co nazywa nieuleczalnym umiłowaniem życia. Marzy mi się taka pozytywna epidemia. Dajcie się zarazić jej energią!

Bez kategorii, filmy

Wręczono Kryształowe Żagle – nagrody Giżyckiego Festiwalu Filmowego prezentującego najciekawsze etiudy i debiuty reżyserskie. Doceniono pierwszy pełnometrażowy film Aleksandra Pietrzaka pt. Juliusz”, a Honorowy Kryształowy Żagiel trafił w ręce Zygmunta Malanowicza. 80-letni dziś aktor w 1961 roku zadebiutował w filmie „Nóż w wodzie” Romana Polańskiego. Wówczas nie mógł przypuszczać, że zrealizowana na Mazurach produkcja, zostanie nominowana do Oscara.

Zygmunt Malanowicz w Kinie Nowa Fala w 2018 roku i 57 lat wcześniej na łodzi podczas realizacji filmu „Nóż w wodzie” Romana Polańskiego. Reżyser uparł się, żeby przefarbować go na blondyna. fot. T.Nasternak

Fotosy z „Noża w wodzie” na co dzień można podziwiać w giżyckim kinie Nowa Fala. To ono przez dwa dni od 5 do 6 października stało się centrum filmowego świata debiutantów. Widzowie mieli okazję zobaczyć najciekawsze etiudy z Warszawskiej Szkoły Filmowej, a także najlepsze trzydziestominutowe debiuty ze Studia Munka, wśród nich m.in. nagrodzone na festiwalu w Cannes „Najpiękniejsze fajerwerki ever” w reż. Aleksandry Terpińskiej i „60 kilo niczego” Piotra Domalewskiego, niekwestionowanego zwycięzcy ubiegłorocznego festiwalu w Gdyni.

Pierwszy w historii Kryształowy Żagiel trafił do Aleksandra Pietrzaka, reżysera brawurowej komedii Juliusz” Aleksandra Pietrzaka. Widzowie zobaczyli też jego szkolną etiudę „Mocna kawa wcale nie jest taka zła”. Nagroda Giżyckiego Festiwalu Filmowego to wyróżnienie, które docenia tych, którzy znaleźli się na dobrej filmowej fali. 

Nasz Kryształowy Żagiel ma dodać debiutantom energii, tak by poczuli wiatr w żaglach – mówił Paweł Adamski, prezes Outdoor Cinema, organizator festiwalu. Potrzeba dużej odwagi, aby zadebiutować, dlatego taki pierwszy krok należy nagrodzić. Życzymy wszystkim, którzy będą pojawiać się na Giżyckim Festiwalu Filmowym, aby ich pierwsze filmy, tak jak Nóż w wodzie,” po latach mogły być określone mianem kultowych – podsumował.

Mazurska publiczność jako jedna z pierwszych w Polsce mogła zobaczyć międzynarodową animację „Jeszcze dzień życia” na podstawie prozy Ryszarda Kapuścińskiego. Film przyjechał do Giżycka prosto z festiwalu w San Sebastian, gdzie otrzymał nagrodę publiczności.

Reżyser Tomasz Śliwiński podczas festiwalowego rejsu po jeziorze Niegocin. fot. Tomasz Nasternak

Wyjątkowym projekcjom towarzyszyły pasjonujące rozmowy o kinie. Z widzami spotkał się Tomasz Śliwiński – reżyser nominowanego do Oscara osobistego dokumentu Nasza klątwa”. Absolwent Warszawskiej Szkoły Filmowej zdradził, że właśnie przygotowuje się do kolejnego debiutu, tym razem w roli reżysera filmu fabularnego. Najprawdopodobniej w przyszłym roku na ekranie pojawi się jego „Ondyna”.

Zygmunt Malanowicz  fot. T. Nasternak

Laureat Honorowego Kryształowego Żagla Zygmunt Malanowicz odbył sentymentalny rejs statkiem Bełdany po mazurskich jeziorach, odwiedzając plenery, które pamiętał sprzed 57 lat.

Kulminacją festiwalowych emocji było spotkanie z publicznością w kinie Nowa Fala. Aktor z ponad 50-letnim doświadczeniem w zawodzie wspominał swoje początki w świecie filmu. Dzięki jego opowieści publiczność mogła wrócić do 1961 roku, kiedy to na planie w Giżycku spotkali się dwaj debiutanci – reżyser Polański i aktor Malanowicz. W obsadzie kultowego dziś „Noża w wodzie” zagrali jeszcze doskonale znany publiczności Leon Niemczyk, a także Jolanta Umecka – amatorka, którą na basenie wypatrzył i zaprosił do filmu Roman Polański. Jak zdradził Zygmunt Malanowicz, w mazurskich jeziorach spoczywa do dziś kamera Arriflex, którą z wysokości masztu wypuścił z rąk operator Jerzy Lipman. Po latach trudno uwierzyć, w jak spartańskich warunkach kręcony był ten film. Nikt nie śnił jeszcze o latających dronach czy szeregu udogodnień technicznych, a przeważająca część akcji toczyła się na wodzie. Na czym polegała recepta na sukces twórców z lat 60.?

