Bez kategorii, blog, filmy, książki, Ludzie, rozmowy, zdjęcia

Rozmowa z TOMASZEM GĄSSOWSKIM – kompozytorem muzyki do filmu „Imagine”.

Kiedy myślę o filmie „Imagine”, w uszach słyszę muzykę, która towarzyszyła tej produkcji. Była podwójnie ważna ze względu na temat tej opowieści. Świat niewidomych w Lizbonie tworzyły dźwięki, to one uruchamiały w wyobraźni obrazy. Opowiadały o świecie, którego nie widać, ale który jak najbardziej istnieje. Lubię fragment rozmowy filmowej Evy i Iana, kiedy ta niemal wpada pod samochód.

  • Nie słyszałaś, że kończy się chodnik?
  •  Jak można słyszeć, że kończy się chodnik?! 
  • To jest coś pomiędzy szumem podeszwy a krążeniem opon na ulicy. 

Muzykę, która prowadzi bohaterów tej opowieści, stworzył Tomasz Gąssowski – kompozytor, reżyser, producent. Otrzymał za nią m.in. nagrodę „MocArta” radia RMF Classic. Ścieżkę dźwiękową do tego filmu uznano za najlepszą muzykę filmową 2013 roku. Nie mogłam sobie odmówić przyjemności spotkania z  nim. Tym razem Lizbona stała się pretekstem do rozmowy o uważności i nagrodach, jakie życie daje nam za odwagę. 

Muzyka z „Imagineidealnie pasuje do Lizbony, chociaż stworzyłeś ją, nigdy nie będąc w tym mieście. Co istotne, całkowicie zrezygnowałeś z fado. Dlaczego? 

Tomasz Gąssowski: Kiedy Andrzej Jakimowski opowiadał mi o tym, co zawarł w scenariuszu, w mojej głowie pojawiły się skojarzenia z Buena Vista Social Club. Zamiast portugalskiej melancholii, o której tyle się mówi, zacząłem szukać kubańskich brzmień. Lizbona to oczywiście fado, ale ja chciałem go uniknąć. Powiem teraz coś, co może niektórych zbulwersować: ja po prostu nie lubię tego gatunku.

Z mojej strony nie usłyszysz potępienia, stworzyłeś soundtrack, który podczas słuchania daje człowiekowi słońce. Znalazłeś też swój sposób na pokazanie trudnych emocji, które buzowały w bohaterach. 

Udało mi się nagrać wybitnego perkusjonistę Davida Kuckhermanna, którego wielu kojarzy z występów z zespołem Dead Can Dance. David zagrał na jednym z najmłodszych instrumentów na świecie, który ma w sobie coś magicznego, myślę o hang drumie.To jest takie metalowe ufo, które przy uderzeniu palcami wydobywa z siebie bardzo piękny dźwięk. Przypomina trochę czelestę. Poza tym w jego berlińskim studio nagraliśmy jeszcze sporo ciekawych instrumentów, m.in. głębokie, zmysłowe udu, czyli afrykański dzban.

Bardzo często wracam do płyty z muzyką z „Imagine” i za każdym razem mam wrażenie, że instrumenty na niej nie tyle grają, ile ze sobą rozmawiają, krążąc po wąskich uliczkach. Wykorzystałeś m.in. baby piano. Pokazujesz, jaką moc mogą mieć niepozorne, małe instrumenty. Udowadniasz, że nie potrzeba orkiestry filharmonicznej, żeby zachwycić słuchacza. To też współgra z przesłaniem filmu Andrzeja JakimowskiegoUroda życia w dużej mierze polega na drobiazgach i uważności, która pozwala je docenić. 

Bardzo lubię takie kameralne instrumenciki, które tworzą prywatny klimat. Istotna była również vioara. Ten instrument, przedziwne skrzyżowanie skrzypiec i trąbki,  brzmi bardzo zmysłowo, trochę tak, jakbyś słuchała skrzypiec przez stary patefon. Temat grany na tym instrumencie pojawił się w końcówce, w najbardziej emocjonalnym momencie filmu.

Przyznam Ci się, że spersonifikowałam sobie puzon i fagot. Kiedy włączały się do muzycznej rozmowy, dosłownie widziałam starszych mieszkańców Alfamy, przesiadujących godzinami na ławeczkach i komentujących codzienne sprawy.

Te instrumenty idealnie pasowały do grających w warcaby starych ramoli. Dzień w dzień siedzą w tym samym miejscu, a zachowują się tak, jakby wszystko wiedzieli. Nic nie jest w stanie ich zaskoczyć, bezpiecznie czują się w monotonii codzienności. W filmie zdecydowanie zaprzeczają istnieniu statku w okolicy portu, mówią to z przekonaniem, choć nigdy w życiu nie wykroczyli poza fragment najbliższej okolicy. Znamy takich ludzi nie tylko z filmów. Potrafią wypowiadać się autorytatywnie na tematy, o których nie mają pojęcia.

„Imagine” uświadomił mi, jak bardzo ważni są ludzie, którzy uruchamiają w nas odwagę. Czasem ktoś pojawia się w naszym życiu na chwilę, żeby mentalnie dmuchnąć w plecy, zgasić lęk i uruchomić ciekawość. Ta opowieść, zarówno w warstwie obrazkowej, jak i dźwiękowej, ma w sobie dużo czułości. Który z instrumentów według ciebie ma największe zasługi w tej dziedzinie? 

Klasyczna gitara flamenco. Wprowadza dużo emocji. To jest to „dmuchnięcie w plecy”, o którym mówisz. Granie w wirtuozerski sposób na tym instrumencie wymaga precyzji, wrażliwości i delikatności. Jednocześnie muzyka, która rodzi się z tej gry, ma w sobie ogromną siłę. Prowadzi głównego bohatera, podkreśla istotę tego, co się dzieje. Na pewno nie jest plumkającą przeszkadzajką, a jasnym sygnałem, że w mikroświecie naszych bohaterów dzieją się naprawdę ważne sprawy. 

W muzyce do filmu słychać instrumenty, ale też całą masę innych dźwięków. Szeleści lizbońska ulica, słychać wchodzące w zakręt tramwaje, gadające nad Tagiem mewy. Rozbrzmiewają syreny statków wpływających do portu. To przestrzeń pulsuje życiem.

Instrumenty bardzo fajnie miksują się z naturalnymi dźwiękami. Oczywiście muszą być do nich dopasowane. Na przykład w filmie buty szurające po piachu spełniają funkcję shakera. Można nimi grać. Laska niewidomego uderzająca w kamień, staje się instrumentem perkusyjnym. Jeżeli znajduje się takie dźwięki, to fajnie jest wpleść je w ścieżkę dźwiękową, wtedy nabiera ona głębi. To wszystko buduje magiczny świat. Powstaje większa przestrzeń do tego, aby pobudzić wyobraźnię i mocniej wejść w opowieść.  

Pozwól, że wyjmuję cię teraz z roli kompozytora i posadzę w fotelu widza. Pamiętasz swoje pierwsze wrażenia po zobaczeniu filmu w całości? 

Kiedy tworzy się film, to ciężko, szczególnie pod koniec, złapać do niego dystans. Koncentrujesz się na mniejszych lub większych błędach, których nie udało się uniknąć  i to przesłania dobre rzeczy. Mam w głowie jakieś kolaudacje, które zawsze były obarczone zastanawianiem się, czy czegoś nie trzeba jeszcze zmienić. Jacek Hamela odpowiedzialny za całość dźwięku zaprosił mnie do Studia Toya w Łodzi na spotkanie ze swoimi studentami. Chciał porozmawiać z nimi na temat wzorcowej, jego zdaniem, współpracy pomiędzy reżyserem, realizatorem dźwięku i kompozytorem właśnie na przykładzie filmu „Imagine”. Rzeczywiście bardzo mocno dbaliśmy o to, żeby muzyka pomagała a zarazem, żeby nie przeszkadzała tym dźwiękom, które niezależnie od obrazu prowadziły widza. Przygotowując się do tego wykładu, zamierzałem tylko przelecieć film na przyspieszonych obrotach, żeby zaznaczyć sobie miejsca, do których będę się odnosił podczas spotkania ze studentami. Taki był plan, ale…zobaczyłem go od początku do końca, z otwartą buzią. Byłem już wtedy absolwentem reżyserii w Szkole Wajdy i po tym domowym seansie doceniłem w pełni całą pracę Andrzeja. Prowadzenie kamery, cały timing filmu, jego urok. Oglądałem i myślałem: „to jest film!” Dopiero wtedy to do mnie dotarło. Dwa lata po jego premierze. 

O czym według Ciebie opowiada „Imagine?  Kompozytora chyba wypadałoby zapytać: co zagrało w Tobie najmocniej? Pytam o to, bo każdy z nas widzi na ekranie coś innego. Przefiltrowuje opowieść przez własne doświadczenia i wrażliwość. 

Dla mnie to jest film o tym, że warto mieć własne zdanie, pomimo tego, co różni ludzie, często autorytatywnie, opowiadają. To także opowieść o tym, że nie zawsze wszystko udaje się idealnie i kiedy tak się dzieje, trzeba się podnosić i próbować od nowa. To jest troszeczkę tak, jak w „Locie nad kukułczym gniazdem”, kiedy McMurphy stara się wyrwać ze ściany umywalkę w zakładzie psychiatrycznym. To mu się nie udaje, ale mówi ważne zdanie: „ale próbowałem”. W „Imagine” Ian, który chce uczyć niewidomych większej samodzielności, jest bardzo samotny. Przełożeni podważają jego pomysły, ale to go nie zatrzymuje. On próbuje zmienić myślenie, dodać swoim uczniom odwagi, która pozwoli im  wyjść z obowiązujących schematów. I to jest piękne w tym filmie.  Kiedy zostaje wyrzucony z ośrodka, idzie dalej z podniesionym czołem. Chce być wolny i pokazywać innym, że to możliwe, nawet wtedy, kiedy sytuacja narzuca na człowieka wiele ograniczeń. 

„Imagineuświadomiło mi, że nic nas nie chroni przed upadkiem, w nowe sytuacje prawie zawsze wchodzimy z lękiem pod rękę. Ważne jest to, żeby nadmierna asekuracja, nie zabiła w nas ciekawości, która każde sprawdzić, co jest za zakrętem. Zastanawiam się, kiedy Ty znalazłeś w sobie odwagę, żeby wyjść z doskonale znanej branży kompozytorskiej i zacząć przygodę z reżyserią? Spotykamy się w momencie, kiedy masz za sobą świetnie przyjęty krótkometrażowy debiut zatytułowany „Baraż. Film, który poprzez prostą historię rozgrywającą się na lokalnym boisku piłkarskim, z dużym wdziękiem opowiada o zwykłej, ludzkiej przyzwoitości.

U mnie odbywało się to bardzo powoli, potrzebowałem czasu, żeby się ośmielić. Bakcylem reżyserii zaraziłem się podczas realizacji filmu „Zmruż oczy”, kiedy pomagałem Andrzejowi Jakimowskiemu we wszystkim, w czym tylko potrafiłem. Podobnie było przy „Sztuczkach”. Jakiś czas po tym zacząłem pisać scenariusz. Dla tzw. przyjemności, czyli uprawiałem grafomanię, bo takie pisanie do szuflady właśnie tak wygląda. Potem następuje bolesna weryfikacja, kiedy pokazuje się te rzeczy ludziom, którzy się na tym znają. 

A czy Andrzej Jakimowski wiedział o tym chowanym do szuflady scenariuszu?