– Mieliśmy dwie najważniejsze rzeczy w świecie filmu: wyobraźnię i wrażliwość. To te dwa elementy w patrzeniu na świat są najważniejsze – mówił laureat Honorowego Kryształowego Żagla Zygmunt Malanowicz. Dziękując za nagrodę, aktor docenił nową inicjatywę na filmowej mapie Polski, jaką jest Giżycki Festiwal Filmowy. Bardzo dziękuję organizatorom, którzy w przygotowanie tej imprezy włożyli tyle pracy, a przede wszystkim pasji. Kino jest czymś, co jest poza jakimkolwiek programem, poza jakimkolwiek zamknięciem. Kino to wolność naszych myśli, serc, uczuć i marzeńpodsumował pierwszy laureat Honorowego Kryształowego Żagla.

 Giżycka publiczność nagrodziła go długimi oklaskami. Po spotkaniu z aktorem odbyła się projekcja etiudy „Dwaj ludzie z szafą” Romana Polańskiego, a także pokaz zrekonstruowanego cyfrowo „Noża w wodzie”.

Debiut Giżyckiego Festiwalu Filmowego za nami, zaczynają się przygotowania do drugiej edycji. Za rok oprócz projekcji i rozmów o filmach mają pojawić się m.in. tygodniowe warsztaty dla kinowych twórców. Debiutanci będą mogli stawiać swoje pierwsze kroki u boku doświadczonych aktorów, reżyserów i operatorów. A wszystko to w najpiękniejszych plenerach w Polsce, czyli w Giżycku na Mazurach!

Ekipa Giżyckiego Festiwalu Filmowego, debiut za nami, teraz cała naprzód ku nowej przygodzie!

Do zobaczenia za rok!

 

Bez kategorii, filmy

Wyjątkowo często odwiedzam w tym roku Mazury, zawsze z radością.  Nad jezioro Niegocin wracam już w ten weekend. W najbliższy piątek  5 października wystartuje tam pierwszy Giżycki Festiwal Filmowy. Na ekranie Kina Nowa Fala debiuty i etiudy uznanych reżyserów, a także tych, którzy dopiero zaczynają swoją filmową przygodę. W repertuarze m.in. nominowany do Oscara pełnometrażowy debiut Romana Polańskiego Nóż w wodzie”. Ten film będzie można zobaczyć w towarzystwie legendy polskiego kina – Zygmunta Malanowicza. Z dziką przyjemnością porozmawiam z aktorem w sobotę o godz. 20:30. 

GFF

 Kraina Wielkich Jezior Mazurskich przez dwa dni od 5-6 października będzie zachwycać nie tylko pięknym krajobrazem. Nieprzypadkowo to Giżycko stało się stolicą nowej inicjatywy na filmowej mapie Polski. To tutaj powstał kultowy „Nóż w wodzie” Romana Polańskiego, a w pobliskich Wilkasach Krzysztof Kieślowski zdobył uprawnienia żeglarskie. Aby móc wypłynąć na szerokie filmowe wody, trzeba uruchomić odwagę i zadebiutować. Kino Nowa Fala stanie się miejscem oglądania najciekawszych etiud i debiutów filmowych, a także przestrzenią dla interesujących rozmów o kinie.

Gośćmi pierwszej edycji Giżyckiego Festiwalu Filmowego będą:

Tomasz Śliwiński – reżyser i operator nominowanego do Oscara osobistego dokumentu „Nasza klątwa”;

Aleksander Pietrzak – reżyser najgłośniejszego debiutu tego roku, filmu „Juliusz” z Wojciechem Mecwaldowskim w roli głównej;

Zygmunt Malanowicz – odtwórca jednej z głównych ról w filmie „Nóż w wodzie”. Przy okazji tej produkcji uruchomimy filmowy wehikuł czasu i zobaczymy, jak w 1961 roku wyglądało spotkanie 28-letniego reżysera Polańskiego z 23-letnim aktorem Zygmuntem Malanowiczem.

W pierwszy weekend października Kryształowe Żagle – nagrody festiwalu trafią do najciekawszych twórców, których filmy zaprezentujemy w Giżycku. To wyróżnienie z pewnością pozwoli poczuć wiatr w żaglach i znaleźć się na dobrej, filmowej fali.

Partnerem pierwszej edycji festiwalu jest Warszawska Szkoła Filmowa, dzięki temu będzie można zobaczyć najlepsze etiudy, jakie powstały w tej uczelni. Równie ciekawie zapowiada się przegląd zatytułowany: „Najlepsze polskie 30’” ze Studia Munka. Widzowie zobaczą m.in. nagrodzone w Cannes „Najpiękniejsze fajerwerki ever” w reżyserii Aleksandry Terpińskiej, a także „60 kilo niczego” Piotra Domalewskiego, reżysera, który był niekwestionowanym zwycięzcą ubiegłorocznego festiwalu filmowego w Gdyni. W Giżycku będzie można także zobaczyć, jakie filmy na początku swojej drogi tworzyła Dorota Kobiela, autorka jednej z najgłośniejszych animacji ostatnich lat, filmu Twój Vincent”. Na Mazurach pokażemy jej fabularną etiudę „Serce na dłoni”.

W programie festiwalu znalazły się zarówno filmy dokumentalne, fabuły, jak i animacje. W tej ostatniej kategorii na szczególną uwagę zasługuje „Jeszcze dzień życia” – spektakularny debiut na podstawie reportażu Ryszarda Kapuścińskiego. Za tę produkcję odpowiada międzynarodowy duet – Damian Nenow i Raul de la Fuente. 

Zapraszam na spotkanie z Zygmuntem Malanowiczem, a także na rozmowy prowadzone przez Ajkę Tarasow i Magdalenę Felis. Za zaproszenie do udziału w festiwalu dziękuję Pawłowi Adamskiemu i Adrianowi Jagielińskiemu z Outdoor Cinema.

Kino to połączona energia twórców i widzów, mam nadzieję, że Was nie zabraknie. Zacumujcie na Mazurach i zanurzcie się w filmowych opowieściach. Do zobaczenia!

Swój udział już dziś możecie zameldować na facebooku:

https://www.facebook.com/events/400631530468278/

 

 

 

blog, filmy, Ludzie

Trwa festiwal Visa Kino Letnie, codzienne projekcje do końca sierpnia na Kulturalnym Placu Niepodległości w Zakopanem i Sopocie. Dodatkowo, w wakacyjne środy i czwartki festiwal cumuje na Mazurach.  Seanse pod gwiazdami w Ekomarinie w Giżycku. Oprócz filmów spotkania z ludźmi kina.

Widzimy się 3 sierpnia w Sopocie.

W festiwalowej kawiarni „Koło Molo” pojawią się aktorzy „Ataku paniki”:

BARTŁOMIEJ KOTSCHEDOFF i ARTUR ŻMIJEWSKI 

o godz. 16 porozmawiamy o scenariuszach tworzonych do filmów i tych pisanych przez życie.

Spotkanie ma charakter otwarty, wystarczy przyjść i przysiąść się do rozmowy. Mile widziane – dobry humor i ciekawość, którą będzie słychać w zadawanych pytaniach. Do zobaczenia!

 

Artur Żmijewski – czyli filmowy Andrzej, w „Ataku paniki” zdecydowanie zrywa z wizerunkiem dobrotliwego ojca Mateusza 😉

 

Bartłomiej Kotschedoff – odtwórca roli Miłosza, który traci kontakt z analogową rzeczywistością. Bartek w Sopocie w podwójnej roli aktora i współscenarzysty „Ataku paniki”.

 

książki

To już jutro – Slow weekend nad Wisłą – Lato!  Na Bulwarach Wiślanych stoiska z modą, ręcznie robioną biżuterią i naturalnymi kosmetykami.  W planie sporo aktywności dla tych, którzy mają ochotę zwolnić i włączyć uważność. Ciekawie zapowiadają się m.in. pszczelarskie warsztaty. Będzie się też można zasłuchać. Z przyjemnością podsycę  apetyt na książkę Natalii Sosin-Krosnowskiej „Cisza i spokój. Cała prawda o życiu z daleka od miasta”. Gospodyni i współtwórczyni programu „Daleko od miasta” w Domo+ napisała tekst, dzięki któremu zaglądamy do codzienności tych, którzy zdecydowali się na przeprowadzkę na wieś. To idealna książka dla wszystkich, którzy na poważnie myślą o zostawieniu miejskiej codzienności. Czytając „Ciszę i spokój”, śledzimy m.in. przeprowadzkę z Paryża do Kiersztonowa na Warmii. Jeden z bohaterów tego tekstu – Stephan, dyrektor w firmie z branży modowej, staje się hodowcą i serowarem. Sam żartuje, że przed metamorfozą miał z owcami jedynie kontakt wzrokowy. Mijał je na pastwiskach w drodze na spotkania biznesowe.

Ta książka utwierdziła mnie w przekonaniu, że warto wiedzieć, czego chce się od życia.  Bohaterów tej opowieści łączy odwaga – ta potrzebna do przeprowadzki, ale też ta, która pozwala wycofać się z planu, który nie przynosi spełnienia. Wyjazd na wieś sprawdza się tylko wtedy, kiedy nie jest  ucieczką od siebie. Miejskie demony w postaci niepozałatwianych spraw, znajdą nas wszędzie, nawet tam, gdzie zakopuje się terenowy samochód.

Ile razy w życiu chodziło Wam po głowie zdanie:  a gdyby zostawić to wszystko i wyjechać np. w Bieszczady? Pomysł, który pojawia się w wielu głowach, realizują tylko nieliczni. Powód? Zdecydowana większość boi się jakiejkolwiek zmiany, woli znane, choć niewygodne, od niewiadomej, którą utożsamia nie z szansą, a z ryzykiem.  Bohaterowie książki  postanowili spróbować, co kryje się za wypowiedzianym na głos marzeniem.  Jednym rzeczywistość wiejska przyniosła spełnienie, innym rozczarowanie, bo okazało się, że ich wyobrażenie o sielskości miało niewiele wspólnego z prawdą. Ta książka to niezbędnik dla tych, którzy przymierzają się do przeprowadzki na wieś. Marzyciele, którzy podchodzą do realizacji planu na zasadzie „jakoś to będzie”, dostają listę konkretnych wskazówek, dzięki którym kupno domu na wsi nie będzie zakupem problemu. Ci, którzy myślę o agroturystyce, muszą zadać sobie pytanie, czy naprawdę mają w sobie gotowość do nieustannego zajmowania się obcymi ludźmi. Fani starych młynów powinni sprawdzić zasobność portfel i przeliczyć raz jeszcze, czy na pewno stać ich na remont pod nadzorem konserwatora zabytków.