Wiedział. To było trudne, bo mi szczerze powiedział, że mu się nie podoba. Teraz kiedy nabrałem większego doświadczenia, wiem, że miał rację. Na szczęście parę lat później,  kiedy pokazałem mu scenariusz „Barażu”, to mimo, że  miał kilka uwag, zgodził się być opiekunem artystycznym mojego debiutu. To było istotne i wspierające, bo miałem takie poczucie, że mogę dużo stracić, biorąc się za reżyserię, zwyczajnie się skompromitować. Obawiałem się informacji od świata: „wracaj chłopie tam, gdzie byłeś i lepiej pisz tę swoją muzykę, a nie bierz się za coś, co nie jest dla ciebie”. To, że zdecydowałem się na to wyzwanie, w dużej mierze zawdzięczam Jackowi Borusińskiemu i Oliwierowi Kozłowskiemu, którzy stworzyli na ekranie postaci ojca i syna. Zaprosiłem ich do realizacji sceny próbnej w Szkole Wajdy. Kiedy zobaczyłem na ekranie efekt, to, jaką relację budują między sobą, zdecydowałem: wchodzę w to. Miałem dużo do stracenia, ale pomyślałem sobie: „Cholera, jeśli ja tego nie zrobię, to ich nie będzie. Zostaną tylko w scenie próbnej. A ta nigdy nie będzie filmem, który ma szansę dotrzeć do widzów”. 

Trzeba dać losowi szansę

Tak. To pragnienie, żeby ich jakoś zdeponować w świecie filmu na zawsze, było przeważające. Przy okazji ze mną w tle, bo jesteśmy już złączeni tą produkcją na zawsze. „Baraż” był pokazywany w kinach, przyjechał się już na ponad 30 festiwali, otrzymał sporo ważnych nagród. Dostałem od świata bardzo dużo pozytywnej energii w związku z tym filmem.

Kiedy skończyłam oglądać „Baraż, pomyślałam sobie, że czuć waszą wspólną wrażliwość z Andrzejem Jakimowskim. Opowiadacie o bardzo ważnych sprawach z dużą czułością i poczuciem humoru. Zaskoczyłeś mnie Jackiem Borusińskim w głównej roli. Podejrzewam, że znaliście się wcześniej, skoro wiedziałeś, że ma w sobie potencjał dramatyczny. Cała Polska zna go raczej z komediowej strony. Myślę m.in. o reklamach z udziałem kabaretu Mumio, w których grał pierwsze skrzypce. 

Dobra intuicja, faktycznie znaliśmy się wcześniej. To było moje wielkie marzenie, żeby zrobić film z Jackiem. On ma w sobie coś takiego, że chce się na niego patrzeć. Kiedy milczy, wiadomo, że coś ważnego dzieje się w jego wnętrzu. I to jest bardzo wdzięczne dla filmu, bo można dużo opowiedzieć bez słów. Nie chcę tutaj używać porównań z grubej rury, ale trochę przypomina mi Alla Pacino ze „Stracha na wróble”. Jego jedno spojrzenie powoduje, że chce się poznać historię głównego bohatera. 

Zaproszenie Borusińskiego do „Barażuwymagało od Ciebie odwagi. Widzowie są przyzwyczajeni do aktora, który dla roli potrafi być wręcz karykaturalny. Jeden grymas twarzy tego człowieka powodował, że śmiała się cała Polska. 

Ja też czasem korzystałem z tych jego umiejętności. Jeśli próbujesz zrobić film o tym, że warto  być przyzwoitym, to nie możesz tworzyć go całkowicie na poważnie, bo byłby nie do zniesienia. Komizm Jacka był tutaj nieoceniony. Dzięki niemu temat filmu: przyzwoitość, jest trochę jak pastylka podana psu w kiełbasie. Chodzi mi o sposób, w jaki przemycamy lekarstwa zwierzętom. Pies zjada kiełbasę i nawet nie wie, że połknął tabletkę.

I jeszcze jest zadowolony! 

Dokładnie tak to działa. Po pokazach filmowych podchodzili do mnie ludzie i mówili: jak to dobrze, że o ważnych sprawach, opowiedział pan w lekki sposób. 

A jak wygląda komponowanie dla samego siebie? To jest chyba komfortowa sytuacja, kiedy kompozytor jest jednocześnie reżyserem, z nikim nie musisz przedyskutowywać swoich pomysłów, chodzić na kompromisy. 

Przeciwnie, dla siebie tworzy się najgorzej! Masz taką dowolność, że możesz zrobić praktycznie wszystko, co wcale nie pomaga. Jeszcze o godzinie dziewiątej rano w dniu zgrania dźwięku, przemiksowywałem coś, co mi nie pasowało. 

A ja sobie naiwnie myślałam: ale ma fajnie, nie dość, że reżyseruje film, to sobie jeszcze sam muzykę do niego  stworzy. Dwa w jednym.

Jak robisz muzykę dla kogoś, to ten ktoś daje ci jakieś ograniczenia, mówi, co mu się podoba, jakiego klimatu oczekuje.  Dostajesz konkretne wskazówki, a jak robisz dla siebie…

Wolność staje się ograniczeniem?

Non stop przed zaśnięciem prowadzisz w głowie rozmowy reżysera z kompozytorem. Czy zostawić pierwszą wersję, która wpadła ci do głowy, czy przeciwnie, zrobić coś na kontrze. Następnego dnia wieczorem zastanawiasz się, czy to, co postanowiłeś wczoraj, na pewno jest dobrą decyzją, czy muzyka wystarczająco chwyta za serce. I tak sobie można dyskutować w nieskończoność. Jako kompozytor przy „Barażu” miałem za dużo dowolności. 

Złapałam się teraz na myśli, że cały czas rozmawiamy o odwadze wypowiadania swojego zdania. To ona otwiera nowe drzwi, ale też pozwala zabierać w tę podróż innych. Ian z filmu Andrzeja Jakimowskiego mentalnie otwiera oczy niewidomym, dzięki niemu wychodzą z zamkniętego ośrodka i oswajają Lizbonę na swój sposób. Ty opuściłeś znany kompozytorski świat, żeby dać widzowi ciekawą opowieść o przyzwoitości. Powiedz mi na koniec, czy Ty się wybierasz do Lizbony? Wypadałoby dotrzeć do miejsca, które tak pięknie dźwiękowo skonstruowałeś w „Imaginie.

Pewnie kiedyś dotrę. Chociaż kiedy tworzyłem muzykę do tego filmu, miałem trudny czas w swoim życiu. Bardzo się bałem, że nie zdążę napisać tej muzyki i że nie będzie ona tak dobra, jakbym chciał. Wszyscy moi przyjaciele byli wtedy w Lizbonie, ja siedziałem i tworzyłem. Zdarzył się taki wieczór, kiedy po pracy poszedłem sam do kina na „Melancholię” Larsa von Triera… 

Chyba, żeby się dobić…

I przeżyłem koniec świata. Wyszedłem z kina i naprawdę poczułem, że jestem sam na świecie. Kiedy myślę o Lizbonie, wraca do mnie melancholia, w jaką wpadłem, pisząc muzykę do „Imagine”. Trochę mnie tam ciągnie, a jednocześnie wspomnienie tego, co wtedy działo się w moim życiu, wywołuje jakiś delikatny ból. Nie wiem, jak to się skończy, może nie powinienem tam jechać, może to nie jest miejsce dla mnie? Nie wiem.

Często powtarzam, że „każdy ma swoją Lizbonę”, gdzie w takim razie jest Twoja?

Dobrze czuję się nad polskim morzem, tym samym nie muszę daleko jeździć po swój spokój. 

Tomasz Gąssowski fot. archiwum prywatne kompozytora

książki, Ludzie, rozmowy, zdjęcia

Zostało 7 dni do premiery książki, której poświęciłam ostatnich kilkanaście miesięcy życia. Siedziała we mnie już od kilku lat i dojrzewała po cichu. Rosła jak ciasto w piekarniku i już za chwilę będzie można się nią częstować. Mam nadzieję, że Wam zasmakuje.

Lizbonę. Miasto, które przytula” (wyd. Wielka Litera) napisałyśmy wspólnie z Martą Paixão, która mieszkała tam przez ponad 11 lat. Już za chwilę będzie można przysiąść się do naszych rozmów. Opowieść o mieście podzieliłyśmy na osiem rozdziałów. Z każdym z nich czytelnik poszerza swoją perspektywę. Rozmawiamy o ludziach, których energię czuć na ulicach Lizbony, dyskutujemy o architekturze, języku, zabytkach. Mówimy też o niewidocznych przy pierwszym kontakcie różnicach pomiędzy Polakami a Portugalczykami. Zastanawiamy się, co przez lata wpływało na temperament mieszkańców najdalej na zachód wysuniętej części Europy.

„W samym locie mew była jakaś stagnacja; wydawały się lżejsze od powietrza. (…)” F. Pessoa „Księga niepokoju”.

Esencją tej książki są ludzie, którzy podzielili się z nami swoją Lizboną. Apetyt na życie i portugalską kuchnię podsycają Janusz Andrasz i David Gaboriaud. Stolicę widzianą oczami mieszkańca pokazuje Sofia Coelho, a Gosia Furst mówi o tym, że w południowym raju można tęsknić za zapachem zgniłych liści. Lizbońska codzienność miesza się z metafizyką i światem sztuki. Reżyser Andrzej Jakimowski przybliża kulisy powstawania filmu Imagine, w którym nie raz pojawiają się dzwoniące na zakrętach żółte tramwaje. Dzięki rysunkom i opowieści Shelly Ginenthal, Amerykanki od lat mieszkającej w stolicy Portugalii, można poczuć, że Lizbona ma w sobie coś z bajki. Nowy punkt widzenia dodaje kapitan Piotr Lipiński, który na Białe Miasto spogląda z kabiny pilota boeinga. Przed nami też wycieczka na wieś. Dominik Jasiński zabiera nas z Lizbony pod rozgwieżdżone niebo Alentejo na południu Portugalii, gdzie długim rozmowom towarzyszy pohukiwanie sów. Polski malarz zrealizował marzenie wielu lizbończyków o spokojnym domu z dala od zgiełku. To tam słowami malujemy miejskie i wiejskie krajobrazy.

Rozmowy dopełniają felietony, które pisałam w Portugalii i w Polsce. Są zapisem tego, co otwiera we mnie południe Europy. Ważną częścią tej książki są też zdjęcia – czasem uzupełniają słowa, a czasem otwierają nowe historie. Są jak wstęp do kolejnych opowieści, na które być może przyjdzie jeszcze kiedyś pora.

Już teraz zapraszamy na pierwsze spotkania autorskie. Niech dobra energia zamknięta w książce krąży!

20 września w ramach Nocy Księgarń widzimy się w księgarni KOREKTY o godz. 17, spotkanie poprowadzi Anna Maruszeczko – redaktor naczelna „Urody Życia”

25 września premiera w Big Book Cafe połączona z pokazem zdjęć o godz. 19, rozmowę poprowadzi Justyna Dżbik-Kluge (Radio Zet)

30 września przystanek w Gdańsku i spotkanie w Empiku o godz. 18

Październikowy rozkład jazdy wkrótce. Stresuję się, ale też bardzo czekam na te spotkania! Do zobaczenia.

Bez kategorii, książki

Słowem można przytulać i ona to robi. Opowiada o sobie tak, że daje siłę innym. Urszula Dudziak dzieli się swoimi doświadczeniami i pokazuje drogę od zakompleksionej, zalęknionej dziewczyny, do kobiety, które wie, czego chce i potrafi cieszyć się życiem. Zakochana, pełna energii, z ciekawością świata i swoich czytelników rusza w trasę.

Jej życie to materiał na niejedną książkę, dlatego teraz artystka „wyśpiewa jeszcze więcej” na wyjątkowych koncertach łączących muzykę z autobiograficzną opowieścią. 

Wybierzcie się po muzykę i historie, które zmotywują do zmieniania tego, co Was w życiu uwiera.  Jej książka „Wyśpiewam Wam więcej” jest jak podręcznik uruchamiania czułości wobec samego siebie. To często najtrudniejsze zadanie, ale kiedy człowiek się go podejmie, świat zaczyna się w końcu uśmiechać.