Bohaterowie „Ciszy i spokoju” na swój nowy etap życia wybrali różne miejscówki, dzięki temu uchylamy drzwi do codzienności w  Karkonoszach, Kotlinie Kłodzkiej, na Warmii, czy w  Górach Izerskich. Razem z konkretnymi ludzkimi historiami dostajemy listę miejsc, które warto odwiedzić z bezpiecznej pozycji gościa.

Spotkanie z Natalią Sosin-Krosnowską o godz. 14 na Bulwarach Wiślanych, do zobaczenia!

filmy, Ludzie

Kocham kino za to, że przez godzinę, dwie, można pobyć w innej rzeczywistości. Często bywa tak, że oglądam odległą od siebie historię, a jednak odnajduję w niej fragmenty swojej wrażliwości. To właśnie na wspólnocie doświadczeń można budować. Siła kina to przecież połączenie dwóch energii – twórców i widzów. Lubię ten moment, kiedy konkretne produkcje się w nas „zadomawiają”, siedzą w człowieku i stają się pretekstem do poukładania emocji. A te najlepiej porządkuje się podczas rozmowy. Zapraszam na festiwalowe relacje na facebookowy profil Rozmawiam, bo lubię i do oglądania filmów przez 62 dni najdłuższego wakacyjnego festiwalu filmowego w Polsce. Visa Kino Letnie zaprasza do Zakopanego, Sopotu i Giżycka. Szczegółowy repertuar znajdziecie na www.Kino.Visa.pl Co istotne, to projekt dostępny dla wszystkich, nie ograniczy Was budżet, ponieważ wszystkie seanse są bezpłatne.

W Zakopanem w Rezydencji Gubałówka przywitały mnie piękne czarne kierpce, pakuję je do walizki i jadą ze mną dalej, przeniosę na stopach góralską serdeczność na Mazury. 4 lipca uroczyście otwieramy festiwal w Giżycku, który cumuje w Ekomarinie we wszystkie wakacyjne środy i czwartki. Tutaj wyjątkowa możliwość oglądania filmów bezpośrednio z zacumowanych jachtów. Dla żeglarzy przygotowano specjalną częstotliwość radiową – 90,1 MHz, dzięki której dźwięk będzie niósł się po wodzie. Dzień później przenosimy się na najdłuższe drewniane molo w Europie, gdzie 5 lipca odbędzie się Oficjalna Gala wręczenia nagrody festiwalu – Diamentowego Klapsa Filmowego. 

Repertuar skonstruowano tak, by każdy mógł wybrać coś dla siebie.  W filmowym kalendarzu pojawiają się „Muzyczne poniedziałki”, „Wtorki z Cannes”, środowe „Super hity”, czwartki „Made in Poland”, „Komediowe piątki” i sobotnie „Oscary”. Tydzień zamykamy „Kobiecymi niedzielami”.

W Zakopanem termometr pokazywał 8 stopni, ale uruchomiliśmy wewnętrzną pogodę ducha. Miałam okazję przekonać się, że  ludziach z Podhala płynie gorąca krew, a serdeczny uśmiech rozgrzewa najlepiej. Na swoim szlaku spotkałam parę fantastycznych ratowników górskich – Ewelinę i Grzegorza Wierciochów. Ona jest pierwszą od 30 lat kobietą w Tatrzańskim Ochotniczym Pogotowiu Ratunkowym. Od razu pomyślałam, że musicie ich poznać.

Zdążyłam pospacerować z Krzysztofem Trebunią-Tutką – liderem góralskiego zespołu, który nie boi się zaglądania do różnych muzycznych bajek. Grupa współpracowała m.in. z jamajską grupą The Twinkle Brothers, a w rozmowie pojawiło się marzenie o współpracy z Almodovarem.

fot. Maciej Cioch

W weekendowym biegu zajrzałam też do Galerii Hasiora, po której oprowadziła mnie promienna Emilia Pomiankiewicz. Przekroczenie progu przy Jagiellońskiej spowodowało, że poczułam się, jakbym weszła do głowy artysty, a działo się w niej naprawdę dużo. Przedstawimy Wam kilka twarzy Hasiora – rzeźbiarza, scenografa, biegacza. Człowieka, który lubił łączyć ze sobą ludzi o skrajnie różnych poglądach.  (nagranie wkrótce).

fot. Maciej Cioch

Nie ma produkcji filmowej bez klapsa filmowego. To on wyznacza rytm poszczególnych ujęć. Na scenie w Zakopanem pierwsze ujęcie wyznaczyli:

Paweł Adamski – prezes Outodoor Cinema – pomysłodawca i organizator festiwalu, Katarzyna Jezierska – szefowa marketingu Visa w Polsce, Leszek Dorula – burmistrz miasta Zakopane i Katarzyna Figura – aktorka, bez której nie można wyobrazić sobie polskiego kina. (w październiku nowy film Marka Koterskiego z jej udziałem).