Wzruszająca część tej książki to pamiętniki, do których wraca wybitna wokalistka. To, co myślała o sobie 30-letnia Urszula Dudziak diametralnie się różni od tego, co mówi o sobie dziś. I bardzo dobrze, to dobitny przykład na to, że można urodzić się na nowo.

Artystka zdiagnozowała u siebie  coś, co nazywa nieuleczalnym umiłowaniem życia. Marzy mi się taka pozytywna epidemia. Dajcie się zarazić jej energią!

Bez kategorii, filmy

Wręczono Kryształowe Żagle – nagrody Giżyckiego Festiwalu Filmowego prezentującego najciekawsze etiudy i debiuty reżyserskie. Doceniono pierwszy pełnometrażowy film Aleksandra Pietrzaka pt. Juliusz”, a Honorowy Kryształowy Żagiel trafił w ręce Zygmunta Malanowicza. 80-letni dziś aktor w 1961 roku zadebiutował w filmie „Nóż w wodzie” Romana Polańskiego. Wówczas nie mógł przypuszczać, że zrealizowana na Mazurach produkcja, zostanie nominowana do Oscara.

Zygmunt Malanowicz w Kinie Nowa Fala w 2018 roku i 57 lat wcześniej na łodzi podczas realizacji filmu „Nóż w wodzie” Romana Polańskiego. Reżyser uparł się, żeby przefarbować go na blondyna. fot. T.Nasternak

Fotosy z „Noża w wodzie” na co dzień można podziwiać w giżyckim kinie Nowa Fala. To ono przez dwa dni od 5 do 6 października stało się centrum filmowego świata debiutantów. Widzowie mieli okazję zobaczyć najciekawsze etiudy z Warszawskiej Szkoły Filmowej, a także najlepsze trzydziestominutowe debiuty ze Studia Munka, wśród nich m.in. nagrodzone na festiwalu w Cannes „Najpiękniejsze fajerwerki ever” w reż. Aleksandry Terpińskiej i „60 kilo niczego” Piotra Domalewskiego, niekwestionowanego zwycięzcy ubiegłorocznego festiwalu w Gdyni.

Pierwszy w historii Kryształowy Żagiel trafił do Aleksandra Pietrzaka, reżysera brawurowej komedii Juliusz” Aleksandra Pietrzaka. Widzowie zobaczyli też jego szkolną etiudę „Mocna kawa wcale nie jest taka zła”. Nagroda Giżyckiego Festiwalu Filmowego to wyróżnienie, które docenia tych, którzy znaleźli się na dobrej filmowej fali. 

Nasz Kryształowy Żagiel ma dodać debiutantom energii, tak by poczuli wiatr w żaglach – mówił Paweł Adamski, prezes Outdoor Cinema, organizator festiwalu. Potrzeba dużej odwagi, aby zadebiutować, dlatego taki pierwszy krok należy nagrodzić. Życzymy wszystkim, którzy będą pojawiać się na Giżyckim Festiwalu Filmowym, aby ich pierwsze filmy, tak jak Nóż w wodzie,” po latach mogły być określone mianem kultowych – podsumował.

Mazurska publiczność jako jedna z pierwszych w Polsce mogła zobaczyć międzynarodową animację „Jeszcze dzień życia” na podstawie prozy Ryszarda Kapuścińskiego. Film przyjechał do Giżycka prosto z festiwalu w San Sebastian, gdzie otrzymał nagrodę publiczności.

Reżyser Tomasz Śliwiński podczas festiwalowego rejsu po jeziorze Niegocin. fot. Tomasz Nasternak

Wyjątkowym projekcjom towarzyszyły pasjonujące rozmowy o kinie. Z widzami spotkał się Tomasz Śliwiński – reżyser nominowanego do Oscara osobistego dokumentu Nasza klątwa”. Absolwent Warszawskiej Szkoły Filmowej zdradził, że właśnie przygotowuje się do kolejnego debiutu, tym razem w roli reżysera filmu fabularnego. Najprawdopodobniej w przyszłym roku na ekranie pojawi się jego „Ondyna”.

Zygmunt Malanowicz  fot. T. Nasternak

Laureat Honorowego Kryształowego Żagla Zygmunt Malanowicz odbył sentymentalny rejs statkiem Bełdany po mazurskich jeziorach, odwiedzając plenery, które pamiętał sprzed 57 lat.

Kulminacją festiwalowych emocji było spotkanie z publicznością w kinie Nowa Fala. Aktor z ponad 50-letnim doświadczeniem w zawodzie wspominał swoje początki w świecie filmu. Dzięki jego opowieści publiczność mogła wrócić do 1961 roku, kiedy to na planie w Giżycku spotkali się dwaj debiutanci – reżyser Polański i aktor Malanowicz. W obsadzie kultowego dziś „Noża w wodzie” zagrali jeszcze doskonale znany publiczności Leon Niemczyk, a także Jolanta Umecka – amatorka, którą na basenie wypatrzył i zaprosił do filmu Roman Polański. Jak zdradził Zygmunt Malanowicz, w mazurskich jeziorach spoczywa do dziś kamera Arriflex, którą z wysokości masztu wypuścił z rąk operator Jerzy Lipman. Po latach trudno uwierzyć, w jak spartańskich warunkach kręcony był ten film. Nikt nie śnił jeszcze o latających dronach czy szeregu udogodnień technicznych, a przeważająca część akcji toczyła się na wodzie. Na czym polegała recepta na sukces twórców z lat 60.?

– Mieliśmy dwie najważniejsze rzeczy w świecie filmu: wyobraźnię i wrażliwość. To te dwa elementy w patrzeniu na świat są najważniejsze – mówił laureat Honorowego Kryształowego Żagla Zygmunt Malanowicz. Dziękując za nagrodę, aktor docenił nową inicjatywę na filmowej mapie Polski, jaką jest Giżycki Festiwal Filmowy. Bardzo dziękuję organizatorom, którzy w przygotowanie tej imprezy włożyli tyle pracy, a przede wszystkim pasji. Kino jest czymś, co jest poza jakimkolwiek programem, poza jakimkolwiek zamknięciem. Kino to wolność naszych myśli, serc, uczuć i marzeńpodsumował pierwszy laureat Honorowego Kryształowego Żagla.

 Giżycka publiczność nagrodziła go długimi oklaskami. Po spotkaniu z aktorem odbyła się projekcja etiudy „Dwaj ludzie z szafą” Romana Polańskiego, a także pokaz zrekonstruowanego cyfrowo „Noża w wodzie”.

Debiut Giżyckiego Festiwalu Filmowego za nami, zaczynają się przygotowania do drugiej edycji. Za rok oprócz projekcji i rozmów o filmach mają pojawić się m.in. tygodniowe warsztaty dla kinowych twórców. Debiutanci będą mogli stawiać swoje pierwsze kroki u boku doświadczonych aktorów, reżyserów i operatorów. A wszystko to w najpiękniejszych plenerach w Polsce, czyli w Giżycku na Mazurach!

Ekipa Giżyckiego Festiwalu Filmowego, debiut za nami, teraz cała naprzód ku nowej przygodzie!

Do zobaczenia za rok!

 

Bez kategorii, filmy

Wyjątkowo często odwiedzam w tym roku Mazury, zawsze z radością.  Nad jezioro Niegocin wracam już w ten weekend. W najbliższy piątek  5 października wystartuje tam pierwszy Giżycki Festiwal Filmowy. Na ekranie Kina Nowa Fala debiuty i etiudy uznanych reżyserów, a także tych, którzy dopiero zaczynają swoją filmową przygodę. W repertuarze m.in. nominowany do Oscara pełnometrażowy debiut Romana Polańskiego Nóż w wodzie”. Ten film będzie można zobaczyć w towarzystwie legendy polskiego kina – Zygmunta Malanowicza. Z dziką przyjemnością porozmawiam z aktorem w sobotę o godz. 20:30. 

GFF

 Kraina Wielkich Jezior Mazurskich przez dwa dni od 5-6 października będzie zachwycać nie tylko pięknym krajobrazem. Nieprzypadkowo to Giżycko stało się stolicą nowej inicjatywy na filmowej mapie Polski. To tutaj powstał kultowy „Nóż w wodzie” Romana Polańskiego, a w pobliskich Wilkasach Krzysztof Kieślowski zdobył uprawnienia żeglarskie. Aby móc wypłynąć na szerokie filmowe wody, trzeba uruchomić odwagę i zadebiutować. Kino Nowa Fala stanie się miejscem oglądania najciekawszych etiud i debiutów filmowych, a także przestrzenią dla interesujących rozmów o kinie.

Gośćmi pierwszej edycji Giżyckiego Festiwalu Filmowego będą:

Tomasz Śliwiński – reżyser i operator nominowanego do Oscara osobistego dokumentu „Nasza klątwa”;

Aleksander Pietrzak – reżyser najgłośniejszego debiutu tego roku, filmu „Juliusz” z Wojciechem Mecwaldowskim w roli głównej;

Zygmunt Malanowicz – odtwórca jednej z głównych ról w filmie „Nóż w wodzie”. Przy okazji tej produkcji uruchomimy filmowy wehikuł czasu i zobaczymy, jak w 1961 roku wyglądało spotkanie 28-letniego reżysera Polańskiego z 23-letnim aktorem Zygmuntem Malanowiczem.

W pierwszy weekend października Kryształowe Żagle – nagrody festiwalu trafią do najciekawszych twórców, których filmy zaprezentujemy w Giżycku. To wyróżnienie z pewnością pozwoli poczuć wiatr w żaglach i znaleźć się na dobrej, filmowej fali.

Partnerem pierwszej edycji festiwalu jest Warszawska Szkoła Filmowa, dzięki temu będzie można zobaczyć najlepsze etiudy, jakie powstały w tej uczelni. Równie ciekawie zapowiada się przegląd zatytułowany: „Najlepsze polskie 30’” ze Studia Munka. Widzowie zobaczą m.in. nagrodzone w Cannes „Najpiękniejsze fajerwerki ever” w reżyserii Aleksandry Terpińskiej, a także „60 kilo niczego” Piotra Domalewskiego, reżysera, który był niekwestionowanym zwycięzcą ubiegłorocznego festiwalu filmowego w Gdyni. W Giżycku będzie można także zobaczyć, jakie filmy na początku swojej drogi tworzyła Dorota Kobiela, autorka jednej z najgłośniejszych animacji ostatnich lat, filmu Twój Vincent”. Na Mazurach pokażemy jej fabularną etiudę „Serce na dłoni”.

W programie festiwalu znalazły się zarówno filmy dokumentalne, fabuły, jak i animacje. W tej ostatniej kategorii na szczególną uwagę zasługuje „Jeszcze dzień życia” – spektakularny debiut na podstawie reportażu Ryszarda Kapuścińskiego. Za tę produkcję odpowiada międzynarodowy duet – Damian Nenow i Raul de la Fuente. 

Zapraszam na spotkanie z Zygmuntem Malanowiczem, a także na rozmowy prowadzone przez Ajkę Tarasow i Magdalenę Felis. Za zaproszenie do udziału w festiwalu dziękuję Pawłowi Adamskiemu i Adrianowi Jagielińskiemu z Outdoor Cinema.

Kino to połączona energia twórców i widzów, mam nadzieję, że Was nie zabraknie. Zacumujcie na Mazurach i zanurzcie się w filmowych opowieściach. Do zobaczenia!

Swój udział już dziś możecie zameldować na facebooku:

https://www.facebook.com/events/400631530468278/

 

 

 

blog, filmy, Ludzie

Trwa festiwal Visa Kino Letnie, codzienne projekcje do końca sierpnia na Kulturalnym Placu Niepodległości w Zakopanem i Sopocie. Dodatkowo, w wakacyjne środy i czwartki festiwal cumuje na Mazurach.  Seanse pod gwiazdami w Ekomarinie w Giżycku. Oprócz filmów spotkania z ludźmi kina.