fot. Maciej Cioch

Na Podhalu ludzie udowadniają, że uśmiech ma właściwości rozgrzewające! Mam takie same kierpce jak urocza pani ze zdjęcia. Założę je w Giżycku, już jestem ciekawa, do kogo tym razem zaprowadzą mnie moje stopy. Pewne jest to, że widzimy się z PIOTREM GŁOWACKIM w Kinie Nowa Fala w Giżycku 4 lipca. Tam bezpłatny seans filmu „Tarapaty” o godz. 15, a potem spotkanie z widzami. Piotr to człowiek, który wie, jak realizować marzenia, do różnych szkół aktorskich zdawał wielokrotnie w ciągu 4 lat. Udało się za dziesiątym razem! Powspominamy jego role m.in. w takich filmach jak: „Oda do radości” Jana Komasy, „Bogowie” Łukasza Palkowskiego czy „80 milionów” Waldemara Krzystka. Do zobaczenia!

książki

„Mirabelka” Cezarego Harasimowicza to książka dla dzieci. Jak sugeruje wydawnictwo Zielona Sowa dla tych, które skończyły 9 lat. Myślę jednak, że to pozycja obowiązkowa dla dorosłych. Pozwala wrócić do tego, co najcenniejsze w dziecięcym odbiorze świata – do autentycznej ciekawości i otwartości na inność.  Ten tekst najmocniej opowiada o tym, że warto gromadzić miłość w swoich korzeniach. To ona pozwala żyć nawet w najtrudniejszych czasach.

Od momentu zobaczenia okładki zakochałam się w  ilustracjach, które towarzyszą opowieści Cezarego Harasimowicza.  Odpowiada za nie Marta Kurczewska. Jej rysunki mentalnie przenoszą do czasów dzieciństwa. Zmaterializowana czułość i wdzięk.

Podczas niedawnego Big Book Festivalu miałam okazję po raz kolejny porozmawiać z Cezarym Harasimowiczem o tym, co karmi nasze korzenie. Po spotkaniu wspólnie zasadziliśmy drzewko. Nazwaliśmy je Dorka – to imię bohaterki, którą widzicie na okładce w czerwonym płaszczyku. Jeśli będziecie na ulicy Merliniego 2, w okolicy ścianki wspinaczkowej „W górę”, sprawdźcie jak sobie dziewczyna radzi.

„Mirabelka” powoduje, że można kogoś polubić „na odległość czasu”. W tej opowieści pamięć ocala. Ciekawych tego, kim byli pan Izaak, Dorka, Chaim i bracia Alfusowie, zapraszam do wysłuchania rozmowy youtubowym kanale Rozmawiam, bo lubię. https://www.youtube.com/watch?v=_Fd_HLi_vt4&frags=pl%2Cwn

książki

Do tej pory rzadko czytałam kryminały i thrillery psychologiczne, ale już wiem, że to się zmieni. Wojciech Chmielarz wciągnął mnie do tego świata. Powiem więcej: otworzyłam książkę i mnie wessało. Najpierw pochłonęłam „Żmijowisko”, a potem sięgnęłam po „Cienie”. Znajomość z komisarzem Mortką była na tyle intensywna, że wszystkie domowe sprawy musiały poczekać. Zamiast montować nowe rozmowy dla państwa, przeładowywałam policyjną broń i kibicowałam aspirantce Suchockiej.  Po skończonej lekturze ustawiłam następny tekst w kolejce. To będzie „Podpalacz” . Potem przyjdzie czas na cykl gliwicki, w tym na nominowaną do Nagrody Wielkiego Kalibru książkę „Zombie”.  Jak widać, zawsze jest dobra pora na nową znajomość. Czytam niechronologicznie, ale wcale nie pozbawia mnie to przyjemności wchodzenia w  świat stworzony przez  Wojciecha Chmielarza.

fot. Wojciech Rudzki

Mocny, wyrazisty język, taki, w którym słowa uruchamiają obrazy – to jeden z jego znaków rozpoznawczych. Czytasz i widzisz bohaterów. Do tego świetne ucho do dialogów i coś, co bardzo lubię w tego typu historiach – ironiczne poczucie humoru. 

W sobotę spotykamy się na Targu Śniadaniowym na Żoliborzu, żeby zobaczyć, jak powstają historie, które zawłaszczają uwagę czytelnika. Startujemy w samo południe. Dla tych, którzy będą mnie wspierać przy zadawaniu pytań, mamy książki. Do rozdania 50 egzemplarzy „Żmijowiska” !  (Aleja Wojska Polskiego 4). 

Nowa książka Chmielarza zabiera nas do gospodarstwa agroturystycznego, do którego przyjeżdża grupa przyjaciół ze studiów, trzydziestolatków, którzy w małej wsi odreagowują stres wielkomiejskiego życia. Podczas wakacji nad jeziorem znika piętnastoletnia córka jednej z par.

To historia, w której nie ma gangsterów i podążających ich tropem policjantów. Mrok pojawia się bardzo blisko nas, niemal po sąsiedzku. Niepozorne zło jest jeszcze bardziej przerażające.  Patrzymy na ludzi, którzy nie potrafią ze sobą rozmawiać. Wielu z nich zakłada na twarz maski, usilnie budując iluzję spełnionego życia.  Woli w nią uwierzyć niż przyznać się do rozczarowania.

Bohaterowie „Żmijowiska” są przerażająco samotni i niepewni. Swoją  tożsamość budują przez pozycję społeczną. Gnębi ich jednak deficyt uwagi i zrozumienia. Dla mnie to m.in. historia o braku, który paradoksalnie potrafi wypełnić życie.

Zanim odbierzecie swój egzemplarz „Żmijowiska”, przeczytajcie fragment książki.

PROLOG

Próbowała się zabić dwa razy. Za pierwszym razem wzięła środki nasenne. Całą garść rohypnolu, który popiła wódką. Poczuła się odprężona i cholernie szczęśliwa. Złe myśli same uciekły jej z głowy, chociaż wcześniej oblepiały zwoje mózgowe warstwą czarnej lepkiej smoły. A potem niespodziewanie się przestraszyła. Pobiegła do toalety, obijając się po drodze boleśnie o ściany. Klęknęła przy sedesie i włożyła sobie dwa palce głęboko w usta. Zaczęła wymiotować, a deska klozetowa spadła na nią i uderzyła w potylicę. Kiedy wyrzygała już wszystko, co miała w żołądku, a z jej ust wylewała się tylko pożółkła kwaśna ślina, wróciła do sypialni i zasnęła na szesnaście godzin.

Za drugim razem to była kwestia impulsu. Luty. Mokro, zimno i ciemno. Długo płakała w ubikacji. Zużyła prawie całą rolkę papieru toaletowego, wycierając łzy z twarzy. W końcu wstała. Przeszła do dużego pokoju. Otworzyła drzwi balkonowe. Owiało ją chłodne powietrze. Przełożyła najpierw jedną nogę przez barierkę, potem drugą. Spojrzała w dół. Pod sobą miała pięć pięter, a na samym dole chodnik wyłożony kostką brukową. Po drodze nic, co spowolniłoby spadanie. Nic, co mogłoby uratować jej życie.

– Mamo?

Zerknęła za siebie. W balkonowych drzwiach stał Ignaś. Zupełnie zapomniała, że jest w domu. Szybko zeszła z barierki. Serce waliło boleśnie, obijając się o żebra. Przytuliła synka i wbiegła z nim do domu. Zaczęła znowu płakać.

Pocieszała się, że mały ma dopiero trzy lata. Że nie zapamięta widoku mamy, która planowała się rzucić z szóstego piętra. A potem uświadomiła sobie, że nie zapamięta również Ady. Nie chciała żyć w świecie, w którym jedyne wspomnienia jej syna o siostrze będą pochodziły z opowieści innych ludzi.

Matki zawsze mówią, że wszystkie swoje dzieci kochają tak samo.

Matki kłamią.

Ada zajmowała w jej sercu więcej miejsca niż Ignaś. I chociaż ona miała piętnaście lat, a on tylko trzy, to Kamila wiedziała, że nic już się nie zmieni. Wstydziła się tego. Starała się o tym nie myśleć, ale taka była prawda.

To dziecko ukształtowało całe jej dorosłe życie. Pojawiło się, kiedy ona, zaledwie dwudziestojednoletnia studentka, raz zaszalała bez zabezpieczenia. Pamiętała swój strach, kiedy najpierw na teście pojawiły się dwie kreski, a potem wizytę u ginekologa, który potwierdził ciążę. Poradził jej, żeby się cieszyła. Chciała go wtedy uderzyć, bo dla niej to było jak koniec. Zabrakło jej jednak odwagi, żeby zapytać o skrobankę.

Potem poczuła, jak rośnie w niej życie. Pierwsze ruchy w jej macicy. Nieśmiałe, później coraz silniejsze kopnięcia, bolesny poród, bo lekarz idiota nie chciał dać znieczulenia, i wreszcie najpiękniejszy na świecie zapach świeżo urodzonego dziecka i kolejne bóle, kiedy wyrzucała z siebie łożysko. Małżeństwo z chłopakiem, który tak naprawdę nie dorósł do tego, żeby być ojcem, ale przynajmniej bardzo się starał. Ciasne mieszkanko, żebranie po znajomych o meble i ubranka, siedzenie po nocach z płaczącym z powodu kolki dzieckiem i równoczesne uczenie się do sesji. Ciągła obawa o pieniądze. Fuchy łapane, gdzie tylko się da. Pomoc przyjaciół i rodziny. Potem pierwsze wakacje we trójkę. Praca, mała stabilizacja. Lepsza praca. Kredyt. Nawet udało się go przewalutować, zanim było za późno. Większe mieszkanie. Samochód.

Ignaś przybył na gotowe. Od początku miał własny pokój, niewielki, bo z przerobionej kuchni, którą przenieśli do dużego pokoju, łącząc z salonem. Mieli pieniądze. Mniej, niżby chcieli, ale więcej niż kiedyś. Nawet pięćset złotych dostali, chociaż spokojnie daliby sobie radę bez.

Kochała go. Był jej małym pięknym synkiem.

Ale nie aż tak jak córkę.