Widzimy się 3 sierpnia w Sopocie.

W festiwalowej kawiarni „Koło Molo” pojawią się aktorzy „Ataku paniki”:

BARTŁOMIEJ KOTSCHEDOFF i ARTUR ŻMIJEWSKI 

o godz. 16 porozmawiamy o scenariuszach tworzonych do filmów i tych pisanych przez życie.

Spotkanie ma charakter otwarty, wystarczy przyjść i przysiąść się do rozmowy. Mile widziane – dobry humor i ciekawość, którą będzie słychać w zadawanych pytaniach. Do zobaczenia!

 

Artur Żmijewski – czyli filmowy Andrzej, w „Ataku paniki” zdecydowanie zrywa z wizerunkiem dobrotliwego ojca Mateusza 😉

 

Bartłomiej Kotschedoff – odtwórca roli Miłosza, który traci kontakt z analogową rzeczywistością. Bartek w Sopocie w podwójnej roli aktora i współscenarzysty „Ataku paniki”.

 

książki

To już jutro – Slow weekend nad Wisłą – Lato!  Na Bulwarach Wiślanych stoiska z modą, ręcznie robioną biżuterią i naturalnymi kosmetykami.  W planie sporo aktywności dla tych, którzy mają ochotę zwolnić i włączyć uważność. Ciekawie zapowiadają się m.in. pszczelarskie warsztaty. Będzie się też można zasłuchać. Z przyjemnością podsycę  apetyt na książkę Natalii Sosin-Krosnowskiej „Cisza i spokój. Cała prawda o życiu z daleka od miasta”. Gospodyni i współtwórczyni programu „Daleko od miasta” w Domo+ napisała tekst, dzięki któremu zaglądamy do codzienności tych, którzy zdecydowali się na przeprowadzkę na wieś. To idealna książka dla wszystkich, którzy na poważnie myślą o zostawieniu miejskiej codzienności. Czytając „Ciszę i spokój”, śledzimy m.in. przeprowadzkę z Paryża do Kiersztonowa na Warmii. Jeden z bohaterów tego tekstu – Stephan, dyrektor w firmie z branży modowej, staje się hodowcą i serowarem. Sam żartuje, że przed metamorfozą miał z owcami jedynie kontakt wzrokowy. Mijał je na pastwiskach w drodze na spotkania biznesowe.

Ta książka utwierdziła mnie w przekonaniu, że warto wiedzieć, czego chce się od życia.  Bohaterów tej opowieści łączy odwaga – ta potrzebna do przeprowadzki, ale też ta, która pozwala wycofać się z planu, który nie przynosi spełnienia. Wyjazd na wieś sprawdza się tylko wtedy, kiedy nie jest  ucieczką od siebie. Miejskie demony w postaci niepozałatwianych spraw, znajdą nas wszędzie, nawet tam, gdzie zakopuje się terenowy samochód.

Ile razy w życiu chodziło Wam po głowie zdanie:  a gdyby zostawić to wszystko i wyjechać np. w Bieszczady? Pomysł, który pojawia się w wielu głowach, realizują tylko nieliczni. Powód? Zdecydowana większość boi się jakiejkolwiek zmiany, woli znane, choć niewygodne, od niewiadomej, którą utożsamia nie z szansą, a z ryzykiem.  Bohaterowie książki  postanowili spróbować, co kryje się za wypowiedzianym na głos marzeniem.  Jednym rzeczywistość wiejska przyniosła spełnienie, innym rozczarowanie, bo okazało się, że ich wyobrażenie o sielskości miało niewiele wspólnego z prawdą. Ta książka to niezbędnik dla tych, którzy przymierzają się do przeprowadzki na wieś. Marzyciele, którzy podchodzą do realizacji planu na zasadzie „jakoś to będzie”, dostają listę konkretnych wskazówek, dzięki którym kupno domu na wsi nie będzie zakupem problemu. Ci, którzy myślę o agroturystyce, muszą zadać sobie pytanie, czy naprawdę mają w sobie gotowość do nieustannego zajmowania się obcymi ludźmi. Fani starych młynów powinni sprawdzić zasobność portfel i przeliczyć raz jeszcze, czy na pewno stać ich na remont pod nadzorem konserwatora zabytków.

Bohaterowie „Ciszy i spokoju” na swój nowy etap życia wybrali różne miejscówki, dzięki temu uchylamy drzwi do codzienności w  Karkonoszach, Kotlinie Kłodzkiej, na Warmii, czy w  Górach Izerskich. Razem z konkretnymi ludzkimi historiami dostajemy listę miejsc, które warto odwiedzić z bezpiecznej pozycji gościa.

Spotkanie z Natalią Sosin-Krosnowską o godz. 14 na Bulwarach Wiślanych, do zobaczenia!

filmy, Ludzie

Kocham kino za to, że przez godzinę, dwie, można pobyć w innej rzeczywistości. Często bywa tak, że oglądam odległą od siebie historię, a jednak odnajduję w niej fragmenty swojej wrażliwości. To właśnie na wspólnocie doświadczeń można budować. Siła kina to przecież połączenie dwóch energii – twórców i widzów. Lubię ten moment, kiedy konkretne produkcje się w nas „zadomawiają”, siedzą w człowieku i stają się pretekstem do poukładania emocji. A te najlepiej porządkuje się podczas rozmowy. Zapraszam na festiwalowe relacje na facebookowy profil Rozmawiam, bo lubię i do oglądania filmów przez 62 dni najdłuższego wakacyjnego festiwalu filmowego w Polsce. Visa Kino Letnie zaprasza do Zakopanego, Sopotu i Giżycka. Szczegółowy repertuar znajdziecie na www.Kino.Visa.pl Co istotne, to projekt dostępny dla wszystkich, nie ograniczy Was budżet, ponieważ wszystkie seanse są bezpłatne.

W Zakopanem w Rezydencji Gubałówka przywitały mnie piękne czarne kierpce, pakuję je do walizki i jadą ze mną dalej, przeniosę na stopach góralską serdeczność na Mazury. 4 lipca uroczyście otwieramy festiwal w Giżycku, który cumuje w Ekomarinie we wszystkie wakacyjne środy i czwartki. Tutaj wyjątkowa możliwość oglądania filmów bezpośrednio z zacumowanych jachtów. Dla żeglarzy przygotowano specjalną częstotliwość radiową – 90,1 MHz, dzięki której dźwięk będzie niósł się po wodzie. Dzień później przenosimy się na najdłuższe drewniane molo w Europie, gdzie 5 lipca odbędzie się Oficjalna Gala wręczenia nagrody festiwalu – Diamentowego Klapsa Filmowego. 

Repertuar skonstruowano tak, by każdy mógł wybrać coś dla siebie.  W filmowym kalendarzu pojawiają się „Muzyczne poniedziałki”, „Wtorki z Cannes”, środowe „Super hity”, czwartki „Made in Poland”, „Komediowe piątki” i sobotnie „Oscary”. Tydzień zamykamy „Kobiecymi niedzielami”.

W Zakopanem termometr pokazywał 8 stopni, ale uruchomiliśmy wewnętrzną pogodę ducha. Miałam okazję przekonać się, że  ludziach z Podhala płynie gorąca krew, a serdeczny uśmiech rozgrzewa najlepiej. Na swoim szlaku spotkałam parę fantastycznych ratowników górskich – Ewelinę i Grzegorza Wierciochów. Ona jest pierwszą od 30 lat kobietą w Tatrzańskim Ochotniczym Pogotowiu Ratunkowym. Od razu pomyślałam, że musicie ich poznać.

Zdążyłam pospacerować z Krzysztofem Trebunią-Tutką – liderem góralskiego zespołu, który nie boi się zaglądania do różnych muzycznych bajek. Grupa współpracowała m.in. z jamajską grupą The Twinkle Brothers, a w rozmowie pojawiło się marzenie o współpracy z Almodovarem.

fot. Maciej Cioch

W weekendowym biegu zajrzałam też do Galerii Hasiora, po której oprowadziła mnie promienna Emilia Pomiankiewicz. Przekroczenie progu przy Jagiellońskiej spowodowało, że poczułam się, jakbym weszła do głowy artysty, a działo się w niej naprawdę dużo. Przedstawimy Wam kilka twarzy Hasiora – rzeźbiarza, scenografa, biegacza. Człowieka, który lubił łączyć ze sobą ludzi o skrajnie różnych poglądach.  (nagranie wkrótce).

fot. Maciej Cioch

Nie ma produkcji filmowej bez klapsa filmowego. To on wyznacza rytm poszczególnych ujęć. Na scenie w Zakopanem pierwsze ujęcie wyznaczyli:

Paweł Adamski – prezes Outodoor Cinema – pomysłodawca i organizator festiwalu, Katarzyna Jezierska – szefowa marketingu Visa w Polsce, Leszek Dorula – burmistrz miasta Zakopane i Katarzyna Figura – aktorka, bez której nie można wyobrazić sobie polskiego kina. (w październiku nowy film Marka Koterskiego z jej udziałem).

fot. Maciej Cioch

Na Podhalu ludzie udowadniają, że uśmiech ma właściwości rozgrzewające! Mam takie same kierpce jak urocza pani ze zdjęcia. Założę je w Giżycku, już jestem ciekawa, do kogo tym razem zaprowadzą mnie moje stopy. Pewne jest to, że widzimy się z PIOTREM GŁOWACKIM w Kinie Nowa Fala w Giżycku 4 lipca. Tam bezpłatny seans filmu „Tarapaty” o godz. 15, a potem spotkanie z widzami. Piotr to człowiek, który wie, jak realizować marzenia, do różnych szkół aktorskich zdawał wielokrotnie w ciągu 4 lat. Udało się za dziesiątym razem! Powspominamy jego role m.in. w takich filmach jak: „Oda do radości” Jana Komasy, „Bogowie” Łukasza Palkowskiego czy „80 milionów” Waldemara Krzystka. Do zobaczenia!

książki

„Mirabelka” Cezarego Harasimowicza to książka dla dzieci. Jak sugeruje wydawnictwo Zielona Sowa dla tych, które skończyły 9 lat. Myślę jednak, że to pozycja obowiązkowa dla dorosłych. Pozwala wrócić do tego, co najcenniejsze w dziecięcym odbiorze świata – do autentycznej ciekawości i otwartości na inność.  Ten tekst najmocniej opowiada o tym, że warto gromadzić miłość w swoich korzeniach. To ona pozwala żyć nawet w najtrudniejszych czasach.

Od momentu zobaczenia okładki zakochałam się w  ilustracjach, które towarzyszą opowieści Cezarego Harasimowicza.  Odpowiada za nie Marta Kurczewska. Jej rysunki mentalnie przenoszą do czasów dzieciństwa. Zmaterializowana czułość i wdzięk.

Podczas niedawnego Big Book Festivalu miałam okazję po raz kolejny porozmawiać z Cezarym Harasimowiczem o tym, co karmi nasze korzenie. Po spotkaniu wspólnie zasadziliśmy drzewko. Nazwaliśmy je Dorka – to imię bohaterki, którą widzicie na okładce w czerwonym płaszczyku. Jeśli będziecie na ulicy Merliniego 2, w okolicy ścianki wspinaczkowej „W górę”, sprawdźcie jak sobie dziewczyna radzi.

„Mirabelka” powoduje, że można kogoś polubić „na odległość czasu”. W tej opowieści pamięć ocala. Ciekawych tego, kim byli pan Izaak, Dorka, Chaim i bracia Alfusowie, zapraszam do wysłuchania rozmowy youtubowym kanale Rozmawiam, bo lubię. https://www.youtube.com/watch?v=_Fd_HLi_vt4&frags=pl%2Cwn