Ady już nie było. Zniknęła. Rozpłynęła się w ciemnościach letniej nocy. Pozostawiła po sobie ogromną dziurę. Kamila była przekonana, że nigdy nic jej nie wypełni.

Myliła się.

Wypełnił ją, aż po same brzegi, matczyny ból po straconym dziecku.

książki

W środę (28 marca) w księgarni BookBook przy Hożej spotkanie z wyjątkowymi kobietami.

Anna Jakubowska „Paulinka” i Patrycja Bukalska stworzyły książkę, która jest dowodem na niezwykłą siłę człowieka. Pani Anna (rocznik 1927) niejednokrotnie musiała zaczynać od nowa, kiedy życie fundowało jej kolejne „końce świata”.  Pierwsza apokalipsa to wojna.  „Byłam dzieckiem i nagle przestałam nim być” – opowiada w „Szkle pod powieką”.  Ta opowieść prowadzi nas przez Powstanie Warszawskie i grozę leżącego w gruzach miasta. Najbardziej poruszający fragment tej książki to historia o pobycie w więzieniu w czasach stalinizmu w Polsce. Anna Jakubowska trafia do niego jako mama dwuletniego Tomka, zostaje rozłączona z dzieckiem na ponad 5 lat. Po powrocie do domu czuje się obco zarówno w zastanej rzeczywistości, jak i w rodzinie. Po tak długiej rozłące jest prawie obcą osobą dla syna.  Niezawinione odrzucenie boli do dzisiaj.

 

Obok trudnych doświadczeń  jest w tej opowieści miejsce na niezapomniane emocje związane z budowaniem wspólnoty ludzi, którzy z entuzjazmem starają się zmieniać rzeczywistość wokół siebie.  Pojawiają się pierwsze miłości, śledzimy moment, kiedy młoda kobieta odkrywa „ile wart jest uśmiech odpowiedniego mężczyzny”. Wspomnienia pani Anny budują detale. Razem z nią spacerujemy m.in. po ulicy Poznańskiej, nazwanej pierwszym centrum handlowym stolicy.  Smak drobnych radości to m.in. pyzy ze skwarkami jedzone na stojąco. W szarej rzeczywistości jest miejsce na klub „Keep smiling”,  który przypomina o tym, że warto na nowo nauczyć się uśmiechać.

fot. Monika Mielke

Patrycja Bukalska – dziennikarka „Tygodnika Powszechnego” po raz pierwszy spotkała się z bohaterką swojej książki w 2005 roku. Nagrywała wtedy rozmowę do Archiwum Historii Mówionej Muzeum Powstania Warszawskiego.  Kiedy dziś czyta się „Szkło pod powieką” czuć, że ta relacja rozwinęła się w mocną, kobiecą przyjaźń, w której nie ma znaczenia różnica wieku i doświadczeń. To ta sytuacja, kiedy nawet wspólna bezradność wobec okrucieństw historii może dać siłę.

„Szkło pod powieką” opowiada o odpowiedzialności, wewnętrznej wolności i odwadze cywilnej – istotnej zarówno w czasie wojny, jak i pokoju. Kruchość stoi tu obok siły, często nieuświadomionej.

Spotkanie z autorkami książki w środę, a już dziś przedpremierowo szansa na posłuchanie fragmentów „Szkła pod powieką”. Proszę się częstować!  https://www.youtube.com/watch?v=ESJyc260FYE

fot. Monika Mielke

książki

Coraz częściej dostaję prośby o polecenie dobrych książek. Skoro tak, śpieszę z pomocą. Jeśli jeszcze nie czytaliście, koniecznie sięgnijcie po „Duchy Jeremiego” Roberta Rienta. W klimat tej opowieści wprowadzi Was fragment tekstu, który napisałam do jednego z numerów Magazynu Filmowego. Polecam pismo kierowane przez Tomka Raczka,  co miesiąc opowiadam w nim o tekstach, które poprzez słowa uruchamiają obrazy.

Na okładkach niektórych książek powinny pojawiać się ostrzeżenia – „po otwarciu tego tytułu, znikniesz dla świata. Taka adnotacja mogłaby widnieć na „Duchach JeremiegoRoberta Rienta.  Być może powstrzymałaby mnie przed nieodpowiedzialnym kartkowaniem książki w środku dnia pracy. Efekt takiego zachowania? Odłożyłam na później większość zawodowych zobowiązań. Tego dnia dotarłam jedynie na wcześniej umówione spotkanie, tramwajem – żeby jeszcze po drodze karmić się tą historią.

 To tekst, który wciąga do środka opowieści. Już pierwsze zdanie: „Mama znowu spała w łazience, na podłodze”, wprowadza niepokój. Coś tu nie gra, nikt z własnej woli nie zamienia wygodnej sypialni na zimne kafelki. O powodach „nocnej przeprowadzki” informuje nas 12-letni Jeremi. To on jest narratorem tej historii, krok po kroku wprowadza czytelnika w swoją sytuację. Wchodzimy w przestrzeń, w której choroba determinuje to, jak wygląda codzienność. Chłopiec opisuje swój mikrokosmos, który gwałtownie się zmienia. Kontrastuje to z rzeczywistością za oknem, w której nadal wszystko przebiega tak, jak dotąd, a chciałoby się, aby świat – choć na chwilę – się zatrzymał. Młody chłopiec jest w środku domowej zawieruchy, a jednocześnie patrzy na swoją rodzinę z dystansu. Uczy się odbierania emocji. To skomplikowany proces, szczególnie wtedy, kiedy na linii pojawiają się zakłócenia. Słowa zaprzeczają temu, co podskórnie czuje. Jeremi działa jak najczulszy sejsmograf, przeczuwa nadchodzące drgania, a jednocześnie jest chroniony starannie wybieranymi zdaniami. Dorośli starają się nimi złagodzić rzeczywistość. W głowie zaczyna się segregowanie zdarzeń na te sprzed i po Zagładzie. Tak, Zagładzie pisanej wielką literą, bo ze współczesną opowieścią połączona jest rodzinna historia sprzed lat. Wojenne obciążenie, którego ciężar wcale nie maleje wraz z upływem czasu.

To, co sprawia, że książka Rienta zostaje w człowieku na długo, to m.in. jej język. Tekst napisany naiwną, dziecięcą frazą przypomniał mi jedną z beztroskich lektur dzieciństwa. Chodzi o „Przygody Mikołajka” duetu: René Goscinny i Jean-Jacques Sempé. Problemy głównego bohatera szły w niepamięć zazwyczaj kilka dni po zdarzeniu. Mikołajek komentował je we właściwy sobie sposób: „Kiedy w domu wydało się, że wypadłem najgorzej na klasówce z matematyki, zrobiła się straszna afera! Jakby to była moja wina, że Kleofas jest chory i nie było go na klasówce!”. Uczeń francuskiej szkoły został obdarzony dystansem do świata, poczuciem humoru i zdolnością cennego puentowania poczynań dorosłych. Tych cech nie brakuje też Jeremiemu. Z urokiem małego chłopca przekręca zasłyszane u dorosłych powiedzenia, które w założeniu mają porządkować świat. Bohater Rienta ma w sobie tyle samo wdzięku, co Mikołajek. Musi się jednak zmierzyć z rzeczywistością, której temu pierwszemu oszczędzono. Dziecięcość zestawiona z brutalnością świata boli podwójnie. Jeremi trzyma na dystans rówieśników, jego wentyl bezpieczeństwa to August – przyjaciel, z którym może porozmawiać o wszystkim. No, prawie o wszystkim, bo jak się okazuje, są sytuacje, dla których nie ma odpowiednich zdań. Czasem ironiczny język oswaja rzeczywistość. Obserwując swoją ciotkę, chłopiec opowiada: „Estera modliła się dalej, tak z dystansem raczej, bo do Boga cały czas na pan. To „panie, panie” powtarzała do znudzenia”. W jego świecie świąteczna pocztówka z napisem „Bóg się rodzi”, współistnieje z momentem, kiedy coś ważnego w człowieku umiera.

Podczas lektury „Duchów Jeremiego” przypomniał mi się „Syn Szawła” – węgierski film nagrodzony Oscarem. Pokazywał Holocaust z perspektywy członka Sonderkommando. To on był oczami widza. W warstwie realizacyjnej nie pojawił się ani jeden szeroki kadr. Paradoksalnie to ograniczone pole widzenia kazało podejść bliżej, zatrzymać się przy konkretnej historii. Rient również nie wykonuje literackich panoram. Nie padają wielkie liczby. Opowiada po prostu o życiu Jeremiego, jego matki, dziadka, ciotki Estery. Autor stworzył bohatera, z którym chce się być, ma się nawet wrażenie, że się nim jest. W trakcie czytania miałam ochotę przytulić małą dziewczynkę w sobie, która budzi się wtedy, kiedy w moim życiu pojawia się bezsilność. Przed tym uczuciem nie chroni żaden dorosły pancerz. Czytając książkę Rienta, ślędzę historię Jeremiego, a jednocześnie odwiedzam te zakamarki w głowie, w których zostały moje fragmenty dzieciństwa. Chwile, kiedy coś przeczuwałam, nie umiejąc jeszcze tego nazwać. To ciekawy materiał do sesji terapeutycznych, takie filtrowanie zdarzeń, których sens odkrywa się po latach.

Duchy przeszłości dopadają każdego. Podczas czytania przypomniało mi się spotkanie z przyjacielem sprzed lat. Opowiadaliśmy sobie własne pogmatwane historie, nie bardzo widząc jakieś rozwiązanie. Pamiętam, że R. wstał i idąc do kuchni z łagodnym uśmiechem, powiedział: „Kiedy nie wiadomo, co zrobić, należy zaparzyć herbatę ”. Wrócił z pełnym kubkiem, z tą samą bezsilnością, bo przecież nie wyparowała po drodze, a jednak było nam lepiej. W tekście Rienta odnajduję coś z czułości tego spotkania. Ostatecznie chodzi chyba o obecność, posiedzenie z czyjąś historią, poczekanie, aż będzie gotowa do opowiedzenia. Bywa też tak, że słowa są za małe, więcej mówi paczka dziadkowych ciastek wrzucona do plecaka. Dawno zjedzona, ale zapamiętana